Reklama
Z Ireną Biernacką rozmawia Magdalena Rigamonti

Powiesili chłopaka.

Zamordowali. Kolejnego chłopaka, Witala Szyszoua, szefa Białoruskiego Domu na Ukrainie. Kolejnego, który sprzeciwiał się reżimowi Łukaszenki. Powiesili w parku. Specjalnie! Wszystko po to, żeby pokazać siłę, pogrozić wszystkim tym, którzy się sprzeciwiają. Oni mogą wszystko: uprowadzić samolot pasażerski, torturować, zmuszać do współpracy, więzić, mordować. Mija rok od sfałszowanych wyborów na Białorusi, a strach i terror są coraz większe. Więzienia pełne.
W ostatnią środę białoruska biegaczka, olimpijka Kryscina Cimanouska wylądowała w Polsce, nie chciała wracać do kraju.

Reklama
Wie pani, prawie 55 lat żyłam na Białorusi, a nie zdawałam sobie sprawy, że tyle jest tam więzień. Białoruś jest krajem więzień i więźniów. Wszędzie, gdzie się nie obejrzysz więzienie, do tego łagry. Bałam się, że mnie na 12 lat do niego wywiozą. I pierwsza myśl była taka, że jak wyjdę, to nie będę umiała chleba ukroić. Bo przecież ani w więzieniu, ani w łagrze nie dają noża. Tylko łyżki. I to na pół godziny o 6 rano, a potem znowu na pół godziny w obiad. Człowiek też o takich rzeczach myśli, jak jest zamknięty w więzieniu o podwyższonym rygorze.
Jest pani wolna, jest pani w Polsce.
Ja jestem. Ale Andżelika Borys siedzi już czwarty miesiąc, Andrzej Poczobut siedzi.
Ma pani wyrzuty sumienia?
Pierwsze dni w Polsce były bardzo ciężkie. Napisałam do bratowej Andżeliki i przeprosiłam, że ja jestem wolna, a Andżelika uwięziona. Chcę mówić, co tam się dzieje. Dla tych dziewczyn i chłopaków, dla kobiet i mężczyzn, których Łukaszenka pozamykał, których gnębi, straszy, których zabija. Ten, kto nie siedział w tym smrodzie, wilgoci, w 12 osób w małej celi, z przestępczyniami, z kryminalnymi, w tym ciągłym upokarzaniu, to naprawdę nie jest sobie w stanie wyobrazić. Byłam w tych więziennych budynkach na Rakowieckiej w Warszawie. Tam jest luksus w porównaniu do tego, co jest w więzieniu Żodzino. Pamiętam dobrze, jak mnie wypuszczali. Wychodzę na korytarz, trzeba stanąć twarzą do ściany. Kątem oka widzę Andrzeja Poczobuta. Myślałam, że też wolny. Ale nie ma nic przy sobie, żadnych toreb. Czerwone skarpety, dresy, chudy bardzo. Patrzę mu w oczy. Chcę coś wyczytać. Nic w tych oczach nie ma. Po chwili otwiera się cela i wprowadzają go do niej. Pamiętam, że na tej celi była jakaś karteczka. Potem, jak powiedzieli, że Andrzej jest zakażony koronawirusem, pomyślałam, że może celowo go zakazili, może ta cela była po kimś, kto chorował. Przecież w więzieniu nikt się pandemią nie przejmował.
Specjalnie ten spektakl zrobili?
Pewnie, że specjalnie. Żebym miała wyrzuty sumienia, że wychodzę, a on zostaje, by on wiedział, że idę na wolność, a on zostaje. Jak tylko go wprowadzili do celi, wyszła Maria Tiszkowska. Idziemy przez te korytarze. Długo. Patrzymy, stoi Anna Paniszewa. Już naga, już ją sprawdzają.
Przy was?
Tak. Oni tam się nie krępowali.
Mężczyźni przy tym byli?
Nie. Ale sporo kobiet. Rozebrać się, ukucnąć, usiąść, dłonie, stopy pokazać. Wiele razy tak sprawdzali. Żeby upokorzyć, upodlić, umniejszyć. Wszystkich tak, na pewno nas, politycznych, na pewno Polki i Polaków na Białorusi, ludzi ze Związku Polaków na Białorusi. Nas po prostu.
Artykuł 130, propagowanie nazizmu?
