Reklama
Mateusz Obremski / Materiały prasowe
To propozycje radykalizujące dotychczasową linię Moskwy, wymierzone w rozbicie pozimnowojennego ładu. Przez Waszyngton uznawane za bezczelne i nie do przyjęcia. W ostatnich tygodniach Amerykanie powtarzali to Rosjanom wielokrotnie i na wielu szczeblach. W środę mieli także dostarczyć odpowiedź na piśmie. Gdy zamykaliśmy to wydanie DGP, jej szczegóły nie były znane, ale nic nie wskazywało na ustępstwa w najważniejszych sprawach. Stany Zjednoczone wysyłają do Kijowa pociski przeciwpancerne Javelin, w stan podwyższonej gotowości postawiono blisko 10 tys. amerykańskich żołnierzy. Prezydent Joe Biden sankcjami grozi nawet bezpośrednio Putinowi. Zanosi się więc, że sprawdzamy karty Kremla, mając nadzieję, że ten blefuje.
Teraz piłka jest po stronie Rosjan. W próbie zachowania twarzy mogą uznać, że odpowiedź Departamentu Stanu to krok do przodu, i deklarować, że widzą drogę dla dyplomacji, tam gdzie wąskie okienko wydrążyli Amerykanie (czyli w sprawach rozmieszczenia rakiet oraz zakresu ćwiczeń wojskowych). To będzie wymierną wartością, przy tak nabrzmiałym napięciu każdy gest jest na wagę złota. Jednocześnie nie będzie to prawdopodobnie oznaczało zakończenia rosyjskiej polityki „kto gra grubo, wygrać musi” i eskalacji na polach pozadyplomatycznych. Niestety, niezależnie od reakcji Rosjan stanu strategicznej niepewności wobec Ukrainy nie pozbędziemy się szybko. Przez najbliższe tygodnie wciąż będziemy powtarzać znane nam z naszej historii pytanie „wejdą czy nie wejdą?”.
I tak niewykluczone, że rozczarowani odpowiedzią Rosjanie doprowadzą do agresji. Najbardziej zaniepokojeni sytuacją są Anglosasi, których dane wywiadowcze mówią o znacznym ryzyku dużej wojny. Alexander Vindman w magazynie „Foreign Affairs” nakreślił trzy możliwe scenariusze ataku na Ukrainę. Pierwszy to aneksja lub formalne uznanie niepodległości Donbasu, drugi to ograniczona inwazja na wschód od rzeki Dniepr i okupacja części terenów. Trzecia - zdaniem emerytowanego amerykańskiego wojskowego najbardziej prawdopodobna - to pełnoskalowe natarcie na wielu frontach skupiające się na niszczeniu wojska i infrastruktury.
Nieco inaczej widzą to eksperci ukraińskiego think tanku Centrum Strategii Obronnych. Ich zdaniem obecnie wokół Ukrainy nie ma tylu rosyjskich oddziałów, by przeprowadzić znaczącą strategiczną ofensywę, a do operacji wojskowej na dużą skalę Kreml potrzebuje jeszcze dwóch-trzech tygodni. Ukraińscy eksperci przypominają, że otaczająca ich kraj liczba ok. 125 tys. żołnierzy nie wzrosła od kwietnia. Zarazem ostrzegają przed intensyfikacją działań poniżej progu otwartej wojny (zamachy terrorystyczne, ataki cybernetyczne), wkroczeniem do Donbasu regularnych wojsk rosyjskich, blokadą morską w Cieśninie Kerczeńskiej, uderzeniami rakietowymi na infrastrukturę wojskową oraz stałym rozmieszczeniem oddziałów rosyjskich na Białorusi.
Szczególnie ten ostatni punkt powinien budzić niepokój Warszawy. Według szacunków na Białoruś z rosyjskiego Dalekiego Wschodu przybyło od 4 do 9 tys. rosyjskich żołnierzy. W Brześciu ulokowano batalion pojazdów sił powietrzno desantowych Rosji z elitarnej jednostki, która na co dzień stacjonuje pod Moskwą. Na Białorusi są też dwa bataliony wojsk obrony przeciwlotniczej wyposażone w zestawy przeciwlotnicze S-400 oraz myśliwce wielozadaniowe Su-35. Rosyjski MON mówił, że siły te pozostaną na Białorusi na ćwiczeniach do połowy lutego. Co jednak jeśli zostaną na dłużej?
Departament Stanu deklaruje, że w takim przypadku możliwe będzie rozmieszczenie nowych sił na wschodniej flance NATO. A oprócz tego za bliską współpracę wojskową z Rosją Białoruś mają objąć amerykańskie sankcje. Putin i Łukaszenka mogą jednak działać w strefie półcienia i tak podduszać Ukrainę, by tymi najbardziej dotkliwymi nie oberwać. W końcu wielu na Zachodzie nie jest w smak odłączenie Rosji od systemu bankowego SWIFT, nakładanie sankcji na firmy energetyczne czy ograniczenia na handel rosyjskimi obligacjami. Część lobbystów będzie przekonywać, że na rosyjskie agresje wobec Ukrainy nie powinno się patrzeć pod kątem inwazji, ale co najwyżej „pomniejszego wtargnięcia”. A skoro Putin „mógł zabić”, a tego nie zrobił, to należy mu odpuścić. ©℗