„Prezydent zmiany” – to hasło, dzięki któremu Andrzej Duda wygrał majowe wybory. Można jednak już dzisiaj iść o zakład, że radykalnie inaczej nie będzie, bo żyrandol wisi za nisko, by pozwalał na dużą swobodę ruchów
Reklama
6 sierpnia będzie ważnym dniem. I dla Polaków – bez względu na to, czy i na kogo ostatnio głosowali – i dla Andrzeja Dudy. Piąty prezydent wolnej Polski zostanie zaprzysiężony. Jako drugi ma szansę na dwie kadencje – choćby z uwagi na wiek i dynamikę, którą wyróżniał się w kampanii. Przed nim tego wyczynu dokonał tylko Aleksander Kwaśniewski. Lech Wałęsa skonfliktował się ze wszystkimi na tyle, że na drugą szans nie miał. Lech Kaczyński zginął w katastrofie smoleńskiej pod koniec pierwszej, a Bronisław Komorowski zbyt długo wierzył, że nie ma z kim przegrać. Duda na razie ma wielki kredyt zaufania i wszystko we własnych rękach.
Zgodnie z art. 130 Konstytucji RP złoży przed Zgromadzeniem Narodowym przysięgę: „Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”. Zakończy zapewne zdaniem: „Tak mi dopomóż Bóg”. Nawet to zakończenie będzie identyczne z tym, którego użył pięć lat temu prezydent Bronisław Komorowski. Bo siłą rzeczy, biorąc pod uwagę skomplikowane uwarunkowania, w których trwa Polska, obie prezydentury – i kończąca się, i startująca – będą zbliżone.
Owa „zmiana” pozostanie hasłem. W żaden wymierny sposób nie zostanie przekuta w rzeczywistość, bo zabroni tego prezydentowi Dudzie, jak zabraniała każdemu innemu, konstytucja. Ona jasno dzieli obowiązki i odpowiedzialność za państwo na trzy rodzaje władzy, od początku wręczając rzeczywistą władzę premierowi, a prezydenta czyniąc hamulcowym lub pomocniczym. Ta równowaga ze wskazaniem na szefa rządu została pomyślana jako złoty środek temperowania przesadnych ambicji politycznych. Dzisiaj można być słabym premierem, dzierżąc rząd dusz, lub doskonałym prezydentem bez znaczenia. Bo choć formalnie premiera powołuje prezydent, a premier jest dopiero trzecią osobą w państwie (drugą jest marszałek Sejmu), to już sprawczego wpływu na odwołanie szefa rządu głowa państwa nie posiada. Jakie zatem zmiany może autoryzować prezydent? Tylko pozorne.
Jedynym polem, w którym prezydent może próbować wybić się na niepodległość, prowadząc działania w miarę niezależne, choć też solidnie ograniczone konstytucją, jest polityka zagraniczna. Prezydent na podstawie art. 133 ustawy zasadniczej ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe dotyczące pokoju, sojuszy, układów wojskowych lub politycznych, a także dotyczące wolności, praw lub obowiązków obywatelskich, członkostwa Polski w organizacjach międzynarodowych oraz znacznego obciążenia finansowego kraju. Nic nie stoi na przeszkodzie, i właściwie wszyscy dotychczasowi prezydenci tak robili, by głowa państwa miała swój własny rząd, czyli zaplecze intelektualne wspierające w podejmowaniu kluczowych decyzji i wyznaczaniu kierunków prowadzonej przez siebie polityki, także, a czasem głównie, w aspekcie międzynarodowym. W kancelarii prezydenta Andrzej Dudy geopolityką ma się zajmować Krzysztof Szczerski, z akademickim doświadczeniem, kierujący wektory zainteresowania Pałacu na sprawy zarówno zachodnie (ze wskazaniem), jak i wschodnie. Te same, którymi do tej pory, od lat, zajmowała się polska dyplomacja. Gdzie tu miejsce na zmianę?
