"Już w tej chwili, sądząc po reakcjach ulicy egipskiej, relