Przywódcy państw Zachodu z rezerwą odnieśli się do Rady Pokoju, nowej inicjatywy Donalda Trumpa, która mogłaby stać się alternatywą dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nawet ci, którzy utrzymują dobre relacje z administracją republikanina.
W środę włoski minister gospodarki Giancarlo Giorgetti stwierdził, że przystąpienie jego kraju do rady promowanej przez Trumpa w celu zarządzania Strefą Gazy wydaje się problematyczne. Zaproszenie do udziału w niej odrzuciły już m.in. Francja, Norwegia i Szwecja. Pytanie, czy UE i państwa członkowskie powinny dołączyć do rady, będzie omawiane w czwartek podczas nadzwyczajnego szczytu zwołanego w odpowiedzi na najnowsze groźby dotyczące wprowadzenia ceł, które Trump chce nałożyć na państwa sprzeciwiające się przejęciu Grenlandii przez Stany Zjednoczone.
Łukaszenka już przyjął zaproszenie. Czy Putin zrobi to samo?
Zupełnie inne podejście prezentują autokraci. Jednym z pierwszych, który zgodził się na udział, był białoruski przywódca Alaksandr Łukaszenka. Jego zespół opublikował nawet nagranie, na którym widać Łukaszenkę składającego podpis na tle wielkiej mapy świata. Białorusin zasugerował również, że popiera ambicje Trumpa, by inicjatywa, która pierwotnie miała wyłącznie nadzorować sytuację w zrównanej z ziemią Strefie Gazy, z czasem objęła także inne konflikty na świecie. – Na ile możemy tam pomóc? Jeśli pomożemy, to niewiele – cytuje Łukaszenkę agencja BiełTA. Polityk podkreślił swoje ambicje związane z wojną w Ukrainie, w której wspiera działania Rosji. – Być może ta Rada Pokoju, jej działania i możliwości, rozszerzą się na inne części globu. Przede wszystkim moglibyśmy coś zrobić w sprawie Ukrainy, porozmawiać i posunąć naprzód kwestię pokoju, przybliżyć jego osiągnięcie i wpłynąć na ukraińskie przywództwo. To właśnie mnie najbardziej pociąga – zaznaczył.
Do trumpowskiej organizacji zaproszenie otrzymali też Władimir Putin i Xi Jinping. Moskwa ani Pekin nie poinformowały jeszcze, czy zdecydują się na członkostwo. Jednak sam pomysł udziału takich krajów spotyka się z dużym oporem partnerów USA, zwłaszcza Ukrainy. – Rosja jest naszym wrogiem. Białoruś jest jej sojusznikiem. Bardzo trudno mi sobie wyobrazić, jak my i Rosja moglibyśmy być razem w tej czy innej radzie – powiedział dziennikarzom prezydent Wołodymyr Zełenski. W podobnym tonie wypowiadali się inni liderzy państw europejskich. Na pytanie, czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych dostrzega w tym jakiekolwiek korzyści dla Polski, źródło DGP przy Alei Szucha odpowiedziało ironicznie: „zasiadanie w jednej radzie z Putinem?”.
Do Rady Pokoju dołączy Orbán. To sojusznik Trumpa
Wyjątkiem jest premier Viktor Orbán, ideowy sojusznik Trumpa. – Jest zaszczycony zaproszeniem i oczywiście weźmie udział w pracach rady – powiedział Péter Szijjártó, węgierski minister spraw zagranicznych. Na Zachodzie nie budzi takich kontrowersji propozycja udziału w radzie premiera Izraela Binjamina Netanjahu, ściganego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodnie w Strefie Gazy. W środę Netanjahu poinformował o dołączeniu do rady, w której zasiądą także niektóre państwa Bliskiego Wschodu, m.in. Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie, oba utrzymujące stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie wiadomo, czy Trump przewidział w radzie miejsce dla Palestyńczyków.
W praktyce może się okazać, że Rada Pokoju będzie atrakcyjna głównie dla dyktatorów zmagających się z dyplomatyczną izolacją, bo samo członkostwo dawałoby im dodatkową legitymację. Ich udział może zarazem podkopać szanse organizacji na powodzenie, zwłaszcza że i tak budzi ona już poważne wątpliwości państw zachodnich. Trumpowska inicjatywa może więc skończyć jako kolejne miejsce spotkań, deklaracji i zdjęć, ale bez realnego wpływu na rzeczywistość. Być może taki rezultat mógłby usatysfakcjonować jej pomysłodawcę. Jednak Trump nie ukrywa swoich zamiarów wobec nowego podmiotu. Choć w rozmowie z dziennikarzami podkreślił, że „jest wielkim fanem potencjału ONZ”, to organizacja ta jego zdaniem nie była dotychczas „zbyt pomocna”. ©℗