31 października „Washington Post” ostrzegł przed ruchami wojsk, co nazajutrz udokumentował serwis Politico. 11 listopada Bloomberg podał, że Amerykanie ostrzegli Europę, iż Rosjanie mogą rozważać zbrojne uderzenie na Ukrainę. Dzień później sekretarz stanu Antony Blinken komentował, że „znane są przypadki, gdy Rosja gromadzi siły na granicy z Ukrainą, skarży się na jakąś prowokację z jej strony, po czym dokonuje inwazji”, nawiązując do wydarzeń z sierpnia 2014 r., gdy uderzenie rosyjskich kolumn pancernych udaremniło udaną ofensywę wymierzoną w rebelię w Zagłębiu Donieckim. Sami w DGP pisaliśmy, że od lata wzmogła się antyukraińska kampania w kremlowskich mediach, co nigdy nie wróży nic dobrego.
Mimo to Kijów długo zachowywał spokój. Na początku listopada najpierw ministerstwo obrony, a potem parlamentarny komitet ds. bezpieczeństwa dementował te doniesienia, choć posłowie przyznali, że Ukraina dostrzega wzmożoną aktywność rosyjskiego wywiadu. Ukraińscy politycy nie bez racji dodawali, że ryzyko agresji utrzymuje się na podobnym poziomie od siedmiu lat, więc nie ma podstaw, by akurat teraz bić na większy alarm niż zazwyczaj. Sytuacja się zmieniła, gdy w środę Bellingcat ogłosił rezultaty śledztwa dotyczącego nieudanej operacji ukraińskich służb wyciągnięcia z Rosji i postawienia przed sądem najemników walczących wcześniej na Donbasie. Operację w sierpniu 2020 r. udaremnili Białorusini, a przedstawiciele Kijowa zaprzeczali, także w rozmowach z DGP, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z wywabianiem wagnerowców.
Operacja zakończyła się fiaskiem, najpewniej ze względu na nieudolność urzędników prezydenckich, co doprowadziło do burzy na Ukrainie. Dlatego władze zdecydowały się wykorzystać klimat stworzony przez zachodnie media, by po raz kolejny wykorzystać rosyjskie zagrożenie – istniejące, podkreślmy po raz kolejny, nieprzerwanie od 2014 r. – do konsolidacji wewnętrznej. To napisawszy, nie należy bagatelizować doniesień zachodnich polityków. Chociaż wypada je interpretować nieco inaczej. W inwazję na Ukrainę trudno uwierzyć – Rosji na taką wojnę nie stać. Cele Moskwy są inne: destabilizacja nad Dnieprem, która miałaby storpedować prozachodnie dążenia Ukrainy, oraz rozbicie jedności Zachodu albo przynajmniej doprowadzenie do rozmów prowadzących do uznania Ukrainy najwyżej za strefę buforową między Rosją a Zachodem.
Rosjanie potrafią analizować nastroje. Widzą rosnące na Ukrainie rozczarowanie brakiem postępów na drodze do członkostwa w UE i NATO oraz nawoływania zachodnich ekspertów, by po raz kolejny nadepnąć na grabie prowadzące do próby ułożenia się z Kremlem, które już raz, za kadencji Baracka Obamy, były jednym z czynników prowadzących do tragedii, za którą 14 tys. Ukraińców zapłaciło życiem. Najbardziej wyrazistym przykładem jest tekst Samuela Charapa dla Politico, w którym analityk Rand Corporation proponuje, by w imię dobrych relacji z Rosją… zmusić Ukrainę do ustępstw. To zadziwiające, jak trudno przebija się wiedza o rosyjskiej myśli strategicznej, w której ustępstwa są dowodem słabości przeciwnika i powodem, by docisnąć jeszcze mocniej.
Oczekiwania wobec Zachodu wiosną wyraził eksprezydent Dmitrij Miedwiediew w programowym artykule opublikowanym przez RIA Nowosti: Amerykanie mają uznać Rosjan za równoprawnego partnera do rozwiązywania problemów globalnych i wycofać się ze wspierania Ukrainy. Zielone światło dla Nord Stream 2 Kreml odebrał jako oznakę słabości ekipy Joego Bidena. To przekonanie wzmocniła chaotyczna ucieczka z Afganistanu. Działania na rynku gazowym wskazują możliwy kierunek uderzenia, które może zostać wyprowadzone nie przez siły zbrojne, lecz energetyków, przy czym nie da się wykluczyć prowokacji wojskowych na ograniczoną skalę. Ukraina ma tej zimy zamarznąć, Europa przez niskie stany we własnych zbiornikach – nie zdołać jej pomóc, co ma doprowadzić do buntu nad Dnieprem i dojścia do władzy sił prorosyjskich. Dobra wiadomość jest taka, że Kreml przecenia siłę własnej V kolumny nad Dnieprem. Zła, że dobrze odczytuje słabe punkty Zachodu.