"Nie ma wątpliwości, że jesteśmy bardzo rozczarowani" - oświadczył szef norweskiej dyplomacji Borge Brende w telewizji publicznej NRK.

Zauważył, że kolumbijskie społeczeństwo jest bardzo podzielone. "Wielu nie chce, aby Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii (FARC) uczestniczyły w procesie politycznym, ani aby ich liderzy otrzymali niewielkie kary" - dodał.

Brende ujawnił, że rozmawiał już przez telefon ze swoją kolumbijską odpowiedniczką Marią Angelą Holguin, która poprosiła go, aby po raz kolejny wysłał norweskich negocjatorów do Hawany. To właśnie w stolicy Kuby toczyły się negocjacje pokojowe w sprawie zakończenia jednego z najstarszych konfliktów na świecie.

Reklama

"52 lata konfliktu zbrojnego w Kolumbii muszą się skończyć. To, że niewielka mniejszość, nawet najmniejsza, mówi +nie+, oczywiście musi być wzięte pod uwagę i musimy w najbliższych dniach sprawdzić, czy istnieją jakieś sposoby ocalenia pokoju w Kolumbii" - dodał szef norweskiego MSZ.

"Nie możemy rezygnować, musimy nadal ciężko pracować" w tym celu - podkreślił.

Ku ogólnemu zaskoczeniu w niedzielę 50,21 proc. głosujących wypowiedziało się przeciwko porozumieniu pokojowemu z lewicowymi rebeliantami z FARC. Frekwencja wyniosła 37,28 proc.

Natychmiast po ogłoszeniu wyników referendum zarówno prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos jak i szef FARC Rodrigo Londono, znany również pod wojennym pseudonimem Timoleon Jimenez albo Timoszenko, zgłosili wolę utrzymania obowiązującego od 29 sierpnia rozejmu. Zapowiedzieli podjęcie działań mających ożywić proces pokojowy.

Santos i przywódca FARC 26 września podpisali w Cartagenie układ pokojowy, który został wynegocjowany pod auspicjami Norwegii i Kuby. Aby wzmocnić jego prawowitość, porozumienie musiało jeszcze zostać zatwierdzone w niezobowiązującym referendum. Układ przewidywał m.in., że FARC przekształci się w partię polityczną po przekazaniu broni ONZ. Organizacja w sobotę potwierdziła zniszczenie 620 kg materiałów wybuchowych.

Przeciwnicy porozumienia krytykowali przede wszystkim "pobłażliwe" kary przewidziane dla sprawców najpoważniejszych zbrodni i udział zdemobilizowanych bojówek w życiu politycznym.

W wyniku konfliktu w Kolumbii, w który zaangażowane były skrajnie lewicowe bojówki, skrajnie prawicowe oddziały paramilitarne i siły zbrojne, od 1964 roku zginęło 260 tys. ludzi, za zaginionych uznano 45 tys., a 6,9 mln musiało opuścić swoje domy.

Wynik referendum postrzegany jest jako zwycięstwo byłego prezydenta i obecnego lidera opozycji oraz prawicowego senatora Alvaro Uribe, który jest zaciekłym przeciwnikiem umowy. Nazywa on Santosa, który negocjował z FARC, zdrajcą.(PAP)