POD FOTO: Prof. Michał Żmihorski, biolog specjalizujący się w ekologii stosowanej i biologicznych podstawach ochrony przyrody, były dyrektor Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk

Potrzebujemy w ogóle myśliwych?

Jakiś sposób wpływania na dzikie zwierzęta, na to, gdzie są, gdzie ich nie ma i ile ich jest, powinniśmy mieć. To konsekwencja rozwoju urbanizacyjnego i użytkowania przestrzeni przez człowieka. Powinniśmy minimalizować szkody, konflikty ze zwierzętami i zagrożenia z ich strony, a także mieć kontrolę nad rozprzestrzenianiem chorób. Jakiś sposób aktywnego zarządzania jest więc potrzebny. To, czy myśliwi są potrzebni, jest jednak innym pytaniem, bo moim zdaniem w obecnym kształcie łowiectwo w Polsce dostarcza niewielu usług, których byśmy potrzebowali.

Dlaczego?

Dużo więcej decyzji dotyczących populacji zwierząt – wspólnego przecież dobra – powinno być podejmowanych w oparciu o fakty i naukę, a nie – jak dziś – na domysłach, intuicji, zwyczajach religijnych czy lobbingu grup interesów. Jeśli mamy problem, np. w postaci kolizji drogowych ze zwierzętami, to w moim idealnym świecie powinniśmy najpierw to zjawisko zdiagnozować, by wiedzieć, ile ich jest, gdzie zachodzą, w jakim czasie i dlaczego. Potem zastanawialibyśmy się, jak je minimalizować, testowalibyśmy naukowo różne rozwiązania, ważąc koszty i efekty. Żeby to zrobić, potrzebne jest jednak rzetelne, racjonalne działanie oparte na liczbach, następnie ewaluacja tego działania, jego poprawianie i ponowne wdrażanie aż do pożądanego efektu. Tymczasem myśliwi to grupa hobbystyczna, słabo sterowalna, o niewielkiej wiedzy przyrodniczej. Wiadomo, że strzelają do zwierząt, ale niewiele wiadomo o samym procesie odstrzału łowieckiego, bo oficjalne raporty dotyczące pozyskania łowieckiego wydają się odbiegać od rzeczywistości. Jakaś część zabitych zwierząt to tzw. zwierzyna bagażnikowa, która nie pojawia się w żadnej dokumentacji. Są też zwierzęta zranione, których dalsze losy są nieznane. Wiemy też, że ma miejsce odstrzał gatunków chronionych, np. wilków. Oficjalne statystyki nie do końca odzwierciedlają, jakie zwierzęta rzeczywiście zostały zastrzelone, gdzie ani ile ich zastrzelono. W przypadku ptaków można nawet powiedzieć, że myśliwi nie rozpoznają gatunków, do których strzelają, czasami, nawet trzymając je już w ręku. W obecnym systemie trudno racjonalnie gospodarować populacjami dziko żyjących zwierząt.

Przecież myśliwi posługują się danymi dotyczącymi liczebności zwierząt.

Liczenie zwierząt jest bardzo trudną rzeczą, bo one przemieszczają się w czasie liczenia, uciekają od obserwatora, ukrywają. Nie jesteśmy w stanie policzyć ich tak, jak liczymy jabłka w koszyku. Jest do tego cała teoria statystyczna. Są metody, które korygują wykrywalność zwierząt określonych gatunków w terenie, mają określony błąd pomiaru i poziom zaufania do wyników. Niewiele osób w Polsce w ogóle umie takie modele statystyczne stosować. Myśliwi nie stosują tych metod i przypuszczam, że nawet nie są świadomi ich istnienia. My, ekolodzy, je rozwijamy, bo są nam potrzebne do badań naukowych, myśliwi próbują liczyć po swojemu. A dokładniej, używając tzw. obserwacji całorocznych, raportują swoje wyobrażenia o liczebności określonych gatunków. Nie określałbym tego jako liczenia – to raczej wróżenie. Odbywa się to na zasadzie: w tym roku byłem 20 razy na ambonie, trochę tych saren widziałem, wydaje mi się, że w łowisku jest ich ze 20 albo 30, więc wpiszę 25. Z punktu widzenia poprawności metodologii liczenia zwierząt jest to informacja niemal bezużyteczna, gdyż jej wiarygodność jest niska, a błąd nieznany. Niestety, te niewiarygodne dane są publikowane w GUS, co jest, moim zdaniem, dużym błędem.

