Mamy potencjał i ambicje, żeby stać się mocarstwem regionalnym. Jednym z kluczowych warunków realizacji tej aspiracji jest rozwój relacji ze światem islamu. Tymczasem nasza klasa polityczna i większa część Polaków nie rozumieją, boją się lub nie lubią muzułmanów.
Kiedy politycy Prawa i Sprawiedliwości mówią, że Polska ma się stać krajem „poważnym, szanowanym i posiadającym własne zdanie”, w języku geopolityki oznacza to zapewne, że powinna się stać mocarstwem regionalnym lub potęgą średniego kalibru (ang. middle power). Te aspiracje trafnie odzwierciedlają potencjał ekonomiczny i demograficzny Polski. Mamy 38 milionów mieszkańców i silną – 22. w świecie – gospodarkę. Wydajemy coraz więcej na obronność (19. miejsce w świecie). To wszystko daje nam możliwość realizacji ambicji. Jednak potęga średniej wielkości nie może ograniczyć swojej aktywności do własnego podwórka, czyli do Europy Środkowej. Musi wypłynąć w rejs dokoła świata.
My śnimy o potędze, a świat coraz szybciej się zmienia. Mocarstwa niezachodnie zyskują na sile i znaczeniu. Ten proces trwa od kilku dekad. Świat XXI wieku będzie prawdopodobnie bardziej wielobiegunowy niż dziś. Europa będzie bardziej powiązania ze światem. W obu kontekstach – europejskim i globalnym – kluczowe znaczenie dla Polski ma zdolność do budowania i kształtowania korzystnych relacji ze światem islamu. Problem w tym, że najpoważniejsze wyzwanie tkwi w nas. To bardzo negatywny stosunek do muzułmanów. Zarówno społeczeństwa, jak i elit. Jego przezwyciężenie jest trudne, gdyż opiera się na mitach, stereotypach i przesądach głęboko zakorzenionych w naszym światopoglądzie.