Końcówka jest dosyć ciekawa, bo obserwujemy wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych, przede wszystkim partii Grzegorza Brauna. Za to Konfederacja się zmieniła, ma już dziś wizerunek partii centrowej. Weszła do mainstreamu.
Dodajmy, że Braun nie ma przecież żadnego programu. Ma tylko hasła w stylu „precz z Żydami”, „precz z żydokomuną”. Nikt nie wie, jak Braun wyobraża sobie Polskę. Przyjrzyjmy się sondażowi OGB, w którym Grzegorz Braun ma większe poparcie niż Konfederacja – jeśli to się utrzyma, to znaczy, że Polska idzie drogą zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych, gdzie rośnie skrajna prawica.
Wybory były ciekawym studium przypadku, bo kandydat partii, na którą trudno było stawiać, że wygra, jednak zwyciężył.
To są rzeczy połączone. Kandydat był wystawiony przez PiS, ale bardzo się różnił od samej partii. Karol Nawrocki zagospodarował potrzeby wyborców poza Prawem i Sprawiedliwością. Dziś poparcie tej partii spada, bo odklejenie Nawrockiego od ugrupowania, które było potrzebne do zwycięstwa w wyborach prezydenckich, w tej chwili dla samej partii jest problemem. Prezydent nie ciągnie PiS za sobą. Trudno to odwrócić, tym bardziej że przecież komunikacja w czasie kampanii była dość łopatologiczna i PiS mówił: „Doktor Karol Nawrocki to kandydat obywatelski popierany przez PiS”.
Na dodatek PiS nie ma tzw. drive’u. W wyborach prezydenckich widzieliśmy rozłożenie elektoratu Platformy i PiS. Myśleliśmy, że dopiero za 15 lat będą mieli problem z odchodzeniem od nich wyborców, a okazało się, że proces ten już zachodzi. PiS już dziś ma więc problem. KO jeszcze nie, bo pożywiła się Polską 2050, ale za chwilę też będzie miała analogiczny kłopot. Obie partie stają się powoli passé, bo ich elektoraty stają się coraz starsze. Tylko 10 proc. młodych osób głosowało na kandydatów tych partii. To jest odwrócenie struktury elektoratu. Karol Nawrocki jest autorytetem dla młodszego elektoratu, ale już nie partia, która go wystawiła. A Rafał Trzaskowski w ogóle nie jest autorytetem dla młodszego elektoratu, tak jak i jego partia. Końcówka roku to ewidentny początek końca KO i PiS.
Wizerunek Donalda Trumpa uległ zasadniczej zmianie przez ostatni rok. Prezydent USA na nasze wewnętrzne potrzeby okazał się marketingową wydmuszką. Jego słowa się w ogóle nie sprawdziły. Jako prezydent wielkiego mocarstwa nie dowiózł swoich obietnic. Nam chodziło o to, żeby zakończył wojnę w Ukrainie – jak mówił – w 24–48 godzin. A za chwilę minie rok, jak jest prezydentem, i wojna nadal trwa. Do tego dochodzi zmiana strategii amerykańskiej. Moim zdaniem wsparcie prezydenta USA nie jest już aktywem dla PiS. Chyba prawica kombinuje, jak się z tego wycofać i np. zaczynają mówić, że Stany Zjednoczone to nasz sojusznik, który pomaga nam militarnie, bo nie wycofuje żołnierzy z Polski. A jeśli chodzi o inne sprawy, takie jak wojna w Ukrainie czy sprawy gospodarcze, to nie grają na korzyść prawicy.
W tej partii wiedzą, że jedność prowadzi do sukcesu, to ona daje bonusy wyborcze. Dlatego myślę, że się nie podzielą. Może PiS pozbędzie się obciążających polityków, jak Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz, którzy wizerunkowo ciągną PiS w dół. Pytanie, co z przywództwem w partii. Jeżeli prezes Jarosław Kaczyński będzie przez cały czas chciał pozostawać liderem, to musi postawić na ludzi młodszych od siebie. Bo Jarosław Kaczyński też już nie ciągnie partii w górę. Może jedynie tę najstarszą część elektoratu. Prezes PiS jest wartością jednoczącą, ale musi postawić na młodsze nazwiska, jak Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki. Oni już rządzili, ale wciąż są liderami prawicy. Najlepiej dla Kaczyńskiego byłoby połączyć frakcje i dać im trochę więcej swobody. Być ich patronem, któremu i tak wszyscy będą składać hołdy. Dziś nie widzę specjalnego sensu podziału.
