Dobra zmiana” zaczyna szwankować. Miało być wszystko naraz: 500+, obniżenie wieku emerytalnego, zwiększenie kwoty wolnej od podatku, wyższe płace, renty i emerytury, darmowe leki dla seniorów, duże wsparcie dla frankowiczów.
Tymczasem rząd rezygnuje z coraz większej liczby obietnic. Posłowie PiS już zdążyli odrzucić zwiększenie kwoty wolnej, płace w budżetówce kolejny rok mają stać w miejscu, emerytury i renty wzrosną minimalnie, pomoc dla seniorów i frankowiczów będzie symboliczna. Ponadto został zniesiony obowiązek szkolny dla sześciolatków, pojawiły się groźby zwolnień w Służbie Celnej, coraz częściej się mówi o likwidacji kopalń. To tylko część propozycji mających na celu ratowanie finansów państwa. Co gorsza, już słyszymy o kłopotach ze sfinansowaniem programu 500+.
Reklama
Skąd rozdźwięk między obietnicami i praktyką? Odpowiedź jest prosta: nie ma pieniędzy. Jak się chce zwiększać wydatki, skądś trzeba zapewnić finansowanie. Tymczasem PiS uderza w wiele społecznie zakorzenionych tabu, lecz podatków podnosić nie chce. Rząd wprowadził jedynie podatek bankowy od aktywów, lecz już wiadomo, że wpływy z niego będą mniejsze od zapowiadanych, a na dodatek może się okazać, że obciąży on głównie klientów banków. Jeszcze większą klapą jest szumnie zapowiadany podatek od handlu, który miał objąć sklepy wielkopowierzchniowe, a dotknie głównie średniej wielkości placówki handlowe, zaś wpływy z niego będą mikroskopijne. Na dodatek ekipa Beaty Szydło postanowiła obniżyć CIT dla części firm z 19 proc. do 15 proc. i podatek od długoterminowych dochodów kapitałowych z 18 proc. do 10 proc. Przy takim podejściu nie ma nawet co marzyć o realizacji obietnic wyborczych. Co więcej, wkrótce możemy się spodziewać radykalnych cięć i oszczędności. Już teraz nauczyciele, pracownicy służby zdrowia czy emeryci zaczynają być ich ofiarami. To skutki zwiększenia wydatków bez podnoszenia podatków. Ktoś musi zapłacić za „dobrą zmianę”.

Reklama
Trzeba umieć liczyć
Wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów podatki w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej. Według danych europejskiego urzędu statystycznego w 2014 r. podatki (wraz z ubezpieczeniami społecznymi) w UE stanowiły średnio 40 proc. PKB. Najwyższe podatki były w Danii, gdzie wynosiły 50,8 proc. PKB, oraz w Belgii i we Francji –47,9 proc. Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii były w Polsce, gdzie wynosiły 33 proc. PKB, czyli o 7 pkt proc. mniej, niż wynosi średnia unijna. Gdyby udział podatków w polskim PKB był na jej poziomie, to co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o 120 mld zł. To blisko 30 proc. wydatków całego rocznego budżetu. Raport Eurostatu pokazuje też, że w ciągu ostatnich lat podatki w UE nieznacznie wzrosły – w 2008 r. w UE stanowiły 39,2 proc. PKB. Tymczasem w Polsce 8 lat temu podatki wraz ze składkami stanowiły 35,2 proc. PKB, czyli nastąpił ich spadek aż o 2,2 pkt proc.
