– Nigdy nie posunęlibyśmy się do tego, aby uciszać tych, którzy się z nami nie zgadzają – obiecywał wówczas Orbán.
Klubrádió musiało zamilknąć, bo Rada Mediów Narodowych odebrała mu koncesję. Rozgłośnia otrzymała zbyt wiele kar za łamanie standardów nadawania. W rzeczywistości Klubrádió karano pod byle pretekstem. System medialny faktycznie został przekształcony w konglomerat służący interesom partii rządzącej. Nie pierwszy raz na łamach DGP piszę o jakimś węgierskim medium, które przestaje istnieć. W politycznym sporze, jaki toczy się wokół takich wydarzeń, rzadko pada jednak pytanie, jakie skutki może mieć system medialny o tak ujednoliconym przekazie. A niesie on ze sobą poważne zagrożenie nie tylko dla wolności słowa czy spłycenia debaty publicznej, ale wręcz dla bezpieczeństwa państwa. W dobie hybrydowych wojen informacyjnych brak aparatu krytycznego uniemożliwia skuteczną obronę przed szkodliwą narracją chińską czy rosyjską.
Obecnie najlepiej to widać na przykładzie komunikatów związanych z zakupem 7 mln szczepionek z Chin i Rosji, które będą podawane Węgrom, chociaż nie zostały dopuszczone do stosowania na terytorium reszty państw Unii Europejskiej. Z mediów prorządowych Węgrzy nie dowiedzą się jednak o tych wątpliwościach, podobnie jak nie dowiedzą się o trwających od półrocza protestach na Białorusi, bo nie wpisuje się to w obraz relacji węgiersko-rosyjskich. Podobnie rzecz się ma z rosyjską agresją na Ukrainę. W tym systemie świat jest czarno-biały. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Przekaz propagandy politycznej jest podawany dalej bez refleksji. Świat kreowany przez te media musi być jasno wytłumaczony w taki sposób, by odbiorca nie miał szans na zastanowienie się, czy faktycznie jest tak, jak mu się mówi.
W takim systemie medialnym odbiorca nie jest spersonalizowanym krytykiem, a obojętną masą, którą steruje się za pomocą wszel kich dostępnych zabiegów socjo technicznych. Państwo jako największy reklamodawca decyduje w dużej mierze o kondycji finansowej mediów, dysponując koncesjami. Może także nakładać daniny, które dla niektórych będą nie do udźwignięcia. Niezbędny kapitał posiadają za to ludzie, którzy znacząco wzbogacili się na kontraktach państwowych, a ich zaangażowanie w skupowanie mediów było zapłatą politycznego czy „patriotycznego” zobowiązania. Jedni mówią o braku transparentności, dla innych to jedynie swobodne kształtowanie rynku. Rynek medialny jest jednak ukierunkowany na wspieranie rządzącej koalicji i zapewnianie jej kolejnych zwycięstw wyborczych.
To oczywiste nadużywanie pozycji w rywalizacji politycznej. W przyszłym roku tymczasem nad Balatonem odbędą się wybory parlamentarne, w których opozycja miałaby nawet szansę na zwycięstwo z koalicją Fideszu i sojuszniczych chadeków z KDNP. Opisywaliśmy już jednak zmiany w ordynacji wyborczej, które mają dać zasadniczą przewagę partiom rządzącym. Węgierskie media opozycyjne tymczasem opierają się na crowdfundingu. Dotychczas nie pojawił się też żaden aktywny opozycyjny inwestor, gotów wyłożyć znaczące środki finansowe na próbę stworzenia przeciwwagi dla komunikacji rządowej. Zaangażowanie się w taki biznes z pewnością byłoby początkiem jego problemów na Węgrzech.
Nawet gdyby koalicja Fidesz-KDNP uległa w wyborach, organizm zbudowany w czasie jej rządów będzie trwać tak długo, jak długo opozycja nie zdobędzie 133 miejsc w 199-osobowym parlamencie, by od nowa napisać prawo. Alternatywą jest budowanie równoległego systemu medialnego, nie tylko komercyjnego, ale i po części publicznego, co trudno sobie wyobrazić. To realne wyzwanie dla węgierskiej opozycji, jak uwzględnić w programie walkę o pluralizm medialny, skoro dla zwykłych obywateli nie jest to sprawa priorytetowa.