KO pożywiła się Polską 2050, ale to nie są wzrosty organiczne. KO nie poszerza grup elektoratu. Widać jasno, skąd są przepływy. Część wyborców Konfederacji również przeniosła sympatię na KO. Jednocześnie oceny rządu są słabe, wiele obietnic nie zostało zrealizowanych, w tym te kluczowe z punktu widzenia elektoratu. Na dzisiaj Koalicja Obywatelska miałaby problem z ponownym stworzeniem koalicji rządowej.
Nadal miałaby problem ze stworzeniem takiej koalicji jak obecna. I to nie byłaby koalicja marzeń, bo na dziś wychodzi, że sama lewica nie wystarczy do stworzenia rządu z KO. Trzeba by do tego jeszcze PSL, ale nie wiadomo, czy ludowcy sami wejdą do Sejmu. Teoretycznie istnieje też możliwość stworzenia koalicji rządowej z Konfederacją. Ale to i tak byłoby trudne, bo PiS nie będzie już tak przerażał wyborców. Zastanówmy się, w 2027 r. partia Jarosława Kaczyńskiego nie będzie rządziła już od czterech lat, więc nie będzie czym straszyć. Im więcej czasu upływa od 2023 r., tym bardziej poprzednicy zyskują w ocenach zaufania, i dlatego oceny Mateusza Morawieckiego dziś rosną. Za dwa lata ludzie nie będą myśleli w kategoriach przeciwstawiania się PiS i oskarżania go o całe zło.
Polska 2050 ma już znaczenie tylko rządowe oraz z uwagi na to, że ma określoną liczbę posłów w Sejmie. Oni są konieczni dla funkcjonowania obecnej większości parlamentarnej i rządu. Do końca, jak długo tylko się da, będą tak działać. Przełom roku 2026/2027 to będzie czas, by na poważnie myśleć o listach wyborczych. Skończy się zapewne tak, że Polska 2050 zawrze pakt z Koalicją Obywatelską i tak jak Nowoczesna wejdzie na listy KO. Istnieje co prawda też inne rozwiązanie: wszyscy się na siebie obrażą. Ale i w tym przypadku raczej wylądują ostatecznie na listach Koalicji. W związku z tym niewielkim polem manewru lepiej wykorzystać stanowiska rządowe, którymi wciąż dysponują, i powiedzieć zawczasu, że wchodzą w koalicję z KO.
Dla Kaczyńskiego wyzwaniem będzie utrzymanie spójności partii i myślenie co dalej po 2026 r. Za kilkanaście miesięcy trzeba będzie podejmować decyzje o konfiguracji startu w wyborach. Dla Tuska to też będzie najważniejsze wyzwanie. Będzie musiał zdecydować, jak i z kim pójdzie w koalicji do wyborów. Partia musi się przestawić na nowe tory, dlatego że zmienia się struktura wyborców. Żeby odnieść sukces, trzeba myśleć do przodu i to jest wyzwanie zarówno dla Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS umie to robić, bo pokazał to, wybierając na kandydata na prezydenta Karola Nawrockiego. Co do Tuska, to ma obecnie przed sobą wyzwania związane z rządzeniem, z dotrzymywaniem obietnic wyborczych i zapobieżeniem ewentualnym spadkom sondażowym. Rząd nie ma najlepszych notowań i to też za moment może się przełożyć na notowania samej partii.
To kolejna emanacja słabości Jarosława Kaczyńskiego. Na tym najbardziej będzie zależało premierowi, tym bardziej że Tusk ma tu słabszą pozycję. Ma i zawsze miał słabe notowania społeczne. Donaldowi Tuskowi będzie więc zależeć na podgrzewaniu konfliktu, i to zdecydowanie bardziej niż prezydentowi. W ten sposób będzie siebie podnosił w oczach opinii publicznej i będzie się na tym politycznie budował. Jeżeli tego nie zrobi albo mu się to nie uda, podzieli los Jarosława Kaczyńskiego. Czyli w partii będzie bezkonkurencyjny, ale jego polityczna przyszłość będzie mało optymistyczna.