Oczywiście. Za nazizm. Za faszyzm, za nacjonalizm. Artykuł 130 ust. 3 kodeksu karnego Republiki Białorusi brzmi: celowe działanie mające na celu podżeganie do nienawiści narodowej i religijnej oraz siania niezgody na gruncie przynależności narodowej, religijnej, językowej, a także rehabilitacji nazizmu dokonane przez grupę osób. Grozi według tego artykułu od 5 do 12 lat. Polaków na Białorusi zamykają, bo mówią, że jesteśmy nazistami. Kilka dni przed aresztowaniem, może to był 17 marca, pojechałam z Andrzejem Poczobutem do pani Marii, która była żołnierką Armii Krajowej. Zawieźliśmy jej prezent, a ona do nas mówi: „A czy wy wiecie, że my znów jesteśmy bandytami. My, Polacy jesteśmy na Białorusi bandytami. Łukaszenka uważa nas za bandytów, nazistów, faszystów. Wróciły czasy stalinowskie”. Trudno w to uwierzyć, ale tak się dzieje. Rodziny są rozbite, podzielone. To wszystko jest straszne, trudne do wyobrażenia dla ludzi, którzy mają wolność na co dzień. Tysiące ludzi siedzi w więzieniach z powodów politycznych. Nic złego nie zrobili, nie mają za co przepraszać, a siedzą i na razie siedzieć będą. W pierwszym więzieniu siedziałam tylko z politycznymi. Tam było super. Można było porozmawiać, planować, wspólne tematy, siła, walka.
Co to za kobiety?
Studentka, Janka Arabiejka, 19 lat. Szukała sprawiedliwości i prawdy. Cały czas walczyła o tę prawdę. Dostała się do karceru na pięć dób. Karcer to prycza przytwierdzona do ściany. I tylko w nocy można się na niej położyć. W dzień albo siedzisz na taborecie, albo chodzisz. I cały czas cię obserwują. Nawet jak się robi siku. Chleb się gorszy dostaje. Taki jak plastelina. Serduszka tym strażnikom z chleba robiła. Była też Irenka Szczasna z Mińska, 36 lat. Jej dziadka zabito w 1937 r. w więzieniu w Mohylewie za to, że był Polakiem. Potem Irenkę przewieźli do tego Mohylewa. Chyba specjalnie. Była ze mną też Wiktoria Mironsewa. Ma siedzieć dwa i pół roku. Jej siostra też jest zamknięta. Mam szczęście, że jestem Polką.
Bo za Białorusinkami nikt się nie wstawi?
W komitecie śledczym spotkaliśmy się z konsulem. Zapytał, czy jeśli trzeba będzie wyjechać, to czy się zgodzę.
Zostawić dom, pracę, rodzinę – tak pani to zrozumiała?
Tak, tak zrozumiałam. I powiedziałam, że jeśli trzeba będzie wyjechać – wyjadę, jeśli trzeba będzie zostać w więzieniu – zostanę. Nie wiem, co powiedziała Andżelika. Nie wiem, co powiedział Andrzej. Zaraz potem dostałam papier, że przedłużono mój termin pobytu o trzy miesiące, aż do 25 sierpnia. Inni Polacy mieli takie samo przedłużenie więzienia. Ja, Maria i Anna wyszłyśmy 25 maja, a Andżelika i Andrzej dalej siedzą. Tak samo jak białoruscy więźniowie polityczni. Mówiłam tym swoim koleżankom z celi, że ważne jest, by swoje korzenie szanować. Przecież one prawie wszystkie mają polskich przodków. Sowieci pomieszali to wszystko, zniszczyli, ograbili z tożsamości. Mówiłam tym dziewczynom, że korzenie, tożsamość to jest siła. Myślę, że niektórym przetłumaczyłam.
Pani jest nauczycielką języka polskiego i historii. Miała pani zostać zastępczynią Andżeliki Borys w Związku Polaków na Białorusi.
Jeśli trzeba, to będę jej zastępczynią. Na razie jednak to nie jest żaden temat. W naszej szkole w Lidzie było 315 polskich dzieci. Na Białorusi zostało wielu Polaków. Trzeba się o nich troszczyć.
W tym pierwszym więzieniu, „wołodarce” (od ul. Wołodarskiego w Mińsku), była pani przewodniczką.
Od jednego strażnika usłyszałam, że znowu chcę swoją polskość wprowadzać. Dziękuję Panu Bogu za wszystko. I za to więzienie dziękuję. Bo mogłam tak po prostu, po ludzku porozmawiać z przestępczyniami, z kobietami, których nikt nie szanuje. Oddałam im też cały worek papierosów. Dziwiły się, że oddaję najlepszą więzienną walutę.
Najstarsza pani była?