Informacja o liczbie saren jest nam w ogóle potrzebna?

W przypadku gatunków rzadkich i zagrożonych chyba powinniśmy ją znać, bo wtedy możemy lepiej chronić znane stanowiska, prognozować zagrożenia procesów demograficznych i genetycznych i w odpowiedniej chwili podjąć decyzję o zarządzaniu kryzysowym typu reintrodukcja. W przypadku gatunków licznych nie ma sensu dążyć do poznania dokładnej liczebności. To, czy saren jest 800 tys., czy 900 tys., w zasadzie nie ma dużego znaczenia. Bardziej użyteczne byłyby wskaźniki, które mówią nam, jaki jest trend populacji, czyli kierunkowa zmiana: czasowa lub przestrzenna. Sama liczebność zwierząt nie jest jedynym predyktorem wystąpienia konfliktów z człowiekiem. W Warszawie dzików jest dużo mniej niż w Puszczy Białowieskiej, a jednak to tam generują konflikty, a nie w Puszczy, prawda? Zamiast liczenia zwierząt bardzo by nam się przydał monitoring konfliktów, bo widzielibyśmy, czy sposób zarządzania daną populacją jest właściwy i czy powinniśmy go skorygować. Natomiast dysponując myśliwskimi „liczeniami” o niskiej wiarygodności, nie znamy ani wielkości populacji, ani trendu liczebności, wobec tego nie można powiedzieć, czy odstrzał w danym roku przyniósł jakiś pozytywny efekt, czy w kolejnym roku należy go zwiększyć, czy raczej zmniejszyć. Działamy po omacku.

Przy okazji ostatniej powodzi, po wypowiedzi premiera Donalda Tuska, zastanawialiśmy się, czy mamy w Polsce za dużo bobrów. Wcześniej, z uwagi na szkody w leśnictwie, czy zdjąć moratorium z łosi, bo może jest ich zbyt wiele. Pan proponuje zmianę kierunku myślenia z tego, czy mamy za dużo jakichś zwierząt, na taki, czy mamy zbyt wiele konfliktów z nimi.

Bo jaka to jest dla nas różnica, czy bobrów jest 3 tys. czy 30 tys.? Ważniejsze są konflikty, a nie bezwzględna liczebność. Poza tym oszacowanie niektórych populacji jest zbyt trudne, drogie i czasochłonne. Łatwiej i taniej wysłać sondę na Marsa, niż policzyć bobry w Polsce. Powinniśmy się raczej skupić na tym, czy szkód jest więcej, jakie to są szkody, w jakich okolicznościach występują – to już są informacje, które umiemy zdobyć i które mogą być podstawą jakiejś sensownej decyzji. Poza tym koniecznie należy te koszty zestawiać z profitami: widzimy, że bobry wykopały norę w wale, ale zauważmy też, że zretencjonowały kilka tys. m sześc. wody, więc może koszt naprawy wału jest ceną, którą warto płacić?

Bobry są chronione i odszkodowania pochodzą z budżetu państwa. Ale już szkody rolnicze w przypadku dzików, jeleni czy saren szacują i wypłacają koła łowieckie. To źle?

Nie twierdzę, że to źle, ale jakość tych wycen uważam za mało wiarygodną. Brakuje nam kompetentnej służby i transparentnego systemu gromadzenia tego typu danych, by szukać sposobu minimalizacji szkód łowieckich. Mając wiarygodne dane o szkodach, mielibyśmy materiał do decyzji o reagowaniu bądź niereagowaniu na to, co się dzieje na danym terenie. Docelowo przyniosłoby to również oszczędności finansowe.

Twierdzi pan, że myśliwi mają niewielką wiedzę o przyrodzie.

