Miłość, marzenia, wolność, sens istnienia sprowadziliśmy do konsumowania. Z metkami na czołach nawet sami siebie traktujemy jak towar, który aby przetrwać, musi się jak najlepiej sprzedać
Gdy 15–20 lat temu pytałem na zajęciach studentów, czego nie da się wyrazić w pieniądzu, odpowiadali, że np. ludzkiego życia. Mocno się dziwili, sprzeczali ze mną, gdy mówiłem im, że nie mają racji, bo taką wyceną są polisy na życie. Dzisiaj żadnego studenta już nie dziwi, że ludzkie życie ma określoną wartość. To dla nich normalne. Kapitalizm wżarł się w nasze życie na dobre, degenerując je i sprawiając, że wszystkie działania, które podejmujemy, są przez nas wartościowane, właściwie już niczego nie robimy dla czystej przyjemności – zauważa prof. Tomasz Zaleśkiewicz, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.
Reklama
W teorii amerykańskiej psycholog Margaret Clark – kontynuuje naukowiec – relacje między ludźmi można podzielić na dwie kategorie – oparte na wspólnocie i bazujące na wymianie. Te pierwsze to naturalne więzi między przyjaciółmi, rodziną, gdzie główną rolę odgrywają emocje, przyjaźń, gdzie pomoc sprawia satysfakcję i jest bezinteresowna. Relacje oparte na wymianie są typowo biznesowe, coś za coś, każde działanie dawcy wywołuje powstanie zobowiązania u biorcy. Obie relacje do niedawna istniały niejako obok siebie, przenikały się okazjonalnie, nie pustosząc wartości, którymi się charakteryzowały. Jednak neoliberalna gospodarka rynkowa i postawy z nią związane – indywidualizm, konsumpcjonizm czy nieustanne dążenie do osiągnięcia wymiernego, najlepiej materialnego sukcesu – sprawiły, że relacje oparte na wymianie zawłaszczyły te wspólnotowe. Nastąpiło urynkowienie wszelkich dziedzin życia. Procesy znane dotąd tylko z gospodarki wkroczyły w sfery polityczną, społeczną i kulturową. Skomercjalizowaliśmy edukację, służbę zdrowia, opiekę społeczną, a nawet religię, prokreację czy więziennictwo.

Reklama
– W wydanej niedawno w naszym kraju książce „Czego nie można kupić za pieniądze” amerykański filozof Michael Sandel opisuje np. system penitencjarny w Kalifornii, gdzie bogaty skazaniec może sobie kupić za kilkadziesiąt dolarów dziennie lepiej wyposażoną celę. W niektórych zaś amerykańskich szkołach, by poprawić wskaźniki czytelnictwa, płaci się uczniom za każdą przeczytaną stronę zadanej lektury – zauważa prof. Tomasz Zaleśkiewicz.
Efekt jest, dzieci czytają więcej, ale równocześnie wpaja im się przekonanie, że za wysiłek intelektualny należy się nagroda. I tak powoli, niezauważenie, nieświadomie wszystko stało się w naszym świecie towarem podlegającym prawom podaży i popytu, a człowiek zamienił się w konsumenta, którego cała aktywność życiowa to konsumowanie przy minimalnych wymogach moralnych.