Najstarsza. Organizowałam im czas, robiłyśmy lekcje rysunku. Rysowanie uspokaja. Kiedy wychodziłyśmy na spacerniak, ja przez 45 minut biegałam w miejscu, odwrócona do ściany. Prosiłam, żeby wszystkie wychodziły. Wystarczy, że jedna stawiałaby opór, nie chciała na dwór, to wszystkie musiałybyśmy zostać. Takie są zasady. Później przekonały się do sportu, trenowałyśmy, ruszałyśmy się.
Potrzebowały liderki.
W więzieniu nie ma miłości. Miłości tam po prostu brakuje. Rozmawiałam raz z tym swoim śledczym. Mówię mu: uczycie się, potem przychodzicie tu pracować. Dlaczego nie ma takiej praktyki, że każdy, kto tu przychodzi do pracy, najpierw siedzi w więzieniu 10 czy 15 dób. Jakby tak było, to od razu byłby inny stosunek do osadzonych, panowałyby inne relacje, inne warunki. Myślę o tych dziewczynach. Wiem, że one muszą pomagać jedna drugiej, tam jeden człowiek może wychowywać drugiego i w ten sposób zrobić dobry uczynek, bo przecież zdeptać siebie bardzo łatwo. A jeszcze w takim miejscu, gdzie cały czas czuć napięcie, wszyscy są w nerwach, w oczekiwaniu. Do tego te psy.
Przy celach?
Cały czas słychać psy. Duże, owczarki niemieckie, chodzą w kółko, warczą, poszczekują. Całą noc i cały dzień. I światło się cały czas pali. Takie tlące. Tam nigdy nie ma ciemności. Bałam się, że przez to dziwne światło stracę wzrok, który i tak mam słaby. Raz zobaczyłam trawę i wydała mi się zupełnie szara. To światło jest jak tortura. Kiedy mnie zamknęli, od razu zapytałam: będziecie bić? Mówią: „dlaczego pytam”. Odpowiadałam, że wolę się nastawić. Wiem, że niektóre dziewczyny były bite, torturowane. Mnie nie ruszono. Budowano tylko atmosferę strachu. Więzienie Żodzino jest z cegły, nigdy nie było remontu. W środku tak, jakby to była piwnica, straszne. I wszędzie prąd. Druty pod napięciem elektrycznym. Nawet na ścianach. Jak w obozie koncentracyjnym. Każdy by się bał, każdy.
Pani Ireno...
To jest wszystko blisko Polski. Wchodzą do domu, robią rewizję. Mają nakaz, ale bez podania przyczyny. Po rewizji każą wsiadać do samochodu, mówią, że mam jechać na rozmowę, skręcają do mojej szkoły, tam też robią rewizję, mówią, że musimy do Mińska. Przesiadka po drodze, do innego auta, inni ludzie. Komitet śledczy, tam, że śledztwo w mojej sprawie już trwa, że jestem zatrzymana, ale nie na 72 godziny, tylko na dwa miesiące. A był 25 marca. Adwokat od razu napisał, że moje propagowanie nazizmu jest niepotwierdzone, więc mogę być w areszcie domowym. Szybko przyszła odpowiedź, że muszę być w normalnym areszcie przez dwa miesiące. 6 maja spotkanie z konsulem, o którym już mówiłam, a potem dostaję dokument, że przeniosą mnie do Żodzina. 16 maja słyszę, jak po korytarzach więzienia niesie się krzyk: „Andżelika, my ciebie kochamy!”. Zrozumiałam, że Andżelikę też będą przewozić do Żodzina. Sądziłam, że razem nas wezmą. Nie wzięli. Dopiero następnego dnia rano usłyszałam, że po obiedzie mam być gotowa.
A co na obiad?
Woda, do niej kapusta kiszona, czasami burak albo groch. Na drugie kasza, chyba z mąką i często z grochem. Praktycznie nie jadłam tego jedzenia. Tylko pierwszego dnia spróbowałam. I powiem szczerze, że tak się nawet świń nie karmi. Wywołują mnie na korytarz, widzę Marię. Będziemy razem. Cały proces przewożenia z więzienia do więzienia trwa prawie całą dobę. Sprawdzanie, trzymanie w jednoosobowej celi, w której jest tylko ławka. Można usiąść i czekać. Po kilku godzinach wzywają wszystkich po kolei. Moja kolej. Pytania, sprawdzania i znowu czekanie.
Można mieć zegarek?
Więźniom politycznym zabierają zegarki. Znowu rozbieranie. Znowu szczekanie psów. Każą ręce wziąć do tyłu.
Kajdanki?
