Inne mamy czasy niż kilkadziesiąt lat temu. Wszystko nowoczesne i można powiedzieć zbudowane na wartościach europejskich, ale historia zdaje się zatacza koło i wypisz, wymaluj wraca do nas orwelowska rzeczywistość rodem z „Folwarku zwierzęcego”. W czym rzecz? W zdumiewającym podejściu Komisji Europejskiej do pilnowania zasad traktatowych w zakresie przepływu towarów i usług.
Reklama
Podatek handlowy wprowadzony w Polsce KE zakwestionowała w ciągu 19 dni od jego wejścia w życie. Nie mam zamiaru osądzać, czy słusznie, czy nie. Istotne jest tutaj, że przy tej okazji wydała nakaz zobowiązujący nasz kraj do zawieszenia stosowania tego podatku do czasu zakończenia jego analizy. Nakaz jest dlatego, że firmy mogłyby ponieść konsekwencje finansowe i jeśli w efekcie okazałoby się, że KE ma rację, a Polska nie, podmioty gospodarcze mogłyby dochodzić roszczeń od Skarbu Państwa. Rząd Polski, nie akceptując poglądu KE, zawiesza sporne przepisy, ale będzie dochodził swoich racji, aby ten podatek jednak wprowadzić. Ale nie od 1 września 2016r., a od czasu, gdy spór z KE się zakończy. Wielkie zachodnie sieci handlowe działające na naszym rynku mogą spokojnie pracować – wszystko zatem jasne na teraz i będzie jasne w przyszłości.

Reklama
Tymczasem niemiecka ustawa MiLoG – o płacy minimalnej według zasady terytorialności – obowiązuje w Niemczech od 1 stycznia 2015 r. Ta sama Komisja od 651 dni analizuje i analizuje to, że regulacja całkowicie zmieniła tryb działania przedsiębiorców, mało tego, wprowadziła istotną niepewność w zakresie wysokości i sposobu naliczania wynagrodzenia pracowników. Sądy w Niemczech zdążyły już zakwestionować niektóre założenia pomysłodawców ustawy. Słychać też było sprzeciw zrzeszeń niemieckich doradców podatkowych podnoszących, że według nowych zasad nie da się rzetelnie wyliczyć wynagrodzeń. A firmy świadome bałaganu legislacyjnego na zleceniach transportowych wystawiają adnotację „no Polish truck”. Jednak Komisja Europejska nie widzi podstaw, aby wezwać Niemców do zawieszenia tychże przepisów do czasu wyjaśnienia wątpliwości.
Z kolei od 1 lipca 2016 r. we Francji obowiązuje ustawa potocznie zwana „Loi Macron” – w praktyce trochę podobna do swojej niemieckiej poprzedniczki – jednak oparta na innych podstawach prawnych. Przedstawiciele KE sugerują w mediach, że zasady obowiązujące we francuskiej ustawie są niezgodne z przepisami unijnymi, zresztą 16 czerwca KE wszczęła postępowanie w sprawie uchybienia państwa członkowskiego. Mimo to od 102 dni nie widać żadnego nacisku na stronę francuską o zawieszenie. Jest za to „analiza” odpowiedzi Francji.
W praktyce wszystkie polskie firmy transportowe świadczące usługi na terenie Francji i Niemiec zostały pozostawione same sobie przez wybiórczość działania KE w ustalaniu zasad badania zgodności ustaw z prawem europejskim. Nasi przedsiębiorcy poniosą wszelką odpowiedzialność finansową za stosowanie lub niestosowanie, nie wiadomo czy zgodnych z prawem wspólnotowym, przepisów wymyślonych przez naszych zachodnich sąsiadów.
Reasumując. Mamy 27 krajów Wspólnoty Europejskiej, mamy Niemcy i Francję, i mamy Komisję Europejską. Orwell w takich kwestiach jest ponadczasowy. Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych, a Napoleon ma zawsze rację.