Dane europejskiego urzędu statystycznego wskazują też, że szczególnie niskie mamy podatki dochodowe i majątkowe. Podatki od dochodu i majątku w krajach UE dwa lata temu wynosiły średnio 12,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce zaledwie 6,9 proc. To 5,9 pkt proc. PKB różnicy. Gdyby podatki dochodowe w Polsce były na poziomie średniej unijnej, w budżecie byłoby ponad 100 mld zł więcej. Zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów realne opodatkowanie dla osób rozliczających się według pierwszej stawki w 2014 r. wyniosło 7,3 proc., a według drugiej 15,6 proc. – średnie efektywne opodatkowanie dochodu wyniosło zaledwie 8,4 proc. Czy to znaczy, że wszyscy płacimy niskie podatki? Nic z tych rzeczy. Polska jest krajem o prawie najniższej progresji podatków w Unii, to znaczy osoby mało zarabiające płacą podatki umiarkowanie wysokie, a krezusi bardzo niskie. Kwota wolna od podatku w Polsce należy do najniższych w UE i od wielu lat się nie zmienia. To zaledwie 3091 zł, czyli kilkukrotnie mniej niż w większości krajów Unii. Górna stawka PIT wynosi zaś 32 proc., czyli prawie najmniej z krajów UE, a do tego najbogatsi mają wiele zwolnień, odpisów i ulg. Ponadto przedsiębiorcy od 2004 r. mogą płacić stawkę liniową 19 proc. Średnie dochody ponad 500 tys. osób korzystających z tego przywileju wynoszą ponad 15 tys. zł miesięcznie. Gdyby rozliczali się oni według stawki progresywnej, do budżetu państwa wpływałoby ok. 4 mld zł więcej niż obecnie.
Mamy też jeden z najniższych w UE CIT, który wynosi 19 proc., a mimo to wiele firm unika jego płacenia i pomimo rosnących zysków właściciele firm wpłacają coraz mniej pieniędzy do budżetu państwa. Wreszcie 10 lat temu rząd Prawa i Sprawiedliwości zniósł podatek od spadków, co stanowi ewenement w rozwiniętym świecie. Tymczasem składki na ubezpieczenia społeczne oraz podatki od produkcji i importu w Polsce znacząco nie różnią się od średniej unijnej, chociaż też są od niej nieznacznie niższe. W 2014 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB, a w Polsce 12,9 proc.
Warto przypomnieć, że w ciągu ostatnich 20 lat radykalnie zmieniła się struktura systemu podatkowego – proporcjonalnie zwiększyły się podatki pośrednie i spadły podatki dochodowe. W 1993 r. wpływy do budżetu z podatków dochodowych i pośrednich były prawie równe, a nawet nieznacznie przeważały podatki dochodowe (dochodowe stanowiły 39,6 proc. wpływów budżetowych, a pośrednie 38,7 proc.). W 1998 r. wpływy z podatków pośrednich po raz pierwszy przekroczyły 50 proc. wszystkich wpływów budżetowych, a w 2002 r. – 60 proc. Od tamtego czasu struktura podatków nie uległa znaczącej zmianie, aczkolwiek warto przypomnieć, że ostatnia zmiana systemu podatkowego wiązała się właśnie z podniesieniem VAT. W 2010 r. w obliczu międzynarodowego kryzysu rząd Donalda Tuska naruszył tabu niepodnoszenia podatków i zdecydował się na zwiększenie podstawowej stawki VAT z 22 proc. do 23 proc. Wolał podnieść i tak dość wysoki podatek od dóbr i usług, niż opodatkować najlepiej zarabiających obywateli i firmy.
Ostatnia znacząca zmiana systemu podatków dochodowych niestety również wiązała się z obniżeniem obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników i pogorszeniem sytuacji osób o skromnych dochodach. W 2009 r. dokonano potężnej obniżki podatków dla najbogatszych podatników. Zniesiono najwyższą stawkę 40 proc. i w miejsce trzech wprowadzono dwie stawki: 18 proc. i 32 proc. Skutki tej zmiany były dla budżetu bardzo negatywne. Według danych Ministerstwa Finansów w 2009 r. najwyższą stawkę zapłaciło blisko 390 tys. podatników. Gdyby płacili oni podatki według stawek obowiązujących w 2008 roku, tj. 19 proc., 30 proc. i 40 proc. (przy efektywnym opodatkowaniu najwyższej grupy podatkowej stawką 29 proc.), do kasy państwa wpłynęłoby prawie 4 mld zł więcej.
