W nadziei na obniżenie cen ropy Joe Biden zamierza w lipcu pojechać do Rijadu. Demokracja i prawa człowieka w regionie chwilowo schodzą na dalszy plan

Cena baryłki ropy wynosi ok. 120 dol., a średnio na amerykańskiej stacji za galon (niecałe 4 l) paliwa należy zapłacić 4,85 dol., prawie 2 dol. więcej niż przed rokiem. Większość ekspertów ostrzega, że przy spadku produkcji rosyjskiej ropy nie ma widoków na rychłą poprawę sytuacji na światowym rynku. Tymczasem do wyborów do Kongresu mniej niż pięć miesięcy, a poparcie dla Joego Bidena utrzymuje się na niskim poziomie 40 proc. Zbicie cen paliw dawałoby szansę na poprawę notowań.
Republikanie i amerykańskie lobby naftowe apelują do administracji, by zwiększyć krajową produkcję, zezwalając na więcej odwiertów na Alasce czy w Zatoce Meksykańskiej. Wzywają także do złagodzenia przepisów dotyczących budowy rurociągów, tak by Kanadyjczycy mogli wysyłać więcej surowca na południe. „Ale nawet te inicjatywy – którym sprzeciwiają się ekolodzy i wielu demokratów, gdyż opóźniłyby przeciwdziałanie zmianom klimatu – z początku miałyby niewielki wpływ na rynek. Rozpoczęcie produkcji przez nowe szyby naftowe zajmuje miesiące, a budowa rurociągów nawet lata” – przekonuje „New York Times”.

Wielkie rozczarowanie

Dlatego też amerykańscy dyplomaci zwracają się w kierunku Arabii Saudyjskiej, największego światowego eksportera ropy i kraju z największymi wolnymi mocami przerobowymi. Zgodnie z doniesieniami mediów w lipcu Biden uda się do Rijadu z nadzieją na przekonanie Saudyjczyków do zwiększenia wydobycia i doprowadzenia do obniżki cen na amerykańskich dystrybutorach.

Zadanie to nie będzie należeć do łatwych, bo Saudyjczycy do tej pory na zwiększonych przez wojnę w Ukrainie cenach nie wychodzą źle. W I kwartale tego roku ich flagowa spółka naftowa Saudi Aramco zarobiła 40 mld dol., ponad 80 proc. więcej niż rok wcześniej. Oficjalnie Saudyjczycy przekonują zachodnich partnerów, że z wydobyciem robią co mogą. A na początku czerwca OPEC+, grupa producentów ropy, ogłosiła, że w lipcu oraz sierpniu jeszcze zwiększy produkcję.
Jednak z uwagi na łamanie praw człowieka przez Rijad podróż prezydenta Stanów Zjednoczonych do Arabii Saudyjskiej budzi za oceanem kontrowersje. Szczególnie że wszystko wskazuje, że w jej trakcie dojdzie do spotkania przywódcy USA z księciem Muhammadem ibn Salmanem, de facto rządzącym arabskim królestwem.
W kampanii wyborczej Biden obiecywał traktować Arabię Saudyjską jako „międzynarodowego pariasa”. „Nie możemy porzucać wartości dla sprzedaży broni czy kupowania ropy” – wzywał na fali powszechnej krytyki, jaka spotkała Rijad po zabójstwie w 2018 r. w saudyjskim konsulacie w Stambule opozycyjnego dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego. W lutym ubiegłego roku Amerykanie ujawnili raport wywiadu, który brutalne morderstwo powiązał z dworem w Rijadzie i bezpośrednio z księciem ibn Salmanem. Na tym nie koniec, Biden deklarował też zakończenie amerykańskiego wojskowego wsparcia dla krwawej interwencji wojskowej Arabii Saudyjskiej w Jemenie. W konflikcie zbrojnym w tym kraju śmierć poniosło nawet pół miliona osób, a Amerykanie dozbrajają Saudyjczyków.
„Dla tych, którzy postrzegali Bidena jako orędownika praw człowieka, wizyta to wielkie rozczarowanie. Nagradzanie Muhammada ibn Salmana uściskiem dłoni i robieniem zdjęć na jego terenie byłoby równoznaczne z przyznaniem, że autokratom może ujść na sucho mordowanie przeciwników, o ile utrzymują dostawy ropy” – pisze na łamach „Foreign Affairs” Dalia Dassa Kaye, ekspertka think tanku RAND Corporation. Jej zdaniem wizyta jest tym bardziej niezręcznym pomysłem w czasie, gdy prezydent USA opisuje wojnę w Ukrainie jako część światowej bitwy między demokracją a autokracją.

Izrael też kontrowersyjny

Co jeśli nie ocieplenie relacji z Rijadem? Inna opcja dla Stanów Zjednoczonych to powrót do międzynarodowej umowy nuklearnej z Iranem, z której USA jednostronnie wycofał Donald Trump. Zgodnie z szacunkami układ pozwoliłby Teheranowi eksportować ponad 500 tys. baryłek ropy dziennie, a to prawdopodobnie mocno załagodziłoby światowy kryzys. W irańskich magazynach gotowych do eksportu czeka ponad 100 mln baryłek ropy, ale trwające w Wiedniu międzynarodowe negocjacje nad umową z Teheranem utknęły w martwym punkcie.
Na drodze do zgody z Iranem tradycyjnie staje Izrael, który Biden zamierza odwiedzić przed przylotem do Arabii Saudyjskiej. Muhammad ibn Salman dąży do polepszenia relacji z państwem żydowskim i popiera podpisane za rządów Trumpa tzw. porozumienia Abrahamowe, normalizujące relacje między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA) oraz Bahrajnem. Tyle że wizyta Bidena w Jerozolimie też budzi kontrowersje. Powód: rząd Naftalego Bennetta spotkał się z krytyką w regionie po zastrzeleniu w maju przez wojsko izraelskie dziennikarki Al-Dżaziry Szirin Abu Akleh. „Odsuwając na bok prawa człowieka, wspierając autorytaryzm, zwiększając zobowiązania wojskowe i wzmacniając przekonanie, że Saudyjczycy są w centrum polityki bezpieczeństwa USA w regionie, Biden ryzykuje wejściem w buty Trumpa” – kwituje Kaye.
Amerykańscy dyplomaci otwarcie przyznają, że to wojna w Ukrainie oraz wzrost cen ropy zmuszają Waszyngton do zmiany podejścia wobec Rijadu. W przemówieniu z okazji stulecia magazynu „Foreign Affairs” sekretarz stanu Antony Blinken, oceniając, że relacje z Rijadem udało się „skalibrować”, nazwał Arabię Saudyjską „kluczowym partnerem”, koniecznym do „radzenia sobie z wyzwaniami stawianymi przez Iran”. Przyznał przy tym, że priorytetem jest teraz energia, a celem Białego Domu to, by na światowym rynku było wystarczająco dużo ropy. ©℗