Warto pamiętać, że niemiecka scena polityczna to w pewnym sensie przeciwieństwo polskiej. Tam nie ma Tutsi i Hutu, tylko jedna wielka mieszczańska rodzina – wielu narzeka wręcz, że różnice między trzema głównymi partiami są zbyt małe. Dlatego po wyborach na żadną rewolucję nie ma co liczyć. Nawet jeśli CDU – partia Merkel – nie wygra wyborów, a zwyciężą socjaldemokraci z SPD (na co coraz wyraźniej wskazują sondaże), to taka zmiana nie będzie oznaczała czyszczenia kadr we wszystkich ministerstwach do poziomu młodszych specjalistów. Kierunki poszczególnych polityk, w tym zagranicznej i obronnej, radykalnie się nie zmienią. Raczej ulegną drobnej korekcie. Ciągłość ponad wszystko.
Mówiąc jeszcze bardziej obrazowo, nie będzie jak w Polsce, gdzie każda nowa ekipa serwuje nam przewrót iście kopernikański, a wszystko, co robili poprzednicy, jest złe. Dla przypomnienia: na dwa tygodnie przed wyborami faworytem na kanclerza jest Olaf Scholz, który od ponad trzech lat jest… wicekanclerzem i ministrem finansów. Oczywistym wydaje się to, że część obecnych ministrów pozostanie w rządzie, być może nie zmieni nawet resortów. Dla nas korzystnym byłoby np. to, by swoją funkcję dalej pełniła minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer, która lobbuje za większym budżetem na obronność i stara się dbać o relacje transatlantyckie.
Trzeba jednak zrobić jedno, istotne z punktu widzenia Warszawy, zastrzeżenie. O ile bardzo mało prawdopodobne jest to, że w niemieckim rządzie zmieni się podejście do Nord Streamu, UE, NATO, a nawet wydatków na obronność, o tyle jedna kwestia może ulec znaczącej zmianie: praworządność. Zarówno socjaldemokraci, jak i Zieloni w Parlamencie Europejskim są w forpoczcie walki o praworządność. To oni prześcigają się kolejnymi rezolucjami przeciwko Polsce i Węgrom. I chociaż czołowi dzisiaj politycy SPD – Scholz, ale też minister spraw zagranicznych Heiko Maas – jako członkowie rządu Merkel stronili od głośnego komentowania kontrowersyjnych reform w Polsce, to już Martin Schulz, były przewodniczący europarlamentu, walił w PiS jak w bęben. To on jako jeden z pierwszych wzywał do blokowania Warszawie środków europejskich, co dzisiaj staje się rzeczywistością. Co prawda po porażce w poprzednich wyborach Schulz, który kandydował na kanclerza, odsunął się w cień i dzisiaj jest szeregowym posłem do Bundestagu, a w obecnej kampanii politycy SPD praworządnością nie zaprzątają sobie jak na razie głowy, ale wiatr wiejący z Brukseli może wpłynąć na zmianę retoryki także w Berlinie. Szczególnie pod wodzą socjaldemokratów i/lub Zielonych.
A głosy takich polityków jak weterana CDU Wolfganga Schäublego, który przestrzegał ostatnio Brukselę przed zbyt radykalnym kursem wobec Polski i Węgier, mogą przestać być słyszane. To może się stać kolejnym punktem zapalnym w naszych relacjach z zachodnim sąsiadem. ©℗