W ostatnim roku pojawiło się wiele książek na temat kryzysu demograficznego. Skąd ten rozkwit popularności tematu, który dotychczas wydawał się mało interesować uczestników debaty publicznej?
Marcin Kędzierski, publicysta, doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Katedrze Stosunków Międzynarodowych UEK, członek Polskiej Sieci Ekonomii i ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego
ikona lupy />
Marcin Kędzierski, publicysta, doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Katedrze Stosunków Międzynarodowych UEK, członek Polskiej Sieci Ekonomii i ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego / Materiały prasowe / Fot. Wojtek Górski

Zaczynają nas dotykać zjawiska, których co prawda byliśmy świadomi od co najmniej 20 lat, ale dopiero teraz stały się namacalne, choćby poprzez zmniejszającą się liczbę dzieci w placówkach opiekuńczych. Wystarczy zauważyć, że jeszcze przed pandemią w wieku żłobkowym 1–3 było 750 tys. dzieci, teraz to niewiele ponad 500 tys. Tąpnęło.

Materializują się prognozy, które do tej pory były tylko liczbami w statystykach.

Dziś staje się to realnie dostrzegalne, ponieważ spadek współczynnika dzietności przełożył się na nominalny spadek liczby urodzeń. Jeśli przez ostatnie kilkanaście lat liczba urodzeń oscylowała między 350 tys. a 400 tys., to fakt, czy współczynnik dzietności wynosił 1,4 czy 1,2, nie był aż tak istotny. Natomiast stało się to nagle zauważalne, kiedy liczba urodzeń spadła w ciągu pięciu lat, od roku 2020, z 350 tys. do 250 tys. w 2024 r. Mijający rok zamkniemy prawdopodobnie z liczbą ok. 240 tys. urodzeń. To tąpnięcie wynika z tego, że w wiek reprodukcyjny weszły roczniki niżu demograficznego z lat 90. I nawet gdyby współczynnik dzietności dzisiaj wyraźnie wzrósł, to i tak nie zobaczymy tego w nominalnych liczbach urodzeń, ponieważ „baza reprodukcyjna” jest po prostu wyraźnie mniejsza. Co więcej, skokowy wzrost z 1,1 na 1,5 nie przyniósłby zauważalnego odbicia przez kilkanaście lat.

Na jakich zatem podstawach buduje swoją wizję prof. Marcin Piątkowski, autor książki „Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość”, w której stawia nam za cel zbudowanie 50-milionowego społeczeństwa do 2050 r.?

Ta wizja zakłada dwie rzeczy. Po pierwsze, masową imigrację. Po drugie, co często pojawia się wśród osób wierzących w zażegnanie kryzysu demograficznego, masową repatriację Polaków, którzy wyjechali w czasie wielkiego eksodusu po 2004 r., albo ściągnięcie Polaków z trzeciego czy czwartego pokolenia, urodzonych za granicą.

Optymistycznie się szacuje, że polska diaspora liczy nawet 20 mln osób.

Tego typu prognozy są obarczone dużym marginesem błędu. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której nagle do Polski wraca choćby kilka milionów osób tylko dlatego, że ich dziadkowie się tu urodzili.

Dzietność w Polsce w latach 2000-2025. Dane jasno pokazują, że nie należy oczekiwać nagłego wzrostu liczby urodzeń w Polsce.
ikona lupy />
Dzietność w Polsce w latach 2000-2025. Dane jasno pokazują, że nie należy oczekiwać nagłego wzrostu liczby urodzeń w Polsce. / Własne
W swoim eseju do „Tygodnika Powszechnego” z listopada zwrócił pan uwagę na dostrzegalne jaskółki jeszcze głębszych zmian. Bo o ile dotychczas zachodni model cywilizacyjny miał problem z dziećmi i ich rodzicami i w najlepszym wypadku ich ignorował, o tyle pan twierdzi, że właśnie dokonuje się zmiana. Że kapitalizm, traktowany oczywiście umownie, niejako zorientował się, że nie przetrwa bez zażegnania kryzysu demograficznego na Zachodzie.

Nie ma tu twardych danych, są tylko luźne przesłanki. Ale mam wrażenie, że narastające napięcia wokół polityki migracyjnej i poparcie dla ruchów sprzeciwiających się migracji pokazują, że pewna masa krytyczna została przekroczona. Chodzi mianowicie o akceptację społeczną wobec migracji oraz niską zdolność do zatrudnienia nowych przybyszów, często ludzi o bardzo niskich kwalifikacjach. Przykładem jest Wiedeń, gdzie w pierwszych klasach szkół podstawowych ponad połowa dzieci nie mówi po niemiecku, co praktycznie uniemożliwia proces edukacji. To zaczyna docierać nie tylko do świadomości obywateli, ale także przedsiębiorców i polityków, którzy widzą, że masowa migracja nie jest już prostą odpowiedzią na lukę na rynku pracy.

A jeśli chodzi o bardziej widoczne przesłanki, to mamy chociażby akceptację dla programów typu 800+ czy też coraz głośniejsze postulaty dotyczące tzw. bykowego, czyli podatku dla osób bezdzietnych. Dodajmy do tego programy wsparcia in vitro czy włączanie demografii do strategii państwa. Bo w strategii rządowej do 2030 r., pisanej w 2015 r., demografia była tylko jednym z wyzwań stojących przed państwem. W nowej strategii, do 2035 r., demografia jest już jednym z trzech głównych celów, co pokazuje, że w namyśle strategicznym wybija się ten problem na pierwszy plan.

