– Nie uważam się za osobę superodważną. Nie jestem też kimś, kto potrzebuje adrenaliny. W wesołym miasteczku, przy rollercoasterze, ja jestem tą osobą, która czeka na dole i trzyma torebki – mówi Maciek Zygmunt, fotograf działający w strefie konfliktu.

Z Maćkiem Zygmuntem rozmawia Grażyna Latos

Dokładnie dwa lata temu Rosja zaatakowała Ukrainę, co było eskalacją wojny trwającej od 2014 roku. A ty dwa lata temu zostałeś fotografem działającym w strefie konfliktu.

Tak, zostałem nim tak, jak wydarzyła się sama wojna. Znienacka. Zawsze byłem zaangażowany w działania społeczne, dużo robiłem dla różnych organizacji pozarządowych i naturalnie ruszyłem dokumentować to, co się działo.

Od czego zacząłeś?

Od mojej najbliższej okolicy, czyli Krakowa. Później ruszyłem do granicy w stronę Przemyśla i do Medyki. Jeszcze później zaczęły się do mnie odzywać organizacje z zagranicy i finalnie zacząłem jeździć w głąb Ukrainy, w pobliże frontu.

Okolice Bachmutu, oddział ukraińskiej artylerii / fot. Maciek Zygmunt / Inne / Maciek Zygmunt

Brzmi to jakbyś bardzo spokojnie i płynnie wchodził na głęboką wodę. Był jakiś moment graniczny, w którym się zatrzymałeś, zdałeś sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmujesz i podjąłeś świadomą decyzję, że idziesz dalej?

W pierwszych miesiącach wojny, gdy się wjeżdżało do Ukrainy i przekraczało granicę, czuć było mocne uderzenie adrenaliny. Miałem poczucie, że w każdym momencie coś się może wydarzyć. Byłem w ciągłej gotowości i działem tunelowo. Starałem się skupić na zleceniu, pomimo różnych obaw. Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, do wojny też. I tak było w moim przypadku.

Stopniowo sięgałem po coraz trudniejsze zlecenia, przemieszczałem się w coraz bardziej wymagające regiony. Oczywiście, konsultowałem się ze znajomymi, którzy mieli doświadczenie w konfliktach zbrojnych i dawali różne rady na co uważać, ale czasem rzeczywistość pisała inne scenariusze.

I jak wyglądał taki niechciany scenariusz?

Zdarzyło się np. że trafialiśmy na ostrzał bezpośredni. Byliśmy w strefie przyfrontowej w okolicach Charkowa i nagle okazało się, że jesteśmy pomiędzy działaniami dwóch artylerii. Nad nami przelatywały dalekosiężne pociski. Wóz, którym się przemieszczaliśmy, który dostarczał rzeczy do osób w tej części Ukrainy, został namierzony. Staliśmy się celem ataku i trzeba było uciekać. Bo nie wszystko da się przewidzieć.

I co zrobiliście?

Osoba, która z nami jechała była przyzwyczajona do takich sytuacji. Codziennie ewakuowała ludzi. Powiedziała, że musimy odjechać kilkaset metrów dalej i już nie będą w nas trafiać.

Maciek Zygmunt w pracy w Ukrainie / fot. Bartłomiej Jaśko / Inne / Bartłomiej Jaśko

Czyli jest tak jak powiedziałeś, człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego. Nawet do wojny. To pewnie dobrze, choć brzmi strasznie.

Tak, przez to, że takie sytuacje zdarzały mi się coraz częściej, byłem w stanie jeździć coraz dalej. Mimo, że nie uważam się za osobę superodważną. Nie jestem też kimś, kto potrzebuje adrenaliny. W wesołym miasteczku, przy rollercoasterze, ja jestem tą osobą, która czeka na dole i trzyma torebki

W czym więc tkwi sekret?

Może w poczuciu, że praca w takim miejscu i w takim czasie jest po prostu istotna.

