Po raz pierwszy w sprawie walki ze zmianami klimatu mają się porozumieć wszystkie kraje na świecie
Reklama
Czemu służy paryski szczyt klimatyczny i dlaczego jest on ważny?
Celem szczytu jest wypracowanie – po raz pierwszy w historii – prawnie zobowiązującego i obejmującego wszystkie kraje świata porozumienia w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, tak aby wzrost średniej temperatury na Ziemi nie był wyższy niż 2 stopnie Celsjusza powyżej czasów sprzed rewolucji przemysłowej. Porozumienie miałoby zastąpić protokół z Kioto z 1997 r., który jednak obejmował tylko kraje uprzemysłowione, a i tak część z nich – przede wszystkim USA go nie ratyfikowały. Na dodatek porozumienie z Kioto miało wygasnąć w 2012 r., ale wobec tego, że nie udało się uzgodnić nowego układu, przedłużono jego obowiązywanie do 2020 r. Według naukowców paryski szczyt jest ostatnim dzwonkiem na zawarcie porozumienia, bo bez radykalnego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych do końca wieku średnia temperatura wzrośnie o 5 stopni, co będzie miało katastrofalne skutki dla świata (5 stopni to różnica między średnią temperaturą na Ziemi podczas ostatniej epoki lodowcowej a obecnie).
Kto bierze udział w szczycie?
Z powodu szczytu, który oficjalnie rozpoczyna się dziś i ma potrwać do piątku 11 grudnia, do Paryża przyjedzie ok. 40 tys. osób z praktycznie wszystkich państw świata, z czego 25 tys. to delegaci uczestniczący w obradach, 3 tys. to dziennikarze je obsługujący, a reszta – osoby biorące udział w różnego rodzaju imprezach towarzyszących. Na szczyt przyjedzie 147 szefów państw i rządów, w tym m.in. prezydenci USA, Rosji, Chin.
Jaka jest historia szczytów klimatycznych?
Globalne wysiłki na rzecz zatrzymania zmian klimatycznych rozpoczęły się w 1992 r. na szczycie klimatycznym w Rio de Janeiro. To na nim przyjęto Konwencję Ramową Narodów Zjednoczonych ws. Zmian Klimatycznych (UNFCCC) i ustalono, że co roku odbywać się będą spotkania stron konwencji (COP). Pierwsze z nich odbyło się w 1995 r. w Berlinie, najbardziej znaczące miało miejsce dwa lata później w Kioto w Japonii, gdzie przyjęto protokół ustalający poziom redukcji emisji przez kraje uprzemysłowione, z kolei największą porażką zakończył się szczyt w Kopenhadze w 2009 r., gdzie miał zostać przyjęty dokument zastępujący porozumienie z Kioto. Szczyty klimatyczne – z których nie każdy ma taki sam ciężar gatunkowy – dwa razy odbyły się w Polsce – w Poznaniu w 2008 r. i w Warszawie w 2013 r. Paryski ma numer 21.
Dlaczego teraz miałoby się udać?
Paryskie obrady zostały okrzyknięte szczytem ostatniej szansy, w związku z czym oczekiwania względem niego są olbrzymie. Delegaci wiedzą, jak ważny będzie globalny odbiór konferencji: jeśli zostanie uznana za sukces, walka ze zmianą klimatu nabierze nowego wigoru; jeśli jako porażka, to odbudowanie politycznej woli dla porozumienia może zająć lata. Jak bardzo to jest ważne, pokazuje historia poprzednich szczytów: chociaż na konferencji w Cancun w 2012 r. zapadły ustalenia podobne do tych z Kopenhagi z 2009 r., to wcześniejszą konferencję odebrano jako porażkę, a późniejszą – jako sukces.
Według nieoficjalnych informacji od delegatów istnieje duża szansa, że jakieś porozumienie zostanie osiągnięte. W porównaniu z Kopenhagą zmieniło się nastawienie dwóch największych emitentów szkodliwych substancji – USA i Chin – a także wielu krajów rozwiniętych i praktycznie wszyscy zgadzają się co do pilnej potrzeby zatrzymania zmian klimatycznych. Powodem do umiarkowanego optymizmu jest również to, że większość państw zgłosiła indywidualne deklaracje ograniczenia emisji (tzw. INDCs). Jest mało prawdopodobne, że staną się one w Paryżu prawnie wiążące, ale można oczekiwać, że będą wzmocnione mechanizmy kontroli ich przestrzegania.
Co właściwie ma zostać ustalone na szczycie? Jakie mogą być problemy?
To, że kraje zgłosiły już deklaracje ograniczenia emisji, sprawia, że większość pracy została już wykonana. Porozumienie z Paryża nie będzie bowiem przypominało tego z Kioto w tym sensie, że świat prawdopodobnie nie wyznaczy sobie jakiegoś wspólnego celu do osiągnięcia.
Chiny zapowiedziały np. że osiągną maksymalny poziom emisji do 2030 r., co oznacza, że Państwo Środka zobowiązuje się do ich redukcji dopiero za 15 lat (ale za to mają wtedy produkować 20 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych). Z kolei USA zapowiadają, że chcą zredukować emisję o 26–28 proc. w stosunku do poziomu z 2005 r. Niektóre kraje przedstawiły jednak cele mało konkretne albo uważane przez ekspertów za nierealne do osiągnięcia (jak w przypadku Indii i energii odnawialnej). Delegaci skupią się więc na tym, czy porozumienie będzie prawnie zobowiązujące. Chodzi o to, że część krajów (w tym USA) chce mechanizmu, zgodnie z którym co roku sygnatariusze będą musieli raportować o swoich postępach do ONZ, ale nie poniosą odpowiedzialności, jeśli ich nie wypełnią. Biorąc pod uwagę obecny polityczny klimat, porozumienie prawdopodobne zostanie zawarte w takiej wersji. Nadzieja jest taka, że ten polityczny konsensus pozwoli na wyznaczanie późniejszych, bardziej ambitnych celów redukcyjnych.
Problemem jak zwykle okażą się pieniądze. Kraje rozwijające się argumentowały bowiem dotychczas, że chętnie walczyłyby ze zmianami klimatycznymi, ale nie mają na to środków, bowiem zielone technologie są drogie. Dlatego w Kopenhadze państwa rozwinięte obiecały, że będą zrzucać się na specjalny fundusz przy ONZ, z którego finansowane miałyby być zielone inwestycje w niezamożnych krajach. Fundusz miałby zbierać do 2020 r. ok. 100 mld dol. rocznie, ale już teraz widać, że może być to trudne do osiągnięcia. Republikanie bowiem zapowiedzieli, że zablokują w Kongresie 3 mld dol., jakie prezydent Obama obiecał na rzecz funduszu. Problematyczny może też okazać się transfer zielonych technologii do krajów rozwijających się.
Czy to wystarczy do zatrzymania zmian klimatycznych?
Nie. Według wyliczeń ONZ, jeśli wszystkie złożone przez państwa deklaracje ograniczenia emisji gazów cieplarnianych zostaną zrealizowane, to i tak średnia temperatura na Ziemi do 2100 r. wzrośnie o 2,7 stopnia w porównaniu z czasami sprzed rewolucji przemysłowej.