Wierzę w przyjaźń polsko-węgierską, jednak taką między zwykłymi ludźmi, pozbawioną ideologicznego oraz politycznego namaszczenia. W dużej mierze zbieżną z tą, o której mówił Viktor Orbán podczas wspólnej konferencji prasowej z premier Beatą Szydło w lutym br. Tym bardziej że jeśli przejrzeć historyczne relacje, to sojusze zazwyczaj budowane były przeciwko jakiejś władzy, a nie w imię jej poparcia. Nie wierzę jednak w przyjaźń polityczną, szczególnie gdy jedna ze stron zyskuje na niej nad wyraz wiele.
Dominik Héjj, politolog, redaktor naczelny serwisu Kropka.hu poświęconego węgierskiej polityce / Dziennik Gazeta Prawna
Dzisiaj odbędzie się dyskusja i najpewniej nastąpi przyjęcie rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie Polski. Od dłuższego czasu premier Węgier bierze Warszawę w retoryczną obronę. „Więcej szacunku do Polski” – apeluje, a jego słowa rozbudzają serca i umysły. Pod wpisami Orbána na jednym z portali społecznościowych umieszczono wiele komentarzy po polsku, w tym niejednokrotnie te nazywające Viktora per wielki przywódca czy zwracające się do niego z prośbą o rządzenie naszym krajem. To nic, że hasło o szacunku to slogan z kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego w 201 4 r . Liczy się wrażenie. Oto Orbán nie pozwoli skrzywdzić Polski.
Faktycznie jednak Fidesz niewiele może zrobić. W styczniu, w czasie posiedzenia Komisji Europejskiej, Tibor Navracsics nie sprzeciwił się wszczęciu postępowania przeciwko Polsce. Orbán słowami swojego rzecznika odciął się od tej postawy, twierdząc, że jego deklaracja dotyczyć może jedynie działań podejmowanych przez węgierski rząd, natomiast pan Navracsics jest europejskim urzędnikiem, na którego rząd nie ma wpływu. Paradoksem jest, że żaden węgierski polityk nie zabrał głosu odrębnego na forum Parlamentu Europejskiego w czasie dyskusji nad sytuacją w Polsce. Złożono je na piśmie, jednak założę się, że niewielu o nich w ogóle słyszało. Fidesz jest członkiem Europejskiej Partii Ludowej, środowiska politycznego, które jest inicjatorem przyjęcia rezolucji. Otwarte pozostaje pytanie o to, na ile deklaracja solidarności złożona przez rząd w Budapeszcie ma przełożenie na faktyczne działanie. Jego namacalnym dowodem będzie końcowy wynik głosowania w Strasburgu. Dwunastu posłów Fideszu powinno głosować przeciwko niej. Kilku, a z pewnością tak wyrazistych jak György Schöpflin czy József Szájer, powinno zabrać głos na forum Parlamentu, nie tylko na piśmie.
Zainteresowanie instytucji europejskich Polską jest Węgrom na rękę. Viktor Orbán wielokrotnie mówił o stosowaniu podwójnych standardów i z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie w przypadku Polski i Węgier. Procedura monitorowania praworządności została stworzona z myślą o Węgrzech, wobec których nie jest jednak stosowana. Warszawa odwróciła uwagę od tego, co dzieje się w Budapeszcie. Rzecz jasna żaden z polityków partii rządzącej nie może zapytać, dlaczego nikt nie interesuje się postępowaniem koalicji Fidesz-KDNP, jej kolejnymi decyzjami, które z transparentnością zasad demokratycznych mają niewiele wspólnego. A w węgierskiej polityce dzieje się bardzo wiele, i to na niekorzyść stosunków społecznych.
W tym aspekcie wspieranie Polski przez premiera Orbána jest krokiem taktycznym. Tym bardziej że w czasie dorocznego, osiemnastego przemówienia, które 2 8 l utego wygłosił Viktor Orbán, ani razu nie wspomniał on o Polsce czy szerzej – Grupie Wyszehradzkiej. Było natomiast o orientacji polityki zagranicznej Węgier w trójkącie Berlin–Moskwa– –Ankara. A zaznaczyć należy, że mowa premiera postrzegana jest jako program rządu na najbliższe miesiące. Podobnie w kwestii kryzysu migracyjnego: Węgry deklarują poparcie propozycji delegacji polskiej, co jest tym bardziej interesujące, że same dokładnie w takim brzmieniu lansują ją od miesięcy, a więc od czasu, w którym w Polsce rządziła poprzednia koalicja, opowiadająca się za wsparciem programu relokacji migrantów.
Sytuacja polityczna coraz bardziej uzasadnia tezę o próbie podpuszczania Polski na arenie europejskiej, popierania pomysłów, za które na koniec dnia musi się tłumaczyć Warszawa. Wysyłania komunikatów prasowych po spotkaniach Grupy Wyszehradzkiej odmiennych do tego stopnia, że mam wrażenie, iż premier Beata Szydło i Viktor Orbán byli na zupełnie różnych szczytach. Niejednokrotnie spotykam się z pytaniem o to, czy uważam, że Polska jest pionkiem w grze Budapesztu. To ocena idąca zbyt daleko, ponieważ odbiera podmiotowość we wzajemnych relacjach.
Bezsprzeczne jest jednak to, że obecny stan rzeczy osłania działania Fideszu w Budapeszcie, skupiając całą uwagę na Polsce. Węgry mogą na tym tylko zyskać – po pierwsze, zdobywając spokój we wprowadzaniu kolejnych zmian w kraju, po drugie, zwiększając zainteresowanie inwestorów, dla których – paradoksalnie – są one bardziej przewidywalne. Z kolei mówienie o szacunku dla Polski nic nie kosztuje, podobnie jak otwarte popieranie Prawa i Sprawiedliwości. Słowa sobie, a praktyka polityczna sobie.