W czwartek w Waszyngtonie odbędzie się inauguracyjne posiedzenie trumpowskiej Rady Pokoju. W Białym Domu oczekiwania są wysokie. „Rada Pokoju będzie najważniejszym organem międzynarodowym w historii, a dla mnie zaszczytem jest pełnienie funkcji jej przewodniczącego” – napisał Donald Trump w mediach społecznościowych.

Projekt nie przekonuje jednak europejskich partnerów. Polska obniżyła rangę reprezentacji do poziomu ministra Marcina Przydacza, który weźmie udział w spotkaniu jedynie w charakterze obserwatora (podobnie jak komisarka europejska ds. śródziemnomorskich Dubravka Šuica). Pełne członkostwo wymagałoby zainicjowania procedury przystąpienia przez rząd, a ten na razie tego nie planuje.

Węgry jedynym członkiem Rady Pokoju z UE

Podobnie wygląda sytuacja w innych państwach, w tym we Włoszech, Słowacji i Rumunii, które – tak jak Polska – nie zdecydują się na pełne członkostwo, ale nie chcą też pozostać poza Radą. Być może dlatego, że boją się zezłościć gospodarza Białego Domu. Zwłaszcza że zaproszenia nie dostali wszyscy (w tym kraje bałtyckie, najbardziej przecież zagrożone atakiem Rosji).

Jedynymi państwami UE, które zdecydowały się dołączyć jako członkowie, są Bułgaria i Węgry. Do Waszyngtonu wybiera się Viktor Orbán, kluczowy sojusznik Trumpa w Europie. Bardziej zaskakująca jest jednak deklaracja Sofii, do tej pory raczej niewyłamującej się z linii UE. Odchodzący premier Rosen Żelazkow początkowo tłumaczył to ważną rolą w Radzie bułgarskiego dyplomaty Nikołaja Mładenowa, który został wybrany na jej dyrektora generalnego. Decyzja wywołała jednak w Bułgarii silną falę krytyki, a jej procedowanie przez parlament zostało odłożone. Ostatecznie Sofia wyśle do Waszyngtonu dyplomatę niższej rangi.

Jest wreszcie grupa państw, które nie wyślą swoich przedstawicieli w ogóle. Na jej czele stanęła Francja, która argumentuje, że inicjatywa wykracza poza pierwotnie deklarowany cel stabilizacji w Gazie i staje się próbą budowy alternatywy wobec ONZ. Dzieje się to w momencie szczególnie trudnym, gdy ONZ alarmuje, że znajduje się w obliczu „nieuchronnego kryzysu finansowego” z powodu zaległości w opłacaniu składek przez państwa członkowskie. W dużej mierze chodzi o USA, które od powrotu Trumpa do Białego Domu wycofały się z wielu projektów ONZ, zbywając je jako „marnotrawstwo pieniędzy podatników”.

Kto zasili szeregi misji stabilizacyjnej w Strefie Gazy?

Popularnością nie cieszy się także planowana przez Radę Pokoju międzynarodowa misja stabilizacyjna w Gazie. – Polska na pewno nie wyśle żołnierzy do Strefy Gazy. Mamy swoje problemy bezpieczeństwa – powiedział premier Donald Tusk. I dodał, że Warszawa nie jest także zainteresowana „współfinansowaniem przedsięwzięć deweloperskich na terenie Gazy”.

Na razie wiadomo, że udział w misji planują Grecy, Albańczycy, Marokańczycy i Indonezyjczycy. Ci ostatni potwierdzili, że do końca czerwca mogą postawić w stan gotowości do 8 tys. żołnierzy na potrzeby ewentualnej operacji pokojowej i humanitarnej, co stanowi pierwszą konkretną deklarację dotyczącą planowanych sił.

Trump przekonuje, że państwa wchodzące w skład Rady zadeklarowały przy tym ponad 5 mld dolarów na odbudowę i pomoc humanitarną dla Palestyny. To niewiele. Według szacunków ONZ, Banku Światowego i Unii Europejskiej koszt odbudowy palestyńskiej eksklawy po ponad dwóch latach ludobójczej wojny może sięgnąć 70 mld dolarów.

Darczyńcy nie spieszą się z finansowaniem odbudowy, ponieważ – jak wyjaśnił podczas tegorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa saudyjski minister spraw zagranicznych Faisal bin Farhan – Saudyjczycy oraz inne państwa będą gotowi przekazać środki dopiero po otrzymaniu gwarancji, że wojna w Gazie naprawdę dobiegła końca. W praktyce oznaczałoby to przynajmniej porozumienie w sprawie jasnego planu wycofania izraelskich wojsk z eksklawy i rozbrojenia Hamasu. Oba te warunki na razie wydają się mało realistyczne.

Dlatego również eksperci podchodzą do inicjatywy Trumpa z dużym dystansem. „Transakcyjny charakter inicjatywy oraz selektywny dobór uczestników rodzą pytania o granice jej skuteczności” – przekonuje Eric Alter z Atlantic Council. Dodaje przy tym: „Doświadczenia historyczne pokazują, że międzynarodowy nadzór nad obszarami pokonfliktowymi często okazuje się nieskuteczny, zwłaszcza gdy nie obejmuje rzeczywistego udziału lokalnych społeczności lub gdy zakres jego kompetencji pozostaje niejasny”. ©℗