Zachód, czyli de facto Stany Zjednoczone, przygotowania do rozgrywki zaczął mocno spóźniony. Rządy zdecydowanej większości państw zajmowały się w ostatnich miesiącach głównie skutkami pandemii COVID-19. W Niemczech były wybory. Istotne jest też to, że prezydent USA Joe Biden swój urząd objął stosunkowo niedawno, na początku 2021 r., a tak duża machina biurokratyczna jak amerykański rząd z natury rzeczy ma bardzo dużą inercję. Szczególnie jeśli przekazanie władzy odbywa się we wrogiej atmosferze, w tle jest szturm na Kapitol, a poprzedni prezydent Donald Trump jest politykiem mało przewidywalnym. Przykładem tej inercji jest to, że nowy amerykański ambasador Mark Brzezinski przybędzie do Polski dopiero w tym tygodniu.
Mówiąc kolokwialnie, Amerykanie potrzebowali czasu, by się ogarnąć. O tym, że nie mają sprecyzowanego pomysłu na ułożenie stosunków z Rosją i Europą Środkową, czy wręcz chcą się dogadać z Moskwą ponad głowami sojuszników, mogły świadczyć takie wydarzenia jak choćby słowa prezydenta Bidena o nowym formacie rozmów z Rosją (de facto powrót do tego, że to najsilniejsze państwa decydują o wszystkim) z grudnia czy brak wcześniejszego poinformowania sojuszników o zaniechaniu przez administrację prezydenta Bidena nałożenia sankcji związanych z Nord Stream 2 w czerwcu.