Gdyby wierzyć statystykom, mamy zadziwiająco mało osób rannych w wypadkach drogowych przy sporej liczbie ofiar śmiertelnych. A z informacji w systemie wynika, że do zdarzeń dochodzi czasem tam, gdzie nie ma jezdni
Reklama
Skutki zdarzeń drogowych w 2014 r. / Dziennik Gazeta Prawna

Na takie praktyki naszych funkcjonariuszy wskazuje w najnowszym opracowaniu Bank Światowy. Analiza jednoznacznie kwestionuje jakość danych w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji (SEWiK). Efekt? Niedoszacowanie liczby rannych i zbyt optymistyczny obraz tego, co się dzieje na polskich drogach.

Reklama

To nie pierwsza taka sytuacja. Również w ubiegłym roku ukazała się publikacja Banku Światowego i Instytutu Zdrowia Uniwersytetu w Waszyngtonie stawiająca oficjalne informacje od policji pod dużym znakiem zapytania. Zawierała ona szacunkowe dane dotyczące liczby wypadków na świecie. Przyjęto zróżnicowaną metodologię – zamiast opierać się tylko na policji, wzięto pod uwagę m.in. dane szpitali, rejestry pogrzebowe, badania gospodarstw domowych i inne państwowe rejestry. Konkluzje również nie były korzystne dla policji. W przypadku Polski oszacowano, że w 2010 r. liczba ofiar śmiertelnych na naszych drogach wyniosła od 4590 do 7152, a rannych – ponad 391 tys. Tymczasem nasze policyjne dane mówią o 3907 ofiarach śmiertelnych i ponad 46,1 tys. rannych. – Liczba zabitych byłaby według Banku Światowego większa nawet o 83 proc., niż wynika to z oficjalnych statystyk, natomiast liczba rannych o 748 proc. – zwraca uwagę Janusz Popiel, prezes Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych „Alter Ego”.

Policja zapewnia, że dochowuje staranności w raportowaniu danych. – Problem dotyczący rozbieżności w liczbie rannych może wynikać z braku jednolitej definicji w UE i na świecie, co uniemożliwia rzetelne i obiektywne ich zestawienia – odpiera zarzuty insp. Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej Policji.

