Reklama
Przemoc junty wojskowej w Mjanmie doprowadziła przez ostatnie dwa miesiące do śmierci kilkuset osób. Nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się wkrótce poprawić.
W związku z przeprowadzonym na początku lutego zamachem stanu Birma pogrążona jest w nieustających protestach. W ich wyniku do chwili obecnej śmierć poniosło już ponad 500 osób. Prawdziwa liczba ofiar jest według Stowarzyszenia Pomocy Więźniom Politycznym jednak znacznie wyższa. Tylko w ostatnią sobotę marca, dotychczas najbardziej krwawym dniu antywojskowych demonstracji, zabitych zostało ponad 100 obywateli. Wśród nich znalazło się siedmioro dzieci. Jednocześnie tysiące protestujących zostało poddanych torturom i zatrzymaniom.
Tego samego dnia junta obchodziła doroczne święto sił zbrojnych. Kiedy żołnierze maszerowali z pochodniami i flagami, ich przywódca – gen. Min Aung Hlaing – ponownie stanął w obronie zamachu stanu, obiecując przekazanie władzy zwycięzcom kolejnych wyborów.
W rzeczywistości wojsko, w którego skład wchodzi ok. pół miliona żołnierzy, nigdy wcześniej tej władzy nie straciło, zajmując dominującą pozycję w państwie od czasu uzyskania niepodległości w 1948 r. Nawet przez ostatnie 5 lat, kiedy szefową rządu Mjanmy pozostawała wybrana w demokratycznych wyborach Aung San Suu Kyi, armia utrzymała silną pozycję w krajowej polityce. Junta posiada bowiem własne banki, szpitale, szkoły, agencje ubezpieczeniowe, sieci komórkowe czy farmy. Kontroluje również media, prowadząc wydawnictwa i stacje telewizyjne.
Żołnierze żyją i pracują z dala od reszty społeczeństwa. Wewnątrz ośrodków wojskowych przyswajają ideologię, która stawia ich ponad ludnością cywilną i nakazuje myśleć, że wróg czyha na każdym rogu. – Większość żołnierzy przechodzi pranie mózgu – powiedział w rozmowie z „New York Timesem” absolwent prestiżowej Akademii Służb Obronnych w Birmie. Jego nazwisko zostało utajnione ze względu na ryzyko zemsty; mężczyzna nadal pełni czynną służbę. Ci, którzy wstępują w szeregi armii, uczą się, że są strażnikami kraju, który bez ich zaangażowania upadnie.
To właśnie członkowie Tatmadaw, bo tak oficjalnie nazywa się siły zbrojne, są odpowiedzialni za śmierć protestujących w ostatnich miesiącach obywateli. Jak pisze „New York Times”, wojsko już wcześniej określane było mianem robotów stworzonych do zabijania. Ale zdaniem grup monitorujących sytuację wewnątrz kraju, od czasu obalenia demokratycznego przywództwa Mjanmy ten wizerunek drastycznie się zaostrzył.
Tatmadaw na ścieżce wojennej jest zresztą od 1948 r., walcząc z komunistyczną partyzantką, powstańcami etnicznymi i zwolennikami demokracji. Kosztem wielu mniejszości etnicznych gloryfikowana jest za to buddyjska większość Bamar. Mniejszości, choć stanowią jedną trzecią populacji Mjanmy, żyją w ciągłym strachu przed działalnością wojska, które przez organy ONZ oskarżone zostało o ludobójstwo, w tym masowe gwałty i egzekucje. Z takimi represjami spotkała się przede wszystkim muzułmańska grupa Rohingja. W 2017 r. ponad 750 tys. członków grupy zostało zmuszonych do ucieczki do sąsiedniego Bangladeszu. Według danych ONZ operacja wojskowa Mjanmy obejmowała masowe zabójstwa, zbiorowe gwałty i podpalenia, które wykonane zostały z „ludobójczym zamiarem”.
Dziś jednak wrogowie Tatmadaw są głównie wewnętrzni: miliony ludzi, którzy wyszli na ulice wyrazić swój sprzeciw wobec zamachu stanu i – przede wszystkim – Aung San Suu Kyi, obalona i uwięziona demokratyczna przywódczyni narodu. Jej ojciec, gen. Aung San, założył Tatmadaw. – Armia postrzega protestujących jako przestępców, bo jeśli ktoś jest nieposłuszny lub protestuje przeciwko wojsku, musi być przestępcą – powiedział Tun Myat Aung, który opuścił szeregi Tatmadaw. – Większość żołnierzy nigdy w ciągu swojego życia nie zasmakowała demokracji. Nadal żyją w ciemności – dodał.
Chociaż żołnierze twierdzą, że zamach stanu nie jest w pełni satysfakcjonującym rozwiązaniem, nie sądzą, żeby wkrótce miało dojść do przełomu. To sprawia, że w nadchodzących dniach i miesiącach można się będzie spodziewać jeszcze większego rozlewu krwi.