Składki na ubezpieczenia społeczne dwa lata temu wyniosły w UE 13,4 proc. PKB, a w Polsce 13,2 proc. Warto jednak pamiętać, że system składkowy w Polsce również sprzyja bogatym. Osoby o niskich dochodach płacą stosunkowo wysokie składki emerytalno-rentowe, tymczasem bogaci odprowadzają je tylko do wysokości trzydziestokrotności średniego miesięcznego wynagrodzenia. To przywilej wąskiej elity biznesu, przez który ZUS co roku traci ponad 6 mld zł, czyli więcej, niż mają wynieść łączne wpływy z podatku bankowego i podatku od handlu.
Polacy popierają
System podatkowy pozwala na finansowanie ważnych społecznie celów. Dzięki podatkom i składkom można poprawić jakość służby zdrowia, zapewnić godną starość seniorom, wypłacać godne pensje strażakom, nauczycielom czy pielęgniarkom, rozwinąć infrastrukturę drogową i kolejową. Można też sfinansować program 500+, a do tego wybudować 500 tys. mieszkań. Ale ktoś musi te podatki płacić. Jeżeli chcemy wreszcie odejść od śmieciowego państwa, musimy komuś podnieść podatki. W obecnej sytuacji trudno podnosić VAT, który już jest dość wysoki. Nie ma też powodów, aby wyższe obciążenia ponosiły osoby mało zarabiające. Wyższe podatki powinny płacić osoby najlepiej sytuowane.
Z jednej strony, zgodnie z sugestiami części ministrów rządu Beaty Szydło, można byłoby wprowadzić ujednolicony, silnie progresywny podatek dochodowy, zawierający w sobie składki. Przy takiej konstrukcji górna stawka PIT musiałaby jednak przekraczać 60–70 proc. Inny pomysł zakłada zachowanie dotychczasowego systemu podatków dochodowych i wydzielonych składek emerytalno-rentowych. W tej drugiej wersji należałoby jednak wprowadzić trzecią stawkę PIT w wysokości co najmniej 40 proc. i znieść limit trzydziestokrotności średniego wynagrodzenia przy płaceniu składek emerytalno-rentowych. W obydwu wersjach warto byłoby nieco podnieść CIT i wprowadzić podatek od spadków. Należy też znieść podatek liniowy dla przedsiębiorców. Nie ma również uzasadnienia dalsze utrzymywanie specjalnych stref ekonomicznych.
Ten kierunek reform popiera zresztą większość Polaków. W ubiegłym roku agencja badawcza PBS przeprowadziła sondaż dotyczący preferowanych przez polskie społeczeństwo zmian w systemie podatkowym. Najpopularniejszy okazał się postulat zwiększenia obciążeń podatkowych dla osób najlepiej zarabiających przez wprowadzenie trzeciej stawki podatku. Takie rozwiązanie poparło aż 54 proc. respondentów – przeciwko było tylko 29 proc. badanych. Mniej osób poparło obniżkę VAT czy obniżkę podatków dochodowych. Okazało się, że polskie społeczeństwo jest bardziej odpowiedzialne w podejściu do finansów publicznych niż większość polityków.
Czas na zmianę paradygmatu i radykalny wzrost progresji w systemie podatkowym. Bez niej „dobra zmiana” będzie polegać na wsparciu jednych ubogich ludzi kosztem innych równie ubogich.
Skąd rozdźwięk między obietnicami i praktyką? Odpowiedź jest prosta: nie ma pieniędzy. Jak się chce zwiększać wydatki, to trzeba zapewnić finansowanie. Tymczasem Prawo i Sprawiedliwość uderza w wiele społecznie zakorzenionych tabu, lecz podatków podnosić nie chce.