Wtedy jeszcze nie. Miałam ze sobą trzy torby. Polityczni mogą mieć torby. Jedzenie od bliskich, ubrania, jakieś inne rzeczy. Z tym wszystkim do samochodów więziennych. A w tych samochodach są takie „stakany”, jakby oddzielne klatki. Dziesięć takich klatek. Na środku samochodu leży oczywiście wielki pies. Jedziemy. Straszne wertepy. Wszystko się trzęsie. Dworzec kolejowy i tych samochodów z więźniami co najmniej siedem. Wyszliśmy z naszego, wszędzie te psy, szczekają, próbują się rzucać, strażnicy świecą latarkami w oczy. Sytuacja jak w jakimś strasznym filmie. A ja z tymi torbami, widzę, że schody do pociągu są wysoko. Pytam faceta w mundurze, czy mógłby mi pomóc wejść, ale nie reaguje. Wdrapuję się jakoś. Najpierw pomyślałam, że to zwykły wagon, jednak kiedy weszłam do środka, zrozumiałam, że to wagon złożony z klatek. Wyglądał jak do przewozu dzikich zwierząt. Tyle że w klatkach już siedzieli ludzie. Z godzinę tak jechaliśmy. Na miejscu do drzwi wagonu podjeżdżają samochody tak blisko, że z jednych pociągowych schodków przychodzi się na drugie i jest się już w samochodzie – oczywiście prosto do klatki, do stakana i do Żodzina. Tam ręce do przodu, razem, kajdanki i trzeba jakoś wziąć torby na te ręce spętane. Cała sylwetka wtedy się pochyla do przodu. Jak niewolnik się wygląda. I o to im chodzi. Już w samym więzieniu kobiety stają odwrócone do ściany, mężczyźni muszą być prawie na czworakach. Podobno żeby nie patrzeć sobie w oczy, nikogo nie zauważyć. A tak naprawdę chodzi przecież o upokorzenie. I o strach. Potem znowu sprawdzanie, rozbieranie do naga, siadanie, kucanie, cała ta procedura. I do celi. Najpierw jednoosobowej. Łóżko, do niego przytroczony stołek. Jakieś prusaki, robale różne. Brud, smród straszny. Dziura zamiast sedesu. W kajdankach wprowadzają do celi, potem do dziury w drzwiach wkłada się ręce, ale najpierw trzeba uklęknąć, inaczej się tych rąk nie wsadzi i dopiero zdejmują kajdanki. Jakbym była najgorszą przestępczynią, morderczynią jakąś. Tam się ciągle klęka. Żeby wziąć jedzenie, też trzeba klęknąć. Oni po drugiej stronie nie nachylają się. Raz zwróciłam uwagę: „chłopcy, posłuchajcie, ja mam 54 lata, jestem matką, a wy jesteście młodzi, nie jest mi przyjemnie patrzeć w wasze genitalia, kiedy odbieram jedzenie”. Jeden taki zrozumiał. Kłaniał się, kiedy podawał mi jedzenie. Te pojedyncze cele są czasowe. Rano kazali mi wyjść, znowu sprawdzanie, znowu do naga, inni też wyprowadzeni i idziemy przez te korytarze. Pod ziemią gdzieś, po piętrach. Marię wprowadzili do celi na trzecim piętrze. Ja zostałam ostatnia. Weszliśmy na czwarte piętro. Miałam torbę pełną jedzenia. Dziewczyny z „wołodarki” mi naszykowały. Słoniny i kiełbasy. Mówiły, że taka jest tradycja, trzeba się wkupić. Mówiły też, że tu nie będzie co jeść. Tam było 12 prycz, ale dziewczyn 14.
Nie było dla pani miejsca.
Pośrodku stał stół, przy stole ławy, zwane „tramwajkami”. Co noc inne spały na tych ławach. Ja tylko raz. Pierwszą noc.
Polityczne więźniarki w celi?