Dla jasności – w czasie kampanii wyborczej kandydat Duda mówił o polityce zagranicznej mniej więcej tak: Wierzę w to, że będziemy w stanie wybić się na lokalnego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej. Dodatkowo chciałbym ze wszech miar zabiegać o europejską solidarność. Wspominał również o doskonaleniu relacji z najpewniejszymi (przynajmniej teoretycznie) sojusznikami, czyli np. z USA. Więcej konkretów nie usłyszeliśmy.
Jeśli jednak spojrzeć na program polityki zagranicznej PiS, naturalnego środowiska prezydenta, choć dzisiaj formalnie jest już on bezpartyjny, mamy tu opisaną nieco innymi zdaniami oficjalną polską politykę zagraniczną, aktualną właściwie od 1990 r. Za jednego z najważniejszych partnerów Polski poza UE i naszego najważniejszego sąsiada na Wschodzie PiS uznało Ukrainę. W ocenie partii Jarosława Kaczyńskiego intensywne w ostatnich kilkunastu latach kontakty polsko-ukraińskie zostały nadwyrężone po przejęciu władzy przez koalicję PO-PSL i trzeba je odbudować. Na razie nie wiadomo jak. Prawo i Sprawiedliwość zapowiadało niedawno także utworzenie Funduszu Dobrego Sąsiedztwa. Instytucja miałaby się zajmować wspieraniem współpracy kulturalnej, naukowej i edukacyjnej z Białorusią i Ukrainą. Do jego zadań miałoby należeć m.in. fundowanie stypendiów dla studentów i doktorantów z tych krajów oraz wspieranie wymiany uczniów liceów.
W programie zagranicznym PiS podkreślono również to, co od lat jest priorytetem Platformy Obywatelskiej. Kluczowe znaczenie mają mieć dla Polski stosunki dwustronne ze Stanami Zjednoczonymi oraz relacje z pięcioma największymi państwami UE, w tym z Niemcami i Francją oraz współpraca z państwami Unii w naszym regionie.
Wszystko już powiedziano
Uwaga, bo teraz będzie wrażenie déja vu. Wystarczy spojrzeć na oficjalny rządowy dokument przyjęty w marcu 2012 r. „Priorytety polskiej polityki zagranicznej 2012–2016”. Są w nim zawarte wszystkie postulaty PiS, w tym także zapowiedzi Andrzeja Dudy. Co więcej, Duda te cele dopiero zarysowuje – i to dość niewyraźnie, a w rządowym dokumencie zostały one ukazane znacznie dokładniej.
Jednym z celów polskiej polityki zagranicznej już w 2012 r. było „współkreowanie polityki bezpieczeństwa UE i NATO wobec Rosji i państw Europy Wschodniej, wspieranie prac nad stworzeniem kompleksowego systemu obrony przeciwrakietowej NATO, utrzymanie podstawowej funkcji i tożsamości NATO jako euroatlantyckiego Sojuszu obronnego oraz zapewnienie odpowiedniego poziomu inwestycji NATO w infrastrukturę obronną w Polsce”.
W zakresie wpisywanych na sztandary nowego prezydenta postulatów integracji regionu i wspierania Ukrainy pole również jest już zagospodarowane. „Priorytety” pokazują to wyraźnie: „uatrakcyjnienie oferty Partnerstwa Wschodniego i wzmocnienie siły oddziaływania tego programu na transformację państw Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego, m.in. poprzez liberalizację bądź zniesienie reżimów wizowych, wspieranie budowy obszaru demokracji i stabilności na wschód od Polski oraz rozwój wymiany kulturalnej” (PiS planuje to w ramach wspomnianego wyżej projektu Funduszu Dobrego Sąsiedztwa). Mowa też o „rozwoju partnerstwa strategicznego z Ukrainą i negocjacji liberalizacji reżimu wizowego UE-Ukraina oraz realizacji reform wewnętrznych”. Akurat ten postulat w obecnej sytuacji politycznej jest nieosiągalny, ale pamiętajmy, że chodzi o główne zadania polskiej dyplomacji opracowane w innej rzeczywistości, przed rosyjską aneksją Krymu oraz konfliktem zbrojnym na wschodzie Ukrainy.