To w większości amatorska grupa hobbystyczna. Adwokaci, wojskowi, lekarze, policjanci, rolnicy. Nie mają kierunkowego wykształcenia, nikt ich przecież nie uczył ekologii zwierząt, nie należy więc przeceniać ich wiedzy przyrodniczej. Myśliwi mają uproszczony obraz funkcjonowania świata przyrody, zdobywany chyba głównie od kolegów i z myśliwskich podręczników, znają kilkanaście łownych gatunków, ale tylko te prostsze do rozpoznania, niektórych łownych nie rozpoznają wcale i nawet ich własne statystyki nie uwzględniają wszystkich gatunków, tylko ich grupy, np. gęsi i kaczki. W efekcie czasem, nawet trzymając w rękach kaczkę, nie są w stanie powiedzieć, co zastrzelili. Zdarza się, że pozują do zdjęć z zastrzelonym chronionym gatunkiem. Taka jest specyfika tego modelu myślistwa. To myślistwo rekreacyjne, a kryteria dołączenia do takiego hobby nie są wygórowane. Dyskutując, w jaki sposób zarządzać zasobami przyrodniczymi, warto zatem wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia nie – jak myśliwi sami siebie przedstawiają – z gospodarzami lasu, którzy każdego zająca znają po imieniu, tylko z grupą amatorów.

Jak więc zreformować gospodarkę łowiecką?

Nie wierzę, że to się uda, ale jednocześnie nie sądzę, żeby pesymizm był usprawiedliwieniem dla zaniechania prób. Trzeba zacząć od wprowadzania do łowiectwa, krok po kroku, elementów racjonalności i zarządzania opartego na wiedzy, np. poprawiając raportowanie, wprowadzając monitoring i lepiej kontrolując procedury, wykluczając osoby ignorujące przepisy. Trzeba zacząć robić miarodajne statystyki i zaprzęgać do tego naukę. Obecnie całą gospodarkę łowiecką zostawiliśmy myśliwym, a więc amatorom, mając nadzieję, że sami wymyślą to dobrze, rozsądnie, sprawiedliwie i jeszcze racjonalnie ekonomicznie. Tak się nie stało. Resorty środowiska i rolnictwa, gdyby działały wspólnie, miałyby moc sprawczą, by wymusić etapowe wprowadzanie transparentnych procesów decyzyjnych do tej gospodarki. To jest bardzo potrzebne nie tylko z perspektywy rozsądnego wykorzystania zasobów przyrody, ale też samych myśliwych, bo szybko narasta społeczna dezaprobata dla myślistwa.

Jest jakiś model, na którym można się wzorować?

Nie ma kraju, gdzie gospodarka łowiecka jest perfekcyjna, ale jest szereg dobrych rozwiązań praktycznych. W Skandynawii raportowanie jest na o wiele lepszym poziomie, a łowiectwo ma silne zaplecze naukowe w postaci biologów łowieckich, wyspecjalizowanych w tej dziedzinie. W wielu krajach robi się nie tylko metodycznie poprawny monitoring stanu populacji gatunków łownych, ale nawet bada się co roku parametry demograficzne ich populacji (np. produktywność) i na tej podstawie jest wyznaczana wielkość rocznego pozyskania. U nas o takich rozwiązaniach możemy tylko pomarzyć.

Proponuje pan racjonalizację łowiectwa z punktu widzenia przyrodnika. Ale większość dyskusji toczy się albo wokół jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, albo dodatkowych badań lekarskich dla myśliwych, albo pozwoleń na broń czy udziału dzieci w polowaniach. Takie dyskusje polaryzują. Każdy ma jakieś zdanie, uzasadnione etycznie lub ideologicznie.

Po obu stronach są osoby nieskłonne do dialogu, więc jeśli one będą uczestniczyły w reformowaniu łowiectwa, to taka rozmowa się nie uda. Bo ani nie jest tak, że nasze łowiectwo jest idealne, ani tak, że trzeba je od jutra zlikwidować. Moim zdaniem dyskusja na zimno, w oparciu o fakty i badania oraz rzetelną diagnozę stanu obecnego, bez pudrowania i zamiatania problemów pod dywan, definiująca jasno realne potrzeby i cele kontrolowania wielkości populacji zwierząt, ma największe szanse powodzenia. Wśród wielu stron i grup zaangażowanych w dyskusję o łowiectwie jest wielu rozsądnych ludzi, którzy widzą, jak źle wygląda to obecnie i potrafią to uzasadnić. Włączanie ich do dialogu, nawet jeśli są krytyczni, byłoby wskazane. Nie może być tak, że o łowiectwie rozmawiają tylko myśliwi, bo to byłaby reforma fikcyjna. Wydaje mi się, że warunkiem powodzenia uczciwej dyskusji byłoby staranne dobranie jej członków, ale też brak obecności kamer, które merytoryczną, szczerą dyskusję zamieniają w usztywnione recytowanie stanowisk.

Rozmawiała Anita Dmitruczuk