Największymi zaletami Tindera są prostota i efektywność. Można na nim znaleźć uczucie lub przyjaźń. Choć przyjęło się, że szuka się tam głównie szybkiego seksu.
Reklama
Chłopak poznał przez internet dziewczynę. Spodobali się sobie, umówili się na piwo. Rozmowa się kleiła, więc zaprosił ją do siebie. Gdy ona czekała w salonie, on nerwowo krzątał się po kuchni. Wino, kieliszki, kilka ciastek na tacy i może dwa talerzyki? W pewnym momencie zajrzał do salonu, jak się okazało – pustego. Spanikowany zaczął przeprowadzać remanent: „Portfel, telefon, laptop, wieża – są”. Gdy tak się rozglądał po pokoju, jego spojrzenie zatrzymało się na regale, konkretnie na wyrwie w szeregu książek. Dziewczyna ukradła mu „Tybetańską księgę umarłych”.
Albo z innej beczki. Czterdziestoletnia rozwódka tworzy na portalu swój profil. Zdjęcie ma niewyraźne, z daleka, właściwie nie widać na nim jej twarzy i figury. Za to opis towarzyszący portretowi, choć zmysłowy i pełen dwuznaczności, jest aż nadto wyraźny. Panowie zasypują ją wiadomościami, kobieta dostaje ich po kilkadziesiąt dziennie. Jednak ona nie umawia się z nikim. Chciała po prostu, by wszyscy mężczyźni pisali właśnie do niej.
Może być i tak. Pan umawia się z panią na kolację, a gdy przychodzi do płacenia rachunku, wymawia się tym, że zapomniał portfela. Przecież nigdy mu się to nie zdarza – tłumaczy się skonfundowany. Kobieta płaci.
Albo tak. Chłopak czeka na dziewczynę w bistrze, ona przychodzi spóźniona i kompletnie pijana. On zamawia jej zupę i wychodzi do toalety. Gdy wraca, pełen talerz wciąż jest na stole, a jego towarzyszka śpi z głową na blacie.
Najczęściej bywa zupełnie zwyczajnie: spotykacie się na kawie, rozmawiacie przez pół godziny, a potem znudzeni i niezainteresowani rozstajecie się na zawsze. Czasem jeszcze podczas randki sprawdzacie w telefonie kolejne opcje. Zdarza się też, że w serwisie randkowym poznacie miłość na całe życie. Ot, romans zapośredniczony przez sieć. Czasem śmieszny, często nużący, czasem emocjonujący i prawdziwy. Czy aż tak bardzo różni się od romansu przedinternetowego?
****
„Match.com przyniesie tej planecie więcej miłości niż cokolwiek innego od czasów Jezusa Chrystusa” – buńczucznie zapewniał Gary Kremen, dyrektor serwisu, w 1995 r. Brawurowa głupota kryła w sobie jakieś ziarno prawdy, bo Match – pierwszy tak popularny serwis randkowy – rósł szybko i dziesięć lat później miał już 40 mln użytkowników. Sukces przyciągał innych graczy, często skupiających się na niszach: demograficznych, religijnych (czego przykładem był JDate, tylko dla Żydów) czy behawioralnych (eHarmony – dla szukających poważnego związku, AdultFriendFinder – dla chcących przygodnego seksu, Ashley Madison – dla niewiernych małżonków). Efekt? John Cacioppo, psycholog z Uniwersytetu Chicago, policzył, że w Stanach Zjednoczonych co trzecie małżeństwo z okresu 2005–2012 poznało się w internecie.
Mimo różnorodności wszystkie te serwisy działają na podobnych zasadach. Zaczyna się od formularza, nieraz piekielnie szczegółowego. Liderem tej kategorii jest OkCupid, w którego bazie znajdują się tysiące pytań wielokrotnego wyboru w rodzaju: „Co z powyższych jest w stanie zachęcić cię do obejrzenia filmu?” albo „Jak ważna jest dla ciebie religia?”. (Przeciętny użytkownik odpowiada na 350 pytań). Następnie dane mielone są przez algorytm służący do jak najlepszego dopasowania potencjalnych partnerów. Matematyka w służbie miłości, wzrost efektywności randkowania, zmniejszenie niezgodności charakterów – pierwsza generacja serwisów randkowych miała zdecydowanie technokratyczny charakter, co zresztą odpowiadało wykształceniu jej twórców, doktorów matematyki, ekonometrii czy psychologii behawioralnej.