Konsumencki cyrograf
Ponad dwa lata temu w opracowaniu „Ekonomizacja nierynkowych dziedzin życia i ich konsekwencje” opublikowanym w serwisie Wspolczesnagospodarka.pl naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego prof. Ewa Polak i dr Waldemar Polak opisali wyniki swojego małego eksperymentu: prześledzili informacje opublikowane w internecie 27 lutego 2013 r., które pokazały, że przedmiotem handlowych kalkulacji i transakcji może być niemal wszystko. Pewien młody człowiek o imieniu Rafał chciał sprzedać swoją nerkę za 70 tys. zł na portalu ogłoszeniowym. 27-letnia Malwina wynajęła brzuch, zarabiając 120 tys. zł, a maturzystka Sabina wzięła 15 tys. zł za swoje dziewictwo. Szkocki radny Colin Brewer powiedział, że niepełnosprawne dzieci powinny zostać poddane eutanazji, co pozwoli na zwiększenie oszczędności. Badania zlecone przez Scope UK ujawniły, że 70 proc. brytyjskich niepełnosprawnych obawia się, iż jeśli w Wielkiej Brytanii eutanazja zostanie zalegalizowana, to będzie na nich wywierana presja, aby zakończyli swoje życie przed czasem. Belgijscy deputowani wznowili debatę na temat rozszerzenia prawa dotyczącego eutanazji na osoby niepełnoletnie oraz cierpiące na choroby zwyrodnieniowe, degeneracyjne, jak alzheimer. Taro Aso, 72-letni minister finansów i wicepremier Japonii, stwierdził, że starszym ludziom powinno się pozwolić szybciej umierać. – Nie można spać z czystym sumieniem, wiedząc, że opieka nad tobą jest opłacana w całości przez rząd – oznajmił. Para włoskich naukowców pracujących dla uniwersytetu w Oxfordzie, Alberto Giubilini i Francesca Minerva, ogłosiła, że nowo narodzone dzieci nie są w pełni ukształtowanymi ludźmi i myślącymi osobami, lecz dopiero potencjalnie się nimi staną. Dlatego pourodzeniowa aborcja powinna być dopuszczalna, gdy noworodek okaże się niepełnosprawny. Z inicjatywy Stowarzyszenia Nederlandse Vereniging voor een Vrijwillig Levenseinde w Hadze utworzono klinikę mogącą stacjonarnie uśmiercać około 300 ludzi rocznie oraz ambulanse śmierci – 12 dyżurnych zespołów realizujących takie zlecenia na terenie całej Holandii. „Nikt nie jest zobowiązany do życia” – głosi reklama tej organizacji.
To tylko informacje z jednego zimowego dnia 2013 r. po dość pobieżnym przejrzeniu zasobów internetu. Jakże – powiedzmy – normalnie wyglądają przy nich kolejne przykłady przytoczone wówczas przez gdańskich naukowców: amerykańska firma zajmująca się doradztwem marketingowym zaoferowała klientom pisarzom pierwsze miejsca na listach bestsellerów. Jeśli oczywiście odpowiednio dużo za to zapłacą, bo treść ich książek nie ma znaczenia. W USA i krajach Europy Zachodniej powstawać zaś zaczęły agencje oferujące usługę odpłatnego wypożyczenia na godziny przyjaciela, któremu zamawiająca osoba może się zwierzyć, zapytać o radę, zaprosić do teatru czy restauracji. Normalne?
Eksperci z Uniwersytetu Gdańskiego zwracają uwagę, że ekonomizacja życia pochłonęła nawet świat nauki, który coraz częściej rozważa o ludziach starych lub przewlekle chorych „nie jako o przedmiocie troski, synonimie mądrości, doświadczenia życiowego i autorytetu, ale jako o jednym z wielu problemów ekonomicznych i ośrodku kosztów”. Zresztą – wskazują autorzy opracowania – cała opieka zdrowotna uległa komercjalizacji. Prawo wręcz nakazuje placówkom medycznym zarabiać, a o ich przyszłości decyduje wypracowany zysk. Leki, terapie, zabiegi są wyceniane co do grosza. Dochodzi do sytuacji, że ratowanie życia ofierze wypadku staje się nadwykonaniem, świadczeniem ponadlimitowym, bo jakiś ekonomista sobie wyliczył, że w danym regionie będzie np. tysiąc rannych w wypadkach. Tysiąc pierwsza ofiara jest finansowym obciążeniem. Jej leczenie jest zbyt kosztowne, nieuzasadnione ekonomicznie. Znakiem nowych komercyjnych czasów są przypadki, że medyczne oddziały, a nawet całe placówki, są zamykane z powodów ekonomicznych. Z powodu złego leczenia placówek się nie zamyka.
Podobnie jest w edukacji – wykształcenie stało się niczym innym jak tylko towarem. Nauczanie nie ma już na celu poszerzenia horyzontów myślowych, rozwoju osobowości, wrażliwości, tylko jest fabryką certyfikatów, dyplomów, punktów i tytułów, potrzebnych do zdobywania kolejnych szczebli kariery zawodowej. Uczelnie biją się o pieniądze, by przetrwać, podliczając słupki przychodów i kosztów. Rozważają organizowanie np. przetargów na prowadzenie zajęć – wygrywa ten wykładowca, który podejmie się tego najtaniej. Studentom oferuje się gotowy produkt edukacyjny uszyty pod zamówienie biznesu. „Uczelnia przypomina coraz częściej nie świątynię wiedzy, ale szkołę zawodową, a jej wartość określa sfera biznesu poprzez większe lub mniejsze zainteresowanie dofinansowaniem działalności czy zatrudnianiem jej absolwentów. Szkoły wyższe zamieniają się w miejsce produkcji siły roboczej lub miejsce szkolenia dla zatrudnialności” – alarmują prof. Ewa Polak i dr Waldemar Polak.