Gdy zacząłem zajmować się fotografią, byłem bardzo zainteresowany fotografią konfliktów zbrojnych, śledziłem wszystkich fotografów i ich historie. I wiedziałem, że jeśli mam iść w ten temat dalej, to chcę, żeby to przyczyniało się do zmiany w świecie. Żeby oddziaływało na ludzi.

Co zmieniają twoje zdjęcia?

Dzięki temu, że wykonuję je głównie na zlecenie organizacji pozarządowych wiem, że pomagają działać, zbierać środki, uświadamiać ludzi na dalekim zachodzie Europy.

Są osoby, które nie wiedzą co się dzieje?

Tak było zwłaszcza na początku wojny. Pamiętam film, który nagrywałem na granicy. Ukraińcy z bagażami i zwierzętami. Materiał wrócił do mnie z prośbą o dodatkowe opisanie, bo okazało się, że dalej na zachód jest niezrozumiały. Ludzie faktycznie nie wiedzieli co się naprawdę dzieje.

Okolice Bachmutu, oddział ukraińskiej artylerii / fot. Maciek Zygmunt / Inne / Maciek Zygmunt

Wróćmy jeszcze do przyzwyczajania się do rzeczy najtrudniejszych. Jeździłeś coraz dalej, ale czy doszedłeś do miejsca, w którym ostrzał nie robi już na tobie wrażenia?

Nie, do takich rzeczy nie jestem w stanie się przyzwyczaić. Gdy wracam do Polski i np. mijam budowę na której coś spada, albo słyszę inny huk, to w pierwszym momencie się uchylam.

A w Ukrainie potrafisz spać w nocy?

Gdy będąc w Ukrainie żyłem wraz z żołnierzami, w czasie nocnego ostrzału, gdy oni chrapali, ja podskakiwałem w łóżku. To zawsze na mnie działa. Uruchamia we mnie poczucie, że coś trzeba zrobić, np. uciekać. Dlatego dziś śpię z zatyczkami do uszu. Nie chcę, żeby coś mnie budziło.

Przy żołnierzach chyba można czuć się bezpiecznej?

Oni mają więcej danych. Bywały takie sytuacje, że dowódca dostawał informację wywiadowczą, że za cztery minuty możemy się spodziewać bezpośredniego ostrzału kryjówki. Mieliśmy dwie minuty na jej opuszczenie. Trzeba było wszystko rzucić, wsiąść do samochodu i odjechać, bo te informacje zwykle się potwierdzają. Bywały też powiadomienia, że właśnie trwa ostrzał miejsca, do którego zmierzamy z amunicji kasetowej. Mamy nie wjeżdżać i poczekać aż ustanie. To cenne dane.

Front zaporoski, kierunek Robotyne, 2023, żołnierz na pozycji / fot. Maciek Zygmunt / Inne / Maciek Zygmunt

Czy świat nadal jest zainteresowany tym konfliktem?

Dziś to zainteresowanie jest z pewnością mniejsze.

Kiedyś, jak jechałem przez okolice Charkowa, spotykałem sporo osób z różnych stron świata. Można się było poczuć jak u Hemingwaya. Jechało się busikiem, gdzieś dosiadał się amerykański dokumentalista, gdzieś wysiadał francuski fotoreporter, ale potem znowu spotykaliście się w Kijowie, czy we Lwowie. Było tłumnie. Teraz jest bardzo, bardzo spokojnie. Ostatnio, gdy byłem z oddziałem, który dokonuje zwiadów i ataków dronami, mówili, że jestem pierwszym fotoreporterem od dwóch miesięcy. A to dość elitarna jednostka. Dobrze wyposażona i zaprawiona w walce grupa, która robi dość głośne medialnie ataki.

No tak, przyzwyczajają się nie tylko osoby na miejscu, ale też obserwatorzy. Wojna w Ukrainie przestaje na ludziach robić wrażenie. Mniej się o niej pisze i jeszcze mniej się o niej czyta. Ludzie nie chcą klikać w kolejne smutne linki.