Problem? W moim przypadku algorytmy nie działały. Bo ludzie piszą o sobie straszne bzdury. Weźmy wagę; co ciekawe, w większości serwisów określa się ją jakościowo, a nie liczbowo. Można więc wybrać, czy jest się lekko puszystym, normalnym, szczupłym, muskularnym itd. Rzadko kiedy te deklaracje znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości – mówi Ewa Zezoń, autorka książki „Randkowy efekt jojo”, w której opisała swoje doświadczenia z krajowymi serwisami randkowymi. To samo dotyczy wzrostu. – Gdy szukałam partnera, określiłam kryterium wzrostu od 1,78 do 1,82 metra. Oczywiście podobają mi się też mężczyźni dużo niżsi lub dużo wyżsi. Nie lubię jednak być oszukiwana, a pamiętam, że raz spotkałam się z mężczyzną mojego wzrostu (Ewa jest dość niska – aut.), który w profilu wpisał 1,78 m. Poczułam się zrobiona w balona i choć to był fajny facet, przekreśliłam go już na samym początku – opowiada.
Naturalnie to, że manipulujemy własnym wizerunkiem w trakcie poszukiwania partnera, nie jest niczym wyjątkowym. W pewnym sensie na randki zawsze wysyłamy przedstawicieli, błyskotliwszych, zabawniejszych, pewniejszych siebie niż my sami. Wydawać by się mogło, że w internecie gra toczy się na podobnych zasadach, ale to nie do końca tak, bo w sieci w romantyczny taniec dwojga ludzi włącza się coś trzeciego – algorytm. To dlatego niektóre historie miłosne z serwisami randkowymi w tle czyta się jak posthumanistyczne powieści Michela Houllebecqa. W tym gatunku droga do miłości to w gruncie rzeczy ćwiczenie z programowania. Dla przykładu Chris McKinlay, zdolny i samotny matematyk z University of California, przygotował skrypty przeczesujące kobiece profile z serwisu OkCupid. Na podstawie zebranych danych podzielił użytkowniczki na kilka kategorii i określił, które pytania są najważniejsze dla każdej z grup. Przed tym zabiegiem wśród 80 tys. kobiet z okolic Los Angeles tylko 100 miało profil zgodny w 90 proc. z jego profilem. Po operacji ta liczba wzrosła do kilkunastu tysięcy.
W zaledwie dwa lata po uruchomieniu użytkownicy codziennie przesuwali w lewo lub w prawo 2 mld kart z ofertami znajomości. Tinder ogłosił, że przeciętny użytkownik spędza z aplikacją niemal półtorej godziny dziennie
Morał? Większość z nas jest bardzo kiepska w tworzeniu profili. Ale w tej historii jest też drugie dno: gdy informacji jest mało, te upublicznione nabierają niesłychanej wartości. W skrócie, ludzi skreśla się na podstawie byle czego. Błąd ortograficzny w profilu? Odpada. Nie taki gust muzyczny? Odpada. Kiepska szkoła? Odpada. Ewa podsumowuje: – W internecie nie daję się sobie czasu. Załóżmy, że poznajesz kogoś na kursie francuskiego. Niech ta osoba zachowa się głupio czy nieodpowiednio, co robisz? Przecież nie zrywasz kontaktu, bo nadal chodzicie na ten francuski, a po drugie możesz ją ocenić nie tylko przez pryzmat tego jednego wydarzenia. W sieci jest inaczej. Jedno najmniejsze uchybienie – wyimaginowane czy też nie – i już jest się skreślonym. Sama tak robiłam i tak też byłam traktowana.
Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której algorytmy nie działają: deklarowane pragnienia nie zgadzają się z tymi rzeczywistymi. Inaczej: ludzie nie wiedzą, czego naprawdę chcą. Gdy operatorzy serwisu Match.com pracowali nad udoskonaleniem algorytmów, zauważyli, że pozornie idealnie dobrane pary zazwyczaj nie przechodziły przez etap pierwszej randki. Po drugie, użytkownicy nadzwyczaj często oglądali profile osób dalekich od ich ideałów – jeśli ktoś deklarował się jako miłośnik wysokich blondynek, równie dobrze mogły go pociągać kobiety rude. Znów, nic w tym zaskakującego, bo jak wiadomo, miłość jest ślepa.
****
Jak się rozwiązuje problemy wywołane przez postęp technologiczny? Dalszym postępem technologicznym. Na tej zasadzie powstał Tinder, aplikacja randkowa na smartfony, która miała mieć wszystkie zalety serwisów pierwszej generacji – niemal nieograniczony wybór partnerów – ale bez ich wad. Tinder, wymyślony przez dwóch studentów, to właściwie rodzaj gry na telefon. Użytkownik ma przed sobą talię kart ze zdjęciami innych uczestników gry – w wieku do 50 lat i w miarę bliskich geograficznie, choć gdy się zapłaci, to można przeglądać karty z całego świata. Wizerunki przesuwa się w lewo (co oznacza odrzucenie) albo w prawo (akceptację). Jeśli ktoś odwzajemnił się nam i przesunął kartę z naszym portretem w prawo, zostaliśmy parą i możemy do siebie pisać na czacie. I to właściwie wszystko.
