"Decyzja pilota była dobra; po ostatnich doświadczeniach naszego pana prezydenta z Gruzji świadczy, że dobrze zadbano wówczas o bezpieczeństwo naszego prezydenta i innych prezydentów" - powiedział w czwartek na konferencji w Sejmie Klich.
Jak dodał, działanie kapitana nie było z nim konsultowane, a w czasie lotu rozmawiał przez telefon jedynie z prezydentem.
Proszony o wykładnię, kiedy i jak prezydent może rozkazywać żołnierzom, szef MON powiedział, że "za pośrednictwem ministra obrony narodowej".
"Zgodnie z ustawą z 1995 r. to minister sprawuje dowodzenie nad Siłami Zbrojnymi poprzez Szefa Sztabu Generalnego WP. Zgodnie z konstytucją minister jest odpowiedzialny za politykę obronną w imieniu rządu RP, przełożonym ministra ON jest prezes Rady Ministrów. Prezydent jako Zwierzchnik Sił Zbrojnych ma bardzo jasno określone kompetencje w konstytucji, które są respektowane, natomiast rozkazy w wojsku wydaje minister obrony" - powiedział Klich.
"Wybrał w moim przekonaniu słusznie i został za ten wybór wyróżniony"
Jak relacjonował minister, z rozmowy, jaką przeprowadził po powrocie pilota do kraju wynikało, że decyzja ws. lądowania w Gruzji "to był najtrudniejszy moment w życiu lotnika". "Decyzja musiała bowiem uwzględniać oczekiwania pana prezydenta i bezpieczeństwo osób, które były na pokładzie" - wskazał.
"Wybrał w moim przekonaniu słusznie i został za ten wybór wyróżniony" - dodał.
W ocenie szefa MON, "tak powinien się zachowywać każdy odpowiedzialny dowódca, nie tylko w lotnictwie, ale także w innych rodzajach sił zbrojnych, jeśli bezpieczeństwo ludzi zależy od niego osobiście". We wrześniu Klich odznaczył pilota srebrnym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju.
Prokuratura prowadziła postępowanie sprawdzające w zakresie odmowy wykonania polecenia dotyczącego prowadzenia statku powietrznego czyli o czyn z art. 343 par.2. Czyn ten jest zagrożony karą od 3 miesięcy do 5 lat. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożył poseł PiS Karol Karski.
Karski pytany czy prezydentowi zależy, by sprawę kontynuować, powiedział dziennikarzom w Sejmie, że nie rozmawiał z nim na ten temat. "Chodzi o kwestię wyjaśnienia sprawy, bo jest ważna" - dodał.
"Nie było zgód dyplomatycznych na lot do Tbilisi, pilot nie miał wiedzy, kto kontroluje przestrzeń powietrzną Gruzji, w jakim stanie jest lotnisko"
"Z dokumentów wynika, że minister minął się z prawdą, bo mówił, że pilot samodzielnie podjął decyzję, a w materiałach prokuratury jest napisane, że pilot miał wątpliwości i otrzymał polecenie z zewnątrz o przelocie do Azerbejdżanu" - przekonywał Karski. "Tak jak się spodziewałem, ten niski rangą oficer nie podjął na swoje barki tej decyzji" - dodał.
W sierpniu, kilka dni po wybuchu walk w Gruzji, prezydent Lech Kaczyński udawał się do tego kraju z prezydentami Litwy i Estonii oraz premierem Łotwy. Samolot poleciał przez Ukrainę do Azerbejdżanu, skąd delegacja udała się do stolicy Gruzji w kolumnie samochodów. Po międzylądowaniu w Symferopolu na Ukrainie, gdzie na pokład wsiadł prezydent Ukrainy, L. Kaczyński chciał, by samolot nie leciał do Gandżi w Azerbejdżanie, lecz od razu do Tbilisi. Po wylądowaniu w Azerbejdżanie prezydent zapowiadał, że "po powrocie do kraju wprowadzimy porządek w tej sprawie", a podczas lotu powiedział o dowódcy załogi, że "oficer powinien być mniej lękliwy".
Jak wyjaśniał rzecznik Sił Powietrznych ppłk Wiesław Grzegorzewski, Tu-154 z pułku specjalnego lecąc do Azerbejdżanu wykonywał lot według planu przedstawionego przez Kancelarię Prezydenta. "Nie było zgód dyplomatycznych na lot do Tbilisi, pilot nie miał wiedzy, kto kontroluje przestrzeń powietrzną Gruzji, kto zabezpiecza naziemne środki kontroli ruchu, w jakim stanie jest lotnisko. Po analizie sytuacji pilot podjął decyzję, by lecieć zgodnie z planem" - mówił PAP Grzegorzewski.