Rozmówcy DGP przekonują, że źródłem problemów z policyjnymi statystykami są niejasne procedury, wygoda funkcjonariuszy i źle zbudowany system informatyczny ewidencjonujący wypadki. Opracowanie Banku Światowego, w którym pojawiła się teza o nierzetelności danych, dostępne jest na stronie internetowej Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego działającej przy Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.
Największe wątpliwości zajmującego się od lat bezpieczeństwem na drogach Janusza Popiela, prezesa Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych „Alter Ego” budzi wspomniany rozdźwięk między wysoką liczbą ofiar śmiertelnych i podejrzanie niską liczbą osób rannych. Zwłaszcza gdy przyrównamy je do innych krajów.
– W 2014 r. wskaźnik zabitych na 1 mln mieszkańców wyniósł 83,2 i był prawie 3 razy wyższy niż dla Wielkiej Brytanii (28,3). Mając tak wysoką liczbę zabitych w stosunku do liczby mieszkańców, równocześnie mamy bardzo niewielu rannych. W Polsce na 1 mln populacji w 2014 r. było ich nieco ponad 1105 osób, w tym ciężko – ok. 304 osób. W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii na 1 mln populacji rannych było ponad 3070 osób, w tym ciężko ponad 363 – wylicza Popiel.
Do tych danych ostrożnie podchodzi Michał Beim, ekspert transportu z Instytutu Sobieskiego. – Różnice w liczbie zabitych i rannych mogą się brać z prędkości, z jaką jeżdżą polscy kierowcy, i różnicy w stylu jazdy między nimi a kierowcami zachodnimi. Widać u nas wypadek częściej może skutkować śmiercią niż w innych krajach – stwierdza.
Jeszcze inaczej widzi to nasza policja. – W przypadku zasinień lub otarć naskórka niewymagających interwencji zespołu medycznego osoba w świetle definicji [z zarządzenia komendanta głównego policji – red.] nie jest traktowana jako ranna. Niewykluczone, że w przypadku pozostałych krajów takie obrażenia zaliczają już osoby do grona osób rannych, co w konsekwencji ma istotny wpływ na wyliczanie wskaźników odnoszących się do liczby wypadków – wyjaśnia insp. Krzysztof Hajdas z KGP.
Suchej nitki na policyjnym systemie SEWiK nie zostawia Karol Mocniak, administrator serwisu Sewik.pl, portalu non profit prezentującego dane dotyczące zdarzeń drogowych z największych polskich miast, dzięki statystykom udostępnianym przez Komendę Główną Policji. – System jest źle zbudowany od strony użytkownika. Policja uzupełnia dane w formularzu, ale brak systemu, który te dane zweryfikuje. Policjant może więc wpisać nazwę ulicy, która nie istnieje. Na podstawie danych nie da się też określić, jak wypadek wyglądał. Jeśli miał np. miejsce w tunelu, to nie dowiemy się, czy na chodniku, czy na jezdni – opowiada.
Kontrowersje w środowisku ekspertów z zakresu bezpieczeństwa drogowego budzi wątek kwalifikowania przez policję niektórych ofiar wypadków jako samobójców. Dlaczego to takie ważne? Są dwa przypadki, w których osoba zabita w wypadku nie jest ujmowana w policyjnym systemie SEWiK. W pierwszym z nich biegły w zakresie medycyny sądowej stwierdza, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych (zawał, udar), a nie w wyniku obrażeń powstałych w wypadku. Drugi przypadek dotyczy umorzenia sprawy przez prokuratora ze względu na targnięcie się na własne życie.
Jaki to mogło mieć wpływ na statystyki wypadkowe? W latach 2011–2014 liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych spadła z 4189 do 3202. W tym samym czasie wzrosła liczba samobójstw – z 3839 do 6165. W tych liczbach zawierają się też osoby, które miały umyślnie rzucić się pod pojazd. W 2011 r. było ich 77, a w 2014 r. – już 184.
Jak czytamy na oficjalnej stronie policji, od 2013 r. zmienił się sposób gromadzenia i generowania danych dotyczących samobójstw. „Wcześniej dane do systemu wprowadzane były po przeprowadzeniu i zakończeniu postępowania sprawdzającego, w trybie art. 308 kpk lub przygotowawczego. Obecnie dane wprowadzane są bezpośrednio po wydarzeniu w momencie ustalenia, że doszło do zamachu samobójczego. Dodatkowo system zamraża dane na miesiąc, pozwalając na modyfikację w przypadkach ustalenia w późniejszym etapie postępowania, iż nie doszło do zamachu samobójczego”.
Poważne wątpliwości co do jakości danych w policyjnych statystykach pojawiły się już w ubiegłym roku. Jak wykazała Najwyższa Izba Kontroli, policjanci w zdecydowanej większości przypadków nie rejestrowali współrzędnych geolokalizacyjnych (GPS) miejsca kolizji lub wypadku (mimo że taki obowiązek istnieje). Dotyczy to 96 proc. przebadanych przez NIK danych z SEWIK, czyli 366 tys. spraw. Zdaniem NIK utrudnia to identyfikowanie miejsc, w których często dochodzi do wypadków i kolizji, a co za tym idzie, skuteczne przeciwdziałanie takim zdarzeniom. Co więcej, wprowadzane dane GPS obarczone były istotnymi błędami. „W SEWiK zarejestrowano, jako lokalizacje zdarzeń drogowych, współrzędne miejsc leżących w znacznym oddaleniu od dróg: na terenie pól uprawnych lub rzek. Współrzędne ok. 1600 miejsc wypadków i kolizji zlokalizowano poza granicami kraju, m.in. na Półwyspie Arabskim” – wykazali kontrolerzy NIK.
Policja jednak zapewnia, że dochowuje staranności. – Wypadki ze skutkiem śmiertelnym podlegają szczególnemu nadzorowi, tak więc w praktyce nie ma możliwości, żeby policja interweniowała na miejscu wypadku śmiertelnego i nie ujęła tego w bazie SEWiK – przekonuje insp. Krzysztof Hajdas, rzecznik Komendy Głównej Policji. ©?
Stwierdza się, że pieszy rzucił się pod auto, i już nie ma wypadku.