Przyjęło się, że na Tinderze można znaleźć głównie szybki seks, ale to nie do końca tak. Joanna Lech, krakowska poetka (zawdzięczam jej większość anegdot) prowadząca „Tinder. Podręcznik użytkownika” na stronach korporacji ha!art i profil „Shit people say to Joanna” na FB mówi: – Nie demonizujmy Tindera, bo to tylko narzędzie. Każdy znajduje tam to, czego szuka.
W takim razie czego się tam szuka? Niektórzy chcą tylko zebrać jak najwięcej punktów i nie mają zamiaru przenosić swoich wirtualnych znajomości do realu. Inni chcą po prostu zawierać nowe znajomości, co czasem przybiera karykaturalne formy: „Poznałam kiedyś muzyka, który z zasady nie umawia się z tą samą osobą więcej niż raz. Spędziliśmy wieczór na miłej rozmowie, ale pod koniec pomyślałam, że to jednak strata czasu. Przecież ten człowiek z założenia nigdy się do mnie więcej nie odezwie” – mówi Joanna. Jeszcze inni próbują znaleźć poważny związek; na zdjęciach pozują z dziećmi, a podczas czatów wypytują o poglądy, wartości, plany matrymonialne. Do osobnej kategorii zaliczają się turyści. Pytają o miejsce do zobaczenia, restauracje, sklepy, transport albo o to, gdzie pić na mieście. W tej sprawie do Joanny zgłosił się kiedyś przyjezdny Anglik. – Nauczona wcześniejszym doświadczeniem z turystami odpisałam, że nie doradzę, ale ja się wybieram na imprezę na Kazimierzu, może chce dołączyć. A on na to: Świetny pomysł, pójdę tam z kumplami! Kolejną wiadomość od niego dostałam o trzeciej rano: Było strasznie fajnie, dzięki za poradę. Po chwili: Nudzę się. Przyjedź do mojego hotelu. Po kolejnej godzinie dodał: Zapłacę za taksówkę.
Największymi zaletami Tindera są prostota i efektywność. – To idealna aplikacja dla takich osób jak ja – mówi Joanna. Wszystko jest podane szybko, łatwo i zapakowane w możliwie atrakcyjny sposób. Jeśli ktoś jest zabiegany, nie ma na nic czasu, a chce poznać nowych ludzi, nie znajdzie niczego lepszego. – Tinder staje się też przestrzenią reklamową, np. dla fotografów czy dla początkujących modelek; agencje towarzyskie regularnie wrzucają informacje o promocjach, spotkałam się raz nawet z salonem fryzjerskim oferującym swoje usługi. Menedżerowie wielu znanych zespołów, zarówno polskich, jak i zagranicznych, zapełniają sale koncertowe i afterparty przypadkowymi dziewczynami zapraszanymi na Tinderze – opowiada.
****
W zaledwie dwa lata po uruchomieniu użytkownicy codziennie przesuwali w lewo lub w prawo 2 mld kart. W 2014 r. analitycy Tindera ogłosili, że przeciętny użytkownik spędza z aplikacją niemal półtorej godziny dziennie.
Na Tinderze nie ma nic ważniejszego niż zdjęcie profilowe, pierwsze, które zobaczy gros użytkowników. Jeśli się nie spodoba, będzie ono również ostatnim. W tej sytuacji nie dziwi, że portale randkowe zatrudniają dziesiątki antropologów i psychologów analizujących atrakcyjność portretów. Bywa, że wyniki zaskakują. Christian Rudder, założyciel OkCupid, stwierdził że kobiety, które fotografują się podczas picia alkoholu albo ze zwierzęciem, są postrzegano jako mniej atrakcyjne. Paradoksalnie mężczyzna pozujący ze zwierzęciem jest postrzegany jako atrakcyjniejszy od tego, który na zdjęciu prezentuje umięśniony brzuch. – Nic dziwnego – wcina się Joanna, gdy jej o tym opowiadam. – We wszystkich poradnikach piszą, że tylko zboczeńcy dają takie zdjęcia – dodaje. Prostuję, że to nie do końca tak, bo z analiz Ruddera wynika, że zdjęcie sześciopaku jest drugim w kolejności.
W każdym razie warto czytać te dane, bo wiedza znacząco podnosi prawdopodobieństwo umówienia się na randkę. (Rudder ocenia, że dobre zdjęcie profilowe to jakieś 90 proc. sukcesu). Jest więc coś ożywczego w tym, że mimo dyktatu fotoatrakcyjności niektórzy podchodzą do tematu portretu z pełną dezynwolturą. – Widziałam zdjęcia ze ślubu, zdjęcia kolesia z wytatuowaną swastyką na klacie, z wytatuowanym zdjęciem swojej mamy w pełnym kolorze na klacie czy obwieszonego pięcioma półnagimi laskami. Były zdjęcia z nowo narodzonym dzieckiem, z dziadkami podczas imprezy rodzinnej albo z dziewczyną w dopasowanych swetrach w renifery na tle choinki. Lub w samej pieluszce XXL, w wymownie lateksowym wdzianku z pejczem lub w przebraniu gigantycznej kaczki. Nie wiem, na co liczą ci użytkownicy, bo chyba nie na randkę? – mówi Joanna.