Tak, ale mam wrażenie, że to zainteresowanie w Polsce spadło jeszcze bardziej niż w innych krajach. Gdy oglądam zagraniczne telewizje widzę, że w niektórych miejscach temat ten nadal jest bardzo żywy. Zresztą organizacje, które do mnie przychodzą ze zleceniami też są dziś zwykle z zagranicy.

Ale kolejny rok wojny z pewnością wpłynął na ich działania. Może zmienił cele?

Widzę zmiany, bo zmieniają się potrzeby. Początkowe działania organizacji, z którymi współpracowałem były nakierowane przede wszystkim na artykuły pierwszej potrzeby. Teraz, kiedy pierwszy szok wojną dawno już minął, działania są różne. Pojawiły się np. działania prodemokratyczne i antykorupcyjne.

Mieszkanka Czernichowa i jej zbombardowany dom / fot. Maciej Zygmunt / Inne

Gdy cię słucham myślę sobie, że wojna jest taką specyficzną sytuacją, w której dzieje się tak dużo ogromnego zła, a jednocześnie czynione jest dobro, bo przecież wciąż nie brakuje tych, którzy chcą pomagać. Ciekawa jestem czy to doświadczenie wpłynęło jakoś na twoje myślenie o świecie i ludziach?

Powiedzmy sobie szczerze, nigdy nie byliśmy w jakiś super relacjach z Ukrainą. Mam jednak wrażenie, że gdzieś poza tą linią oficjalną, rządową, na stopie czysto ludzkiej, jesteśmy dziś dużo bliżej niż kiedyś. Może ludzie, którzy jeżdżą dziś do Ukrainy, nie robią tego tak dużymi grupami jak kiedyś, ale nadal jeżdżą. Te oddolne inicjatywy bardzo ładnie się rozwinęły. Są osoby, które rzuciły wszystko, przeniosły się blisko frontu, zarówno mężczyźni jak i kobiety i od dwóch lat nadal ryzykują swoje życie, bo chcą pomóc.

Wracasz do domu z ulgą, czy tęsknotą za adrenaliną?

Wracam z wyczerpaniem. Zwykle, jeśli tylko mam taką możliwość, padam do łóżka na dwadzieścia cztery godziny. Teraz zwykle jeżdżę sam, co wiąże się z długim prowadzeniem samochodu i przeprawą przez granicę, więc zmęczenie jest naprawdę ogromne.

I chce ci się znów wyjeżdżać?

Kilka razy mówiłem sobie, że to już ostatni raz. Ale gdy zmęczenie mija znów czuje, że chce tam wrócić.

I wracasz. Ryzykujesz. A czasem, na freelancingu, nawet nie masz ubezpieczenia. To poczucie misji?

Tak, myślę, że mam poczucie misji. Bez niego ciężko byłoby w tym wytrwać. Ale mam też ciekawość. Będąc w Polsce myślę o tym, co się tam dzieje.

Charków, seniorka naukowczyni nie może uwierzyć, że na podwórko przed jej blokiem spadają bomby / fot. Maciek Zygmunt / Inne / Maciek Zygmunt

Co ze strachem?

Strach może się pojawić tuż przed wyjazdem z Polski. Zwłaszcza gdy się tam dawno nie było. Kiedy wsiadam w samochód i jadę sam trudno się mu nie poddać. Po przekroczeniu granicy jest trochę lepiej. Jeszcze lepiej jest po przekroczeniu ostatniego checkpointu. Po wzroście stresu przychodzi ulga, ale też adrenalina. Wiem, że już jestem zdany na siebie.

A gdy jedziesz z kimś?

Jest inaczej, ale 90 proc. osób, które prosiły, żebym je ze sobą zabrał, rezygnowała tuż przed wyjazdem z Polski. Nie były w stanie znieść myśli, że mogą nie wrócić lub wrócić z poważnymi obrażeniami.

A ty mogłeś?

Na co dzień o tym nie myślę, ale jestem przygotowany na wypadek, gdyby faktycznie tak się zdarzyło. To jest już częścią mojego życia, więc musiałem sobie poukładać różne rzeczy.

Lwów, atak rakietowy na miasto / fot. Maciek Zygmunt / Inne