Reklama

Rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji pozwala od piątku Straży Granicznej zawracać z terytorium Polski osoby, które znalazły się u nas nielegalnie. Na Litwie ta metoda zatrzymała falę uchodźców płynącą z Białorusi. Polskie władze zwróciły się też do Mińska z oficjalną propozycją przesłania konwoju z pomocą humanitarną „grupie imigrantów przebywających na terytorium Białorusi”.

Na Litwie udało się uniknąć politycznej wojny o imigrantów. Istnieje nadal szansa, że nie będzie jej też w Polsce. W PiS słyszymy deklaracje, że nie będzie powrotu do ostrej, antyuchodźczej retoryki sprzed sześciu lat. Opozycja również wykazuje wstrzemięźliwość.

Inna niż w 2015 r. jest też sytuacja w UE. W związku z sytuacją w Afganistanie i działaniami reżimu Łukaszenki europejscy przywódcy mówią raczej o uszczelnianiu granic. Związane jest to z tym, że reforma prawa azylowego UE się nie powiodła. Europa w dużym stopniu pozostaje uzależniona od woli krajów trzecich – ich gotowości do współpracy i przyjmowania osób zawracanych z granicy.

Na zawracanie osób nielegalnie przekraczających granicę państwa w miejscach niedozwolonych pozwala Straży Granicznej rozporządzenie wydane przed weekendem przez ministra spraw wewnętrznych i administracji. Polskie władze idą tym samym śladem Wilna. Na początku sierpnia władze litewskie pozwoliły pogranicznikom na fizyczne wypychanie migrantów z powrotem na Białoruś. Szersze zastosowanie tej praktyki sprawiło, że liczba zatrzymanych na próbie nielegalnego przekroczenia granicy cudzoziemców zmalała do poziom sprzed kryzysu. Według aktywistów wspierających imigrantów koczujących na polsko-białoruskiej granicy, przybysze już wielokrotnie byli zawracani z naszego terytorium przez polskie służby. Straż Graniczna informowała wczoraj, że część grupy wróciła na Białoruś, a na ich miejsce pojawili się nowi. Według tej relacji Białorusini mieli na miejscu zorganizować konferencję dla swoich mediów.
Nieskuteczne okazują się na razie zasieki z drutu kolczastego ułożone wzdłuż polskiej granicy. Czy kolejnym krokiem będzie na wzór litewski budowa trwałego ogrodzenia? Jeszcze w lipcu rząd Ingridy Šimonytė ogłosił, że zamierza rozbudować umocnienia na białoruskiej granicy. Ogrodzenie ma kosztować 152 mln euro i powstać do września 2022 r.
Czy Europę czeka powtórka z 2015 r., kiedy do Europy masowo docierali szukający schronienia przed wojną Syryjczycy? Afgańczycy już dzisiaj stanowią – oprócz Syryjczyków – najliczniejszą grupę narodowościową przekraczającą nielegalnie europejskie granice. Tym, co się zmienia, jest status Afgańczyków, których Unia Europejska nie będzie mogła odsyłać z powrotem do kraju. Umożliwiała to umowa podpisana w 2016 r. przez Komisję Europejską z afgańskim rządem, w której ten zobowiązał się do przyjmowania swoich obywateli. Niewielu Afgańczyków udało się jednak deportować w ciągu minionych pięciu lat. Dla przykładu w 2017 r. decyzję o powrocie otrzymało 18,4 tys. osób, ale do Afganistanu powróciło zaledwie 3,8 tys. osób. Teraz sytuacja zmienia się diametralnie, bo o zawracaniu Afgańczyków do kraju rządzonego przez talibów zapewne w ogóle nie będzie mowy. Zarazem mało jest prawdopodobne, by UE otworzyła migrantom drzwi tak szeroko, jak miało to miejsce w 2015 r. Wówczas szukający schronienia Syryjczycy zostali zaproszeni przez niemiecką kanclerz Angelę Merkel, a przekroczenie granic zewnętrznych UE nie było szczególnie trudne. Od tamtej pory nastawienie w UE wobec migrantów jednak się zmieniło. Świadczy o tym chociażby to, że Niemcy znalazły się w grupie sześciu krajów, które niedawno apelowały do Brukseli o niewstrzymywanie deportacji do Afganistanu. W ich ocenie taka decyzja stanowiłaby zachętę do przyjazdu do Europy kolejnych Afgańczyków. List został wysłany do KE 5 sierpnia, kiedy ofensywa talibów postępowała. Potem Niemcy wraz z Holandią i Danią swój podpis pod listem wycofały, w przeciwieństwie do Grecji, Belgii i Austrii.
Zapewne politycy w Niemczech będą szczególnie ważyć słowa, jeśli chodzi o migrację, przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi – w obawie przed wzrostem poparcia dla prawicowych sił. Dla samej Merkel, która niedługo opuści urząd kanclerski, priorytetem jest dzisiaj wywiezienie zagrożonych Afgańczyków z kraju, ale nie znaczy to, że wszyscy mogą liczyć na schronienie. Stanowisko wzmocnił też francuski prezydent Emmanuel Macron, który będzie się ubiegać o reelekcję w przyszłym roku. W niedawnym wywiadzie podkreślał, że musimy obronić się przed „znaczącym napływem” migrantów, który będzie stanowić zagrożenie dla nich samych i zachętę dla przemytników.