Mimo wszystko zdjęcia są dużo mniejszym problemem niż słowa, bo „ludzie po prostu nie wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Chłopaki podrywają na teksty przeklejone z poradników czy wyszukane w internecie” – twierdzi Joanna. Albo po prostu piszą niewiarygodne głupoty, na co najlepszym dowodem jest tinderowy antyporadnik, w którym Joanna prezentuje najbardziej oryginalne konwersacje. Część z nich oczywiście dotyczy seksu, zagajenia bywają wulgarne („Cześć, mam dużego penisa. Lubisz duże penisy?” ) lub filuterne („Popsocimy? – i po czterdziestominutowej przerwie – „No, podzwonimy po domofonach albo pokreślimy ścianę kredkami?”). Inne otwarcia są uroczo nieporadne („Cześć, Asia, uważasz, że gdybym zapytał »Przepraszam, która godzina?«, moglibyśmy nawiązać znajomość? Czy mam jednak wymyślić jakiś bardziej oryginalny tekst?”), jeszcze inne – kompletnie szalone („Kefir”). Trudno uwierzyć, by ktokolwiek z nadawców chciał zacząć prawdziwą rozmowę w ten sam sposób. Sieć daje jednak poczucie anonimowości i przede wszystkim wolność od konsekwencji – gdy nie widzi się drugiej osoby, nie słyszy jej głosu, można uwierzyć, że rozmawia się z pozbawionym uczuć botem. Na tej samej zasadzie spokojni ludzie zamieniają się w wybitnie agresywnych kierowców – każdy może wygrażać innym pięścią, gdy wie, że za niemiłe słowa nie czekają go żadne konsekwencje.
Ponieważ każda akcja rodzi reakcję, historie ofensywnych, wulgarnych czy zwyczajnie głupich czatów dały początek nowemu gatunkowi literackiemu, swego rodzaju opowieściom z Tindera. Snują je głównie młode kobiety zmęczone zalewem bezsensownych wiadomości. W Polsce również ich nie brakuje. – Moja strona to nie kolejna beka z tinderowych oryginałów. To wyraz pewnej frustracji, bo od początku używałam aplikacji jak najbardziej na poważnie i strasznie mnie wkurzało, gdy dostawałam wiadomości typu: „Pokaż cycki”. W pewnym momencie przestałam się tym przejmować i dla rozrywki zaczęłam pokazywać historie czatów znajomym na imprezach. Trudno im było uwierzyć, że te wiadomości są prawdziwe, że ludzie podrywają w ten sposób i nie dość, że liczą na odzew i pełen sukces, to potrafią być agresywni, gdy im się nie udaje. Dlatego później za namową znajomych przeniosłam się z tym do sieci – mówi Joanna.
Ostatecznie „Shit people say to Joanna” pełni jednak funkcję edukacyjną. – Moje poradniki to tak naprawdę samouczki, jak nie grać w Tindera. Uważam, że znacznie lepiej jest zaczynać rozmowę zwyczajnie. Sama staram się pisać tak, jakbym rozmawiała z kimś przypadkowo spotkanym na mieście. Cześć. Co słychać? Jak ci minął dzień? Trochę banał, przyznaję, ale trzeba być sobą, takim troszkę milszym sobą; po prostu nie warto udawać na siłę, że się jest fajniejszym i zabawniejszym niż w rzeczywistości. Przecież spotkanie na żywo to szybko zweryfikuje.
****
W sieci bez dwóch zdań o wiele łatwiej kogoś poznać i nigdy wcześniej nie było to tak proste. Dla przykładu Ewa Zezoń mówi, że w ciągu czterech lat spędzonych na Sympatii spotkała się na randce z prawie setką mężczyzn (to że większość tych spotkań ograniczała się do godziny w kawiarni, to już inna sprawa), a tylko od stycznia tego roku w jej skrzynce pocztowej wylądowało czterysta wiadomości. Joannie Lech w najbliższym czasie też nie powinno zabraknąć ani materiału do wykorzystania w poradniku, ani osób, z którymi spotka się w którejś z krakowskich knajp.
Z drugiej strony jest w tym wszystkim pewien paradoks, bo wszystko wskazuje na to, że aby z internetowego romansu coś wyszło, należy jak najszybciej przenieść go do realu. Bo najlepszych algorytmów wciąż dostarcza mózg.