Brytyjski podróżnik i dziennikarz Bernard Newman w swojej książce "Rowerem przez II RP" [tytuł ang.: Pedalling Poland - przyp. red.] wydanej w 1934 r. pisał, że z Polski najbardziej utkwi mu w pamięci widok setek kobiet zgiętych w pół na polach podczas poszukiwania ziemniaków. Nie ma się co dziwić, że taki widok mógł zaskoczyć zagranicznego podróżnika, Polska od dekad wiedzie prym wśród europejskich producentów ziemniaków. Okazuje się jednak, że mimo olbrzymich corocznych zbiorów, nasz rynek ma miejsce na setki tys. ton tego popularnego warzywa z importu.

Niemcy wprowadzili na polski rynek ziemniaki za ponad 130 mln zł

Polska wydała w 2025 roku niemal 288 mln zł na import ziemniaków, co potwierdza wyraźny trend wzrostowy po spadkach z lat 2023–2024. Choć wolumen dostaw przekraczający 172 tys. ton wciąż ustępuje rekordom sprzed kilku lat, dynamika rynku jest wysoka, a średnia cena sprowadzanego kilograma warzyw ustabilizowała się na poziomie 1,28 zł, podaje Interia.

Niezmiennym liderem dostaw pozostają Niemcy, skąd pochodzi aż 60% całego wolumenu (ponad 107 tys. ton) o wartości 137 mln zł. Pozostałą część rynku uzupełniają produkty z Holandii i Grecji, a także z bardziej odległych kierunków, takich jak Egipt czy Cypr. Łącznie polski rynek ziemniaka zasilany jest obecnie przez producentów z 26 krajów świata.

Niemcy wypychają swoje ziemniaki za granicę, a polskie zalegają w magazynach

Niemcy zmagają się z niecodziennym zjawiskiem, które tamtejsze media ochrzciły mianem „Kartoffel-Flut”. Ta „ziemniaczana powódź” to efekt najwyższych zbiorów od ćwierćwiecza, które dosłownie zasypały magazyny naszych zachodnich sąsiadów. Sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że niektórzy niemieccy rolnicy decydują się oddawać swoje plony za darmo, byle tylko pozbyć się nadwyżek. Ta gigantyczna masa towaru szuka teraz ujścia poza granicami Niemiec, wywierając potężną presję na rynki eksportowe i uderzając w ceny u dystrybutorów, informuje z kolei portal sadyogrody.pl.

Tymczasem polscy producenci z niepokojem obserwują ten trend, patrząc na własne chłodnie wciąż wypełnione po brzegi rodzimymi ziemniakami. Rodzi to fundamentalne pytanie o sens masowego importu w momencie, gdy lokalne zbiory czekają na odbiorców, a polski rolnik musi konkurować z niemal darmowym surowcem z zachodu. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują teraz najnowszych danych GUS za grudzień 2025 roku, które ostatecznie obnażą skalę tego zjawiska i pokażą, czy niemiecka „powódź” faktycznie zalała polskie stoły kosztem naszych upraw.