Korekty w stosunkach z Grupą Wyszehradzką, w ramach której PiS i prezydent Duda planują zapewne budować silną lokalną pozycję Polski, też znalazły się w rejonie zainteresowania polskiej polityki już trzy lata temu: w ramach współpracy mają być realizowane „wspólne projekty energetyczne, a także projekty polityczne związane z bezpieczeństwem w rejonie Rumunii i Bułgarii”.
W ramach naprawiania polskiej polityki zagranicznej PiS chce „realizować polski interes narodowy poprzez odrzucenie klientyzmu”. Według dzisiejszej opozycji, która zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne, „członkostwo Polski w Unii Europejskiej nie może oznaczać rezygnacji z suwerenności naszego państwa ani naruszać nadrzędności konstytucji nad prawem wspólnotowym”.
Obecna polityka zagraniczna zakłada przecież „opracowanie planu działań na rzecz wzmocnienia pozycji Polski w międzynarodowych organizacjach mających w rosnącym stopniu wpływ na decyzje ekonomiczne, finansowe, konkurencyjność i bezpieczeństwo gospodarcze poszczególnych regionów świata oraz przygotowanie mechanizmu koordynacji tych działań”.
Po co wymyślać koło od nowa
– Żadnej fundamentalnej zmiany w zakresie działań Polski na arenie międzynarodowej nie będzie. Bo nie można na nowo wymyślić prochu i koła, a nasza polityka w swoich strategicznych założeniach jest wymyślona w 100 proc. – ocenia prof. Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. – Zresztą byłoby lepiej dla nowego prezydenta, gdyby przynajmniej na początku nie angażował się ponad miarę w kreowanie polityki zagranicznej. Tym bardziej że zapewne w rządzie za chwilę znajdą się jego koledzy, bardziej doświadczeni w kontaktach międzynarodowych. Przecież jedynym realnym doświadczeniem zagranicznym Andrzeja Dudy jest fragment kadencji w europarlamencie. Trochę za mało, by wpływać na politykę zagraniczną 38-milionowego państwa. Na moje oko prezydent – prawnik specjalizujący się w sprawach administracyjnych, określany już mianem „prezydenta parafii i parafian” – nie będzie zresztą miał takich ambicji. Jego zadaniem będzie wspieranie rządu, głównie w sprawach wewnętrznych, bo na nich na początku nowy gabinet bez wątpienia się skupi. Sądzę, że skończy kadencję – jedną lub dwie – z daleka od pojęcia męża stanu – przewiduje prof. Kik.
W ocenie innych ekspertów warunkiem jakiejkolwiek zmiany, także w zakresie polskiej polityki zagranicznej, czyli choćby częściowego zrealizowania postulatu z kampanii wyborczej, jest zwycięstwo PiS w wyborach do Sejmu. Bez tego o nowym ładzie nie może być mowy, a nawet z tym, z powodów praktycznego pokrywania się kluczowych postulatów w tym zakresie dwóch największych partii politycznych, również nie będzie łatwo.
– W zakresie polityki zagranicznej żadne państwo w Europie nie może od dawna pozwolić sobie na ekstremizmy czy szaleństwa na własną rękę – ocenia dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Politycy narodowi roztapiają się wcześniej czy później w UE, ponieważ duża część politycznych interesów poszczególnych krajów ma już kontynentalny charakter. Nikt nie działa sam, w oderwaniu od określonych uwarunkowań i nikt już teraz nie będzie w stanie prowadzić w pełni samodzielnej polityki zagranicznej, jaką znamy z książek historycznych opisujących choćby pierwszą połowę XX w. Po tych stu latach geopolityka to system naczyń bardzo mocno i szczelnie połączonych. Próby zapowiedzi o wybijaniu się w tym zakresie na niepodległość można włożyć między bajki – dodaje dr Chwedoruk.