Unia postawi zapewne na to, co sprawdziło się w 2015 r. – a więc na umowy z krajami trzecimi. Kluczem do rozwiązania kryzysu migracyjnego w związku z wojną w Syrii było porozumienie z Turcją. Tym razem UE będzie chciała podjąć próbę zatrzymania uchodźców jeszcze dalej – w krajach sąsiadujących z Afganistanem, którym Europa może udzielić wsparcia. Merkel uważa, że pozwoli to uniknąć błędu, który UE miała popełnić w 2015 r. Obcięto wówczas dotacje dla krajów sąsiadujących z Syrią i kiedy sytuacja w obozach dla uchodźców w Jordanii czy Libanie stała się nie do zniesienia, Syryjczycy ruszyli do Europy.
Kolejna kwestia, która sprawia, że o powtórce z 2015 r. raczej nie ma mowy, to lepiej chronione granice zewnętrzne. W ich pilnowaniu krajom członkowskim pomaga europejska agencja ochrony granic Frontex z siedzibą w Warszawie, która od tamtego czasu znacząco rozszerzyła swoje uprawnienia i budżet. Agencja ma teraz własnych funkcjonariuszy, docelowo jej personel w 2027 r. ma liczyć 10 tys. osób.
Wiele jednak zależy także od tego, kto pilnuje granicy po drugiej stronie. Turecki prezydent Recep Erdoğan pokazał już, że w razie potrzeby nie zawaha się szantażować Europy migrantami. Teraz sąsiadów prowokuje białoruski reżim.
Polska granica, na którą władze w Mińsku kierują migrantów, po raz pierwszy znajduje się pod tak dużą presją. Litwa, która jako pierwsza musiała się zmierzyć z tym problemem, poprosiła o pomoc Frontex. Polski rząd nie zwrócił się na razie o wsparcie, ale agencja jest na to w każdej chwili gotowa – mówi jej rzecznik Piotr Świtalski. Na Litwę, do której w lipcu dotarło 3 tys. migrantów, skierowano prawie 140 funkcjonariuszy i sprzęt. Jeśli napór migrantów na polskiej granicy okazałby się długotrwały i znaczący, zmieniłoby to położenie Polski. Dołączylibyśmy do krajów członkowskich UE, które są pierwszym państwem pobytu. Co to znaczy? W świetle europejskiego prawa mielibyśmy obowiązek rozpatrzenia wniosków o status uchodźcy. Państwa południowe mają duże trudności z wywiązaniem się z tego obowiązku, przybyszów jest za dużo, ośrodki dla nich wypełniają się szybko, a urzędy nie nadążają z weryfikowaniem aplikacji. Co więcej, zgodnie z rozporządzeniem dublińskim inne kraje mogą zawrócić migranta do państwa jego pierwszego pobytu w UE. Dlatego to właśnie na zmianie dublińskiego rozporządzenia miała być osadzona reforma polityki migracyjnej. Zdejmowałaby ona obowiązki z krajów pierwszego pobytu. Polska sprzeciwiała się takiej zmianie. Kompromisowym rozwiązaniem miała być propozycja zaprezentowana przez Komisję Europejską w zeszłym roku. Kraj, który nie chce przyjmować przybyszów, miałby być zobowiązany do deportowania migrantów w przypisanej mu liczbie. Ale prace nad pakietem również utknęły w Radzie UE, a więc w organie, w którym decydują kraje członkowskie.
Liczba nielegalnych przekroczeń granic UE
Są wyjątki od karania za nielegalne przekraczanie granicy
„Kto wbrew przepisom przekracza granicę RP, podlega karze grzywny” – czytamy w art. 49a par. 1 kodeksu wykroczeń. „Kto wbrew przepisom przekracza granicę RP, używając przemocy, groźby, podstępu lub we współdziałaniu z innymi osobami, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech” – dodaje kodeks karny. I to właśnie te przepisy są najczęściej cytowane przez zwolenników zdecydowanego traktowania grup migrantów na polsko-białoruskiej granicy. Tyle że to nie wszystkie regulacje, które mogą być w tym przypadku stosowane.
Konwencja genewska z 1951 r. dotycząca statusu uchodźców zakazuje jednak karania uchodźców za nielegalny wjazd. Są dwa warunki: muszą przybyć bezpośrednio z terytorium, gdzie ich życiu lub wolności zagraża niebezpieczeństwo, oraz powinni bezzwłocznie zgłosić się do władz i przedstawić „wiarygodne przyczyny swojego nielegalnego wjazdu”. Ustawa o cudzoziemcach z 2013 r. w art. 28 ust. 2 pkt 2 przewiduje, że Straż Graniczna nie może odmówić cudzoziemcowi wjazdu, jeśli „podczas kontroli granicznej zadeklarował zamiar złożenia wniosku o udzielenie ochrony międzynarodowej”. Decyzja, czy jej udzielić, w myśl art. 16 ustawy, należy do szefa Urzędu ds. Cudzoziemców. Unijne rozporządzenie z 2013 r. zwane Dublin III wskazuje ponadto w art. 13, że gdy „wnioskodawca przekroczył nielegalnie granicę (…) państwa członkowskiego, przybywając z państwa trzeciego, państwo członkowskie, do którego w ten sposób wjechał, jest odpowiedzialne za rozpatrzenie wniosku o udzielenie ochrony międzynarodowej”.
Michał Potocki