We wtorek Francja i Wielka Brytania podpisały z Ukrainą deklarację o zamiarze rozmieszczenia na jej terytorium wojsk po zawarciu rozejmu, a Amerykanie potwierdzili chęć podłączenia się do opracowywanych gwarancji bezpieczeństwa. Krok do przodu nie polega jednak na tym, że na Ukrainę wyjadą zachodni żołnierze, a Biały Dom obejmie ją gwarancjami.
W przewidywalnym scenariuszu żadni żołnierze tam nie trafią. Nawet gdyby Rosja zgodziła się na zawieszenie broni – na co się na razie nie zanosi – nie podpisze się pod punktem, który by to zakładał. Choćby Brytyjczycy i Francuzi mieli się pojawić daleko od frontu, np. w Jaworowie pod Lwowem, a w układzie zapisano wprost, że oddziały nie mają parasola NATO i nie dysponują ciężkim sprzętem. Strategiczny cel Rosji zakłada pełne podporządkowanie Ukrainy, a dyslokacja zachodnich wojsk ten cel unieważnia.
Stany Zjednoczone bliżej Europy. Na razie
Dobre wieści płynące z Paryża polegają na tym, że stanowisko Zachodu, w tym USA, wobec wojny staje się bardziej zbieżne. Skonsolidowany Zachód to Zachód silniejszy, a możliwość wysłania wojsk zwiększa niepewność strategiczną dla Kremla i poprawia pozycję w negocjacjach z Władimirem Putinem. Tylko tyle i aż tyle. Z tym zastrzeżeniem, że jeśli jutro Donald Trump zdecyduje się wysłać marines na Grenlandię, cała ta konsolidacja będzie warta tyle, co rubel w innym dowcipie z Radia Erewań – o parytecie walutowym. Parytet będzie mianowicie wtedy, gdy funt rubli będzie kosztował dolara.