Ostatni odcinek dyplomatycznego maratonu wokół potencjalnej agresji na Ukrainę obserwowaliśmy wczoraj. Przed południem spotkali się ministrowie spraw zagranicznych Polski i Rosji, Zbigniew Rau i Sergiej Ławrow. Niedługo później doszło do rozmowy kanclerza Niemiec Scholza i prezydenta Rosji Władimira Putina.
Po tym pierwszym spotkaniu przełomu, zgodnie z oczekiwaniami, nie było. Podczas konferencji prasowej szef polskiej dyplomacji starał się trzymać mandatu związanego z przewodnictwem Polski w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Do organizacji należy zarówno Polska, Rosja, jak i Ukraina. Dla Ławrowa wizyta Raua była z kolei pretekstem do przedstawienia krytycznego stanowiska wobec działań samej organizacji i rzekomego łamania założeń OBWE przez zachodnie państwa należące do formatu. Mimo to spotkanie przebiegło w lepszej atmosferze niż choćby to czwartkowe Ławrowa z brytyjską minister Liz Truss.
Czy pana/pani zdaniem inwazja wojsk Rosji na Ukrainę jest: / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Reklama
Rau zaproponował powołanie nieformalnej platformy do - jak mówił - otwartej politycznej dyskusji i współpracy państw organizacji, co miałoby przyczynić się do wzmocnienia dialogu i rozwiązania obecnego kryzysu. Szef polskiej dyplomacji w każdej swojej wypowiedzi podkreślał rolę dyplomacji i dialogu, które nawet jeśli nie zmniejszają napięć teraz, to mogą być pomocne w przyszłości.
Po dyplomatycznych słowach wstępu i zgodzie na dalsze rozmowy - ze strony rosyjskiej wybrzmiały jednak stare i dobrze znane argumenty. Ławrow atakował nie tylko OBWE, lecz także NATO i UE, zapewniając, że Moskwa ma pokojowe intencje i jedyne, czego się domaga, to respektowanie zasad bezpieczeństwa. Mówił to, jednocześnie dodając, że Rosja ma prawo na swoim terytorium organizować ćwiczenia wojskowe w takim harmonogramie i wymiarze, w jakim tylko ma na to ochotę. - To paranoidalne scenariusze - odpowiadał rosyjski minister pytany o plany rosyjskiej inwazji, o których informował m.in. Waszyngton. Doniesienia o planowanym ataku określił jako „informacyjny terroryzm”. Zapewniał, że obecne ćwiczenia wojskowe zostały zaplanowane dużo wcześniej, a wycofanie wojsk - o których niemal w tym samym momencie zapewniało rosyjskie ministerstwo obrony - również było wcześniej ustalone. - Dla nas nie do przyjęcia są słowa naszych kolegów z Zachodu, zgodnie z którymi oni niby lepiej wiedzą, jak zapewnić bezpieczeństwo Rosji. Trzeba z tym lekceważeniem walczyć - dodał Ławrow.

Reklama
W momencie gdy wypowiadał te słowa, rosyjska Duma przyjęła uchwałę proszącą Władimira Putina o uznanie samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Do listy swoich życzeń szef rosyjskiej dyplomacji dołączył oczekiwanie, że Ukraina nie zostanie przyłączona do NATO. Choć nie wypowiedział tych słów wprost, Ławrow wielokrotnie podkreślał, że przystąpienie państwa do sojuszu militarnego nie jest i nie może być indywidualną decyzją tylko tego państwa.
Szef polskiej dyplomacji bardzo mocno zaakcentował granicę, która - według niego - będzie nieprzekraczalna dla państw UE. To niezależność, suwerenność i integralność terytorialna wszystkich państw OBWE, w tym Ukrainy. Rau bardzo mocno podkreślał też jedność krajów regionu, które uniezależniły się od Rosji po 1989 r., wskazując poniekąd, gdzie w istocie leży źródło dzisiejszego kryzysu. „Europa zyskała na latach pokoju więcej, niż można było oczekiwać. Cezura ostatnich 30 lat dla naszej części Europy jest szczególnie korzystna, bo przypomina o tym, jak bardzo pokój i współpraca międzynarodowa są potrzebne” - mówił Rau, przypominając, że od 1989 r. Polska zdołała trzykrotnie zwiększyć swój PKB.
Ławrowowi godzinę później na konferencji prasowej w Brukseli odpowiedział sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg. - NATO respektuje suwerenne i demokratyczne decyzje innych krajów. A Rosja i Chiny tego nie respektują. Oni wprost powiedzieli, że mniejsze kraje nie mogą samodzielnie wybierać sojuszy. To jest fundamentalna różnica - mówił Norweg, który wcześniej stwierdził, że na razie nie ma dowodów na deeskalację ze strony rosyjskiej. - By mówić o deeskalacji, musieliby się wycofać nie tylko żołnierze, lecz także ciężki sprzęt. Na razie tego nie widzimy. Rozważamy dalsze wzmocnienie wschodniej flanki, m.in. utworzenie batalionowej grupy bojowej, do której zgłosiła się już Francja - mówił lider Sojuszu Północnoatlantyckiego na spotkaniu z dziennikarzami.
Sceptyczna co do rosyjskich zapowiedzi o deeskalacji była także amerykańska ambasador przy NATO Julie Smith, która powtórzyła to, co Amerykanie mówią już od kilku tygodni, czyli że Rosja wciąż może zdecydować się na rozwiązanie dyplomatyczne.
Mniej więcej w tym samym czasie w Moskwie rozpoczynało się spotkanie kanclerza Scholza i prezydenta Putina. Wcześniej niemiecki polityk odmówił przebadania się przez Rosjan na obecność COVID-19. Do badania użyto sprzętu niemieckiego rządu, ale Rosjanie mogli przy nim być. Na rozpoczęciu oficjalnej części prezydent Rosji mówił o relacjach gospodarczych Moskwy i Berlina.
Popołudniowa konferencja odbyła się również w znacznie lepszej atmosferze niż przed weekendem. - Oczywiście nie chcemy wojny, dlatego przedstawiliśmy projekt porozumienia. Niestety konstruktywnej odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Ale wychodzimy z założenia, że w tych dokumentach są pewne kwestie, które możemy omawiać - mówił prezydent Putin, nawiązując do grudniowych propozycji Moskwy i odpowiedzi NATO i USA. Rosyjski przywódca stwierdził także, że obecnie w Donbasie mamy do czynienia z ludobójstwem.
Niemiecki kanclerz zaczął koncyliacyjnie. O Ukrainie zaczął mówić dopiero po kilku minutach. Podkreślił, że możliwe jest rozwiązanie dyplomatyczne i jest zgoda wszystkich zainteresowanych stron na powrót do rozmów w formacie normandzkim i do realizacji porozumień mińskich. Scholz uznał także, że dobrym znakiem jest wycofywanie wojsk i podkreślił raz jeszcze, że w razie eskalacji dojdzie do poważnych konsekwencji. Nie powiedział jednak wprost o zablokowaniu gazociągu Nord Stream 2.