Te wszystkie czynniki tworzą układankę, która sprawiła, że temat stał się dziś tak popularny. Swoje też robią eksperci od demografii, chodząc po mediach, a swoistym „trybunem ludowym” tego tematu stał się niejako redaktor Grzegorz Jankowski w stacji Polsat News. Widzę w portalach społecznościowych niemal co dwa dni, jak mówi o demografii, samotności i związkach.

Wcześniej postrzegano kryzys demograficzny przede wszystkim jako zagrożenie dla systemu emerytalnego.

Kwestie emerytalne wciąż są abstrakcyjne dla ludzi, bo emerytury są nadal wypłacane i nie sądzę, by dla kogoś było to dzisiaj bliskie doświadczenie. Ale już problem ze znalezieniem usługodawcy – jak najbardziej. Albo wszechobecne kartki w sklepach: „poszukuję pracownika” czy wakaty w wielu miejscach. To już codzienność. Podejrzewam, że niemal każdy Polak w ostatnich miesiącach spotkał się z sytuacją, że gdzieś zabrakło pracowników, zarówno wykwalifikowanych, jak i tych o niższych kwalifikacjach. Te deficyty coraz trudniej zastąpić imigracją, i to nie tylko na zachodzie Europy, ale już nad Wisłą.

A co z kulturą i obyczajowością? Czy razem ze zmieniającą się powszechną narracją o dzietności zmienia się też podejście do roli kobiet i mężczyzn? Wydawało się, że po kolejnych falach feminizmu i trzęsieniu ziemi w postaci #MeToo dziś są małe szanse, że ktoś będzie „wymagał” od kobiet, by rodziły dzieci.

Żaden prosty, społeczny determinizm nie istnieje. W moim odczuciu bardzo ważną zmianę przyniosła wojna w Ukrainie, która przypomniała nam o znaczeniu siły i przemocy, kojarzonych historycznie z kulturą męską. I dziś dostrzec można dużo promocji tej kultury, a zarazem gdzie nie spojrzeć, tam z ludzi wyłazi lęk, różnie wyrażany. Wojna sprawia, że u części kobiet może się pojawić przekonanie, że możliwości samorealizacji mogą zostać brutalnie ograniczone. W takiej sytuacji związek i dzieci mogą paradoksalnie stanowić jakieś źródło bezpieczeństwa, swoistą ostoję w niepewnym otoczeniu. Paradoksalnie zatem lęk przed wojną może sprawić, że tempo spadku dzietności wyhamuje, bo rodzina daje poczucie bezpieczeństwa. Mówię to z dużą ostrożnością, bo zdaję sobie sprawę, że brzmi to kontrintuicyjnie, ale umiem sobie taką zmianę wyobrazić.

Pisał pan też o tym, że być może wkrótce filmy i seriale będą promować rodzicielstwo. Czy to znaczy, że Ministerstwo Kultury i Polski Instytut Sztuki Filmowej lada moment zaczną premiować projekty scenariuszy prorodzinnych i prodemograficznych, tak jak za rządów prawicy wspierały kino historyczne i narodowe?

To może być zbyt proste myślenie ze względu na sposób konsumowania treści przez najmłodsze pokolenie. Nie chodzi mi nawet o Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF), ale wyobrażam to sobie inaczej – pod wpływem grup interesu i globalnego kapitału, który potrzebuje dzieci jako pracowników i konsumentów, to raczej platformy typu Netflix będą wymuszać na twórcach treści promujące rodzicielstwo i trwałe związki.

Pańska obserwacja, że wielki kapitał coraz uważniej zajmuje się kwestią demografii, podszyta jest silnym niepokojem. Jakie są pułapki w tym, że rodzicielstwo zyskało tak wpływowego patrona?

Moja obawa wynika z tego, że dziecko powoli staje się produktem, środkiem do osiągnięcia celu. Zwłaszcza kiedy mowa jest o in vitro, surogacji czy wizjach sztucznych macic. Dziecko staje się „środkiem produkcji”, a nie osobą. W całkiem poważnych debatach pojawiają się nawet głosy, że dzieci muszą się rodzić niezależnie od trwałości związków. Dlaczego nikt nie pyta o proces wychowania? Przecież to, w jakiej rodzinie dziecko się wychowuje, ma znaczenie dla jego stanu emocjonalnego. Krótko mówiąc: obawiam się utowarowienia myślenia o dzieciach.

Pytanie też, czy pokolenie, które „wygenerujemy” w taki sposób, samo będzie chciało mieć dzieci. Bo jeśli nie – co jest niewykluczone – to wrócimy za 20–30 lat do punktu wyjścia.

Dlatego od lat staram się odchodzić od mówienia o „współczynnikach dzietności” i od traktowania dzietności niczym PKB – im wyższa, tym lepiej. Musimy budować podstawy społeczne do tworzenia trwałych związków, w których ludzie będą szczęśliwi. Dzieci będą pochodną tego szczęścia. Skupienie się tylko na „zwiększaniu współczynnika” może doprowadzić do większych patologii niż te obecne. Powinniśmy więcej mówić o zdrowiu relacyjnym i społecznym. Zdrowie społeczne to jeden z trzech filarów zdrowia publicznego według Światowej Organizacji Zdrowia, obok zdrowia fizycznego i psychicznego, a często nam ono umyka.