Pieniądze zmieniają ludzi
„Niesłychany zalew informacji nie ułatwia, ale utrudnia racjonalne wybory (jednostek, organizacji, rządów itp.). Decyzjami rządzą nierzadko emocje, irracjonalność, głupota. W cyberprzestrzeni jako nowej przestrzeni społecznej kwitnie kult amatora, populizm (Web 2.0), nie mówiąc o ekshibicjonizmie i narcyzmie (blogi). Zaczyna dominować popkultura wypierająca z mediów kulturę wysoką. W społeczeństwie rynkowym edukacja przybiera postać usług edukacyjnych. Instytucje edukacyjne są traktowane jak supermarkety, w których wiedzę się nabywa w kawałkach, w atrakcyjnym opakowaniu, tylko bezpośrednio użyteczną. (...) Komercjalizacja wszystkiego zdaje się nie mieć granic. Obecne społeczeństwa, zwłaszcza zaawansowane i wzorcotwórcze, ulegają makdonaldyzacji. McŚwiat wytwarza McUniwersytety i McEdukację” – podsumowuje prof. Lech Zaher z Akademii Leona Koźmińskego w artykule „Obecne i przyszłe konteksty rozwoju edukacji” zamieszczonym w czasopiśmie „Transformacje”.
Naukowcy są w ocenach zgodni – nasze życie zdominował pieniądz. Nastąpiła powszechna, totalna komodyfikacja wszystkiego – przekształcenie wszelkich produktów, usług czy idei z wartości użytkowej w wartość wymienną. Innymi słowy, wszystko już można kupić i sprzedać. Pieniądz dał nam poczucie wartości i niezależności w dowolnej dziedzinie życia, nawet prywatnego. Ale to ułuda, bo w rzeczywistości nami rządzi i sprawia, że zaczynamy innych ludzi, a nawet samych siebie traktować jak towar. Usta mamy pełne frazesów o człowieczeństwie, miłości, Bogu, ale gdy trzymanie się tych wartości wymaga wysiłku, szybko obniżamy sobie moralną poprzeczkę. Co ciekawe, większość z nas zdaje sobie sprawę, że całe społeczeństwo samo siebie utowarowiło. Pytanie, dlaczego, skoro widzimy degenerację zasad i wartości, nic z tym nie robimy?
– To oczywiście nie oznacza, że mniej kochamy, że staliśmy się nieludzcy. Po prostu pozwoliliśmy bezrefleksyjnie, a najczęściej w ogóle nieświadomie, by pewne relacje, dotychczas nietypowe dla emocji, wkroczyły w naszą prywatną sferę uczuć. Daliśmy sobie narzucić wartości, które, choć niezbyt w nie wierzymy, są wygodne. Szczęście, miłość, przyjaźń, czy może raczej ich suplementy, możemy dzięki nim łatwo sobie kupić. Pieniądz zdejmuje z nas także odpowiedzialność za podejmowane decyzje. To inni, armia marketingowców poprzez reklamy mówią nam, co zrobić, by być zadowolonym z życia. To zaszło już tak daleko, że trzeba być zagorzałym nonkonformistą, by się przed tym bronić, żeby nie tylko zadać sobie pytanie: po co właściwie mi ten nowy telefon, lecz także zrezygnować z jego kupna. O to, byśmy takich pytań nie zadawali, dba cała machina marketingowa – tłumaczy prof. Tomasz Zaleśkiewicz.
Skutkiem ubocznym komercjalizacji wartości jest traktowanie drugiego człowieka przedmiotowo. Wszelkie badania, niezależnie od czasu i miejsca, w których się je wykonuje, pokazują, jak bardzo pieniądz zmienia nasze zachowanie. Przede wszystkim daje on nam poczucie niezależności, wzmacnia samoocenę, czyni silniejszym, samowystarczalnym. Ale przy okazji zakłóca postrzeganie rzeczywistości, bo ludzie z pieniędzmi zaczynają się skupiać na sobie.