Naukowiec zgadza się z przytoczoną wyżej opinią prof. Kika, że w zakresie polskiej polityki zagranicznej nie ma dzisiaj wolnych pól, które można by próbować zawłaszczyć. Tak było, kiedy rządy przy Krakowskim Przedmieściu obejmował po Aleksandrze Kwaśniewskim Lech Kaczyński. Motorem działań kancelarii stała się polityka historyczna i symboliczna. Ale Kaczyńskiemu było łatwiej, bo wcześniej tę tematykę zaniedbał Kwaśniewski, który wywodził się ze środowiska raczej „wybierającego przyszłość” niż chcącego się mierzyć z trudną prawdą historyczną, którą tworzyło w kontrze do wielu milionów Polaków, zniewalając ich przed 45 lat. Andrzej Duda może stać się oczywiście kolejnym kontynuatorem kultu symboli, w czym zapewne i tak swojego mistrza – Lecha Kaczyńskiego – nie dogoni. Mało to jednak będzie oryginalne, tym bardziej że pałeczkę po Kaczyńskim w tej akurat kwestii całkiem nieźle dzierżył pokonany przez Dudę Bronisław Komorowski.
Co zatem będzie lejtmotywem prezydentury, która rozpocznie się w czwartek? Podobno Andrzej Duda ma już na nią wiele pomysłów, żadnego na razie zdradzić nie chce. Bardzo źle by się stało, gdyby został buchalterem rządu, a na to zanosi się w pierwszych miesiącach. Wkrótce po zaprzysiężeniu ma bowiem ruszyć w podróż po Polsce – to teraz modne – by oficjalnie podziękować wyborcom. Nie trzeba jednak szczególnej mądrości, by się domyślić, że już jako prezydent RP – co mu wyjątkowo nie przystoi – będzie szykował pole dla PiS, zachęcając, być może nie bezpośrednio, do głosowania na partię Jarosława Kaczyńskiego 25 października. Co dalej – tego dzisiaj nie wiemy, podobnie jak tego, dokąd i kiedy uda się w pierwszą podróż zagraniczną.
Po prostu uczeń
Prezydent Bronisław Komorowski w ciągu pięciu lat swojej kadencji odbył 102 takie wizyty, w tym najwięcej do Niemiec i na Ukrainę. Dość dużo. Ostatnim jego wyjazdem była wizyta w Kijowie, podczas której spotkał się z prezydentem Petrem Poroszenką i wygłosił – jako pierwsza w historii ukraińskiego parlamentaryzmu zagraniczna głowa państwa – przemówienie do Rady Najwyższej. Przy okazji tej wizyty prezydent wziął też udział w uroczystościach z okazji 75. rocznicy zbrodni katyńskiej. Tak wystąpienie, jak i wizyta w miejscu kaźni części polskich oficerów miały charakter symboliczny.
Taki zresztą wymiar w dużym stopniu miała cała polityka zagraniczna prowadzona przez ustępującego prezydenta. W porównaniu z aktywnością Lecha Kaczyńskiego była mniej dynamiczna i zdecydowanie bardziej stonowana. Kaczyński starał się być prezydentem hiperaktywnym, ponieważ jako jedyny reprezentował w trudnej kohabitacji z PO ważny ośrodek władzy należący do PiS. Wywoływało to wiele spięć na linii Pałac Prezydencki – Kancelaria Premiera (słynne awantury o krzesła na szczytach unijnych czy samoloty), ponieważ prezydent chciał udowodnić, że ma realny wpływ na politykę zagraniczną, a rząd – szczególnie ówczesny premier Donald Tusk i szef MSZ Radosław Sikorski – za wszelką cenę torpedował te starania, lekceważąc je lub udając, że ich nie zauważa.
Dla ucznia Lecha Kaczyńskiego Andrzeja Dudy nie ma i tu miejsca na wprowadzenie wielkich zmian.
Politycy narodowi roztapiają się w UE, bo duża część politycznych interesów poszczególnych krajów ma już kontynentalny charakter. Nikt już nie jest w stanie prowadzić w pełni samodzielnej polityki zagranicznej, jaką znamy z książek historycznych opisujących choćby pierwszą połowę XX w.