Nie, żadnej. Przestępczynie różne. Również ekonomiczne. Jedna była taka Polko-Żydówka. Siedzi już drugi rok. Mówi, że się przyzwyczaiła. Inna powiedziała, że siedziała z Andżeliką. Wygląda podejrzanie, jakby pracowała w burdelu. Zapytałam, za co jest skazana, a ona, że za pornografię dziecięcą. Myślę, że była agentką, wtyką. Może to metody prowadzenia śledztwa. Więzienie jest tak urządzone, by człowiek się w niczym nie orientował, był całkiem skołowaciały. Zero informacji. Teraz, kiedy kładę się spać, analizuję, co tam się działo. I jeszcze to utrudnianie życia. Kubki tylko aluminiowe, bez uszka. Nie można utrzymać w rękach, kiedy jest gorąca herbata albo kawa. Brałyśmy gazetę i taką podstawkę się robiło. Politycznym więźniom należą się gazety, oczywiście rządowe. Innym nie. Jak się ma długopis, to można wyjąć wszystko ze środka i jest słomka do picia. W celi jest jedna miska. W niej się myje głowę, w niej się kobiety podmywają. Pół szklaneczki chlorku na 12 osób, żeby sedes trochę zdezynfekować. Mówię o tym lepszym więzieniu, bo w Żodzinie i tego nie ma. Alternatywny świat, w którym czas inaczej płynie. Człowiek przyzwyczaja się do tego czasu. W poniedziałki jest łaźnia – 15 min na osiem osób. Do tego zmiana pościeli. No, zawsze jakieś wydarzenie. We wtorek sprawdzanie cel, podnoszenie materaców z waty, grzebanie w rzeczach, pukanie w ściany. Zawsze jest też tak, że któraś płacze. Nie, nie szloch, łkanie, tylko nagle patrzysz i widzisz, że któraś ma oczy pełne łez. Żeby się nie zapaść w sobie, trzeba cały czas coś organizować, uruchomiać wyobraźnię, wymyślać. Zrobiłam z chleba różaniec. Nauczyłam się grać w pokera. Same sobie zrobiłyśmy karty z różnych papierków. I szachy zrobiłyśmy. Jeżeli ktoś coś umie robić, to uczy innych.
W Żodzinie była pani przez tydzień.
To był najdłuższy tydzień mojego życia. Słyszę: „Biernacka z rzeczami na wyjście”. Był 25 maja. Minęły dwa miesiące, odkąd siedziałam w więzieniu. Potem znowu do tych stakanów w celi. Obok mnie Maria. Znowu sprawdzanie i do celi. I na korytarz, twarzą do ściany. Przy mnie mężczyzna, w masce, na czarno. Pomyślałam, że KGB, że powiozą mnie do ich więzienia, bo tam przecież jeszcze nie byłam. Sprawdzili mnie przy nim. Potem do gabinetu, tam mężczyzna czyta moje dokumenty i daje mi podpisać papier, że 25 maja wyjeżdżam do domu, a 26 maja mam się stawić w komitecie śledczym w Lidzie. Wychodzę z tym mężczyzną na ulicę, widzę stoi jeden bus, drugi, trzeci. Wszystkie z czarnymi szybami, bez numerów rejestracyjnych. Pytam: gdzie pojedziemy? Jesteście z KGB? I słyszę, że nie, „pani zobaczy”. Wszystko po rosyjsku. To urzędowy język na Białorusi. Jedziemy, widzę, że nie do Mińska, tylko przez jakieś lasy. Mówię: może strzelać będziecie? Może strzałem w tył głowy? Jak tak, to powiedźcie mnie od razu. Pójdę spokojnie, będę się modlić, ale wy wymażecie sobie ręce krwią na siedem pokoleń. Macie maseczki. Z powodu COVID-19? Jeśli tak, to dlaczego ja nie mam maseczki? Jeden poprosił, bym nie krzyczała.
A krzyczała pani?
Głośno mówiłam. Zdjął maseczkę. Powiedział, że ma polskie korzenie. Zaczął pytać, za co siedzę. Otworzyłam modlitewnik w języku rosyjskim „33 modlitwy ojca Jamesa”. Zaczęłam czytać i mówić, że za to. To wszystko było nagrywane, w busie było kilka działających kamer. On, że będę miała dobry dzień, żebym się nie bała. Przejechaliśmy koło Lidy, mój dom zostawiliśmy z boku. I dojechaliśmy do granicy. Wysadzili mnie za szlabanem. Mówię, że nie mam paszportu. Weszliśmy do pomieszczenia administracyjnego. Kawa, herbata, ciasteczka. Ludzie, którzy mnie wieźli, przebrali się w mundury pograniczników, weszliśmy do busa i podjechaliśmy pod kolejny szlaban, po którego drugiej stronie stał już polski bus. Przeszłam do Polski. Deszcz zaczął padać. Moja ziemia po mnie płakała. Ja płakałam, że zostawiam swój dom. To straszne uczucie. Powiedziałam do tych z KGB: wy kiedyś będziecie płakać, że tak robicie. Teraz piszę listy do więźniów. Wiem, jakie to dla nich ważne. Pod innymi nazwiskami, po rosyjsku. Jak wyjdą, to im powiem, że to ode mnie te listy. ©℗
Najpierw pomyślałam, że to zwykły wagon, jednak kiedy weszłam do środka, zrozumiałam, że to wagon złożony z klatek. Wyglądał jak do przewozu dzikich zwierząt. Tyle że w klatkach już siedzieli ludzie. Z godzinę tak jechaliśmy