– Wystarczy nawet sam widok pieniądza, na tapecie czy ekranie komputera, by zachowanie się zmieniło. W jednym z eksperymentów, gdy w otoczeniu badanych pojawiły się obrazy pieniędzy, zaczęli sobie mniej chętnie pomagać. Ba, nawet siadali dalej od siebie. Inna próba pokazała, że wizja finansowej nagrody zabija empatię. Uczestnikom eksperymentu polecono rozpoznawać emocje na podstawie zdjęć twarzy. Odpowiedzi były trafne znacznie częściej niż wtedy, gdy za te zadanie badani mieli otrzymać wynagrodzenie. Nieświadomą zmianę odbioru rzeczywistości po dodaniu do niej finansowej wartości ujawnił z kolei eksperyment z winem. Gdy badanym polecono spróbować kilka trunków i ocenić ich smak, oceny były lepsze w stosunku do win, których cena była wyższa. Nawet gdy badacze podmienili próbki i dali do spróbowania to samo wino jako rzekomo droższe, uczestnikom eksperymentu smakowało lepiej – opisuje psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.
Radośni pożeracze
Amerykański historyk Christopher Lasch w 1979 r. nazwał współczesną kulturę kulturą narcyzmu, która hoduje patologiczne osobowości skupione wyłącznie na sobie. 30 lat później amerykańscy naukowcy Jean M. Twenge i W. Keith Campbell mówili już o epidemii narcyzmu, gdzie praktycznie każdy usiłuje stworzyć własną markę, by jak najlepiej się sprzedać. W efekcie społeczeństwa stają się nieprawdziwe: majątek rzekomych bogaczy jest na kredyt, piękno ludzi udawane dzięki operacjom plastycznym, sportowe osiągnięcia są sztucznie pompowane sterydami i nielegalnym dopingiem, autorytetami stają się puste gwiazdy wykreowane przez media, dzieci skrzywione fałszywym poczuciem własnej wartości, oszukiwane kłamliwym przekonaniem o równości, a przyjaźń mierzy się wirtualnymi znajomymi w serwisach społecznościowych. Świat fałszu i ułudy.
– Ideologia konsumpcji nie zna granic. Kiedyś w rozumieniu tradycyjnym nabywało się dobra, by je mieć, bo były niezbędne do funkcjonowania, ewentualnie, by zwiększyć swój prestiż. Dzisiaj prestiż jest najważniejszy. Stosunki międzyludzkie zaczęły przypominać stosunki konsumpcji. Wszystko ma określony czas trwania, nic nie jest już na zawsze, nawet związki intymne. Pojawiła się seryjna monogamia. Jesteśmy wierni, ale tylko w określonym czasie – podkreśla prof. Wojciech Burszta, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.
Naukowiec zwraca uwagę, że nawet dzieci stały się niejako dobrem dodatkowym, konsumpcyjnym. Nie dość, że później się rodzą, bo rodzice decydują się najpierw spełnić swoje marzenia o karierze, domu, majątku, to rodzi się ich mniej, bo przecież musi wystarczyć pieniędzy na zapewnienie dobrobytu całej rodzinie. A im mniej ma członków, tym większy poziom można utrzymać.
– Jeśli już pojawi się taki potomek, od razu, a nawet jeszcze przed porodem, wyposaża się go w wartości, które zaspokoją narcystyczne postawy rodziców. Dziecko musi być obudowane dobrami najnowszymi, najdroższymi. Jeśli przedszkole, to obowiązkowo z angielskim. A jeszcze lepiej także z japońskim i tenisem – podkreśla prof. Wojciech Burszta.
Konsumpcjonizm jest zdradliwy, ostrzega kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS. Uzależnia niczym narkotyk od stylu życia, gdzie wszystko ma swoją wymierną, materialną wartość oraz symboliczną markę.
– Ludzie sami się z siebie czasami śmieją, ale jest w nas tak duża radość z kupowania, wręcz rozkochanie, że nie jesteśmy w stanie tego przerwać. Nigdy i nikomu to się jeszcze nie udało. To jak perpetuum mobile. A pojedyncze przypadki zerwania ze światem konsumpcji to raczej fanaberia niż świadomy wybór innego sposobu na życie. Warto wiedzieć, że słowo „konsumpcja” pochodzi od słowa „consumo”, czyli spożycie, de facto zniszczenie. Historia zatoczyła koło i dziś zaczęliśmy konsumować sami siebie, nasze wartości, zasady, moralność. Niszczymy siebie – ocenia prof. Wojciech Burszta.