Reklama
Na celowniku ruchu znalazła się baza lotnicza Al Dhafra w Abu Zabi, gdzie stacjonuje personel wojskowy Francji i USA. Tym razem uderzono także w Dubaj. Rzecznik wojskowy bojowników Huti Yahya Sare’e ostrzegł działające tam firmy i zagranicznych inwestorów, by opuścili jego terytorium. - ZEA stały się niebezpiecznym państwem, które będzie atakowane tak długo, jak kontynuowana będzie agresja i oblężenie Jemenu - tłumaczył.
Dla Emiratów kluczowe jest, by utrzymać wizerunek bezpiecznego hubu gospodarczego. Z tego powodu w 2019 r. ich wojska zaczęły wycofywać się z wojny w Jemenie, gdzie walczyły po stronie kierowanej przez Arabię Saudyjską koalicji. Władze w Abu Zabi wciąż wspierały jednak prorządowe bojówki. To nie spodobało się Hutim. Atakując ZEA, chcą przekonać ich przywódców do zaprzestania wspierania grup lojalnych wobec uznanego na arenie międzynarodowej rządu. Bojówki te, w szczególności Brygady Amaleqa, odnosiły bowiem ostatnio sukcesy, m.in. nasilając walki w bogatej w ropę prowincji Marib.
Irańska agencja informacyjna Tasnim informowała, że w przyszłości dojść może do zdecydowanie gorszych aktów. Najwyższa Rada Polityczna Hutich wydała również oświadczenie, w którym wezwała rebeliantów do zintensyfikowania operacji przeciwko agresorom. - To, co widzieliście, jest ciosem i punktem zwrotnym w naszych atakach - podsumowano.
Działania rebeliantów pokazują, jak szeroki staje się zakres ich możliwości. Przeprowadzeniem ataków na ZEA grozili już we wcześniejszych latach konfliktu (ten trwa od 2014 r.), ale w realizacji planu przeszkodził im brak środków. Wówczas dysponowali arsenałem broni, który przejęli od reżimu byłego prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Włączyli też w swoje szeregi wielu byłych żołnierzy armii jemeńskiej. Dodatkowo zdobyli wpływy w sieciach handlu bronią. Jedna z najbardziej znanych postaci w tym biznesie - Fares Manaa - jest teraz ministrem w rządzie Hutich.
W obliczu zmniejszenia zaangażowania USA na Bliskim Wschodzie partnerzy Waszyngtonu zaczynają budować własne relacje w regionie
Kluczowe okazało się dopiero wsparcie Iranu, który dostarcza do Jemenu nie tylko gotową broń, ale także części do jej złożenia. Te nie zawsze podlegają sankcjom ONZ i trudniej je śledzić. Najczęściej używane są do montażu dronów. Dokładnie takich jak te, które wykorzystano do ataków na ZEA. Emiratczyków i Saudyjczyków niepokoi fakt, że pociski są skuteczne i niedrogie w produkcji. Co prawda ZEA przechwyciły i zniszczyły dwie rakiety balistyczne wystrzelone w poniedziałek, ale tego typu działania wiążą się z ogromnymi wydatkami i importem sprzętu z zagranicy. ZEA miały zwrócić się już do Izraela z prośbą o zakup systemów przeciwrakietowych. Izraelski „Harec” pisze, że Emiraty mogą stać się wkrótce właścicielami izraelskiej żelaznej kopuły czy pocisków systemu David’s Sling. Kilka tygodni temu władze w Abu Zabi podpisały z Koreą Południową umowę o wartości 3,5 mld dol. na zakup systemu pocisków Cheongung II, ale ten nie zostanie najprawdopodobniej dostarczony przed 2024 r. System izraelski miałby więc służyć jako tymczasowe rozwiązanie.
Do eskalacji napięć z Abu Zabi dochodzi zresztą w czasie, kiedy jego przywódcy pogłębiają współpracę z Tel Awiwem. Obawy związane z działalnością regionalną Iranu i jego programem nuklearnym były jednym z bodźców, który zmotywował władze obu państw do podpisania w 2020 r. porozumienia o normalizacji stosunków. Jeszcze przed serią ataków na ZEA premier Izraela Naftali Bennett miał powiedzieć następcy tronu ZEA, szejkowi Muhammadowi ibn Zajid Al Nahajjanowi, że Izrael jest gotowy do zaoferowania nowemu sojusznikowi wsparcia w zakresie bezpieczeństwa i wywiadu. To kolejny dowód, że w obliczu zmniejszenia zaangażowania USA na Bliskim Wschodzie partnerzy Waszyngtonu zaczynają budować własne relacje w regionie.
Władze w Tel Awiwie też mają powody do obaw. Zbrojąc Hutich, Teheran zyskał możliwość wywierania z Jemenu presji na Izrael. „Foreign Policy” pisze, że wkrótce Iran będzie mógł przeprowadzać z Jemenu ataki na izraelskie cele na Morzu Czerwonym, w tym statki i położone na południu kraju miasta, jak np. uwielbiany przez turystów Ejlat. Izrael zdążył już rozmieścić w tej części kraju baterie przeciwrakietowe. Częściowo po to, by móc reagować na potencjalne ataki Hutich.
Morze od dawna było miejscem prowadzonej przez Izrael i Iran wojny cieni. W kwietniu 2021 r. Tel Awiw uszkodził irański statek towarowy, który powiązany był z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej i prawdopodobnie zapewniał jemeńskim rebeliantom wsparcie wywiadowcze oraz logistyczne. Z kolei pod koniec lipca w powiązany z Izraelem tankowiec uderzył dron, zabijając jednocześnie dwie osoby. Amerykańskie dochodzenie wojskowe wykazało, że został wyprodukowany w Iranie, ale mógł zostać wystrzelony ze wschodniego Jemenu. Huti zapewniają także wsparcie palestyńskiemu Hamasowi.
Grupa rebeliantów, która skupia plemiona zajdyckie (odłam szyizmu), została wpisana przez Stany Zjednoczone na listę organizacji terrorystycznych w ostatnich dniach prezydentury Donalda Trumpa. W lutym ubiegłego roku administracja Joego Bidena cofnęła tę decyzję, by móc świadczyć pomoc dla pogrążonego w kryzysie humanitarnym Jemenu. Kryzys ten uznawany jest za największy na świecie od czasów II wojny światowej. Ponad trzy czwarte populacji - ok. 24 mln mieszkańców - potrzebuje jakiejś formy pomocy. Choć społeczność międzynarodowa nie ogłosiła oficjalnie klęski głodu w Jemenie, według Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2021 r. niemal 2,3 mln dzieci w wieku poniżej 5. roku życia było zagrożonych ostrym niedożywieniem.
W międzyczasie USA obejmowały sankcjami poszczególnych rebeliantów. Grupa kierowana jest przez członków jednego klanu. Przywódcą pozostaje Abdul Malik Al Huti, brat założyciela ruchu Hosseina Al Hutiego. Odgrywał on kluczową rolę w budowaniu organizacji. Pod jego dowództwem Huti przejęli w 2015 r. stolicę kraju Sanę. Dowódcą wojskowym jest Abd Al Khaliq Badr Al Din Al Huti (występujący także jako Abu Younes). Według amerykańskiego Departamentu Stanu brał udział w przemycie broni i zlecaniu ataku na instytucje dyplomatyczne. Po pierwszych atakach na Abu Zabi prezydent Biden ogłosił jednak, że rozważa ponowne wpisanie Hutich na listę organizacji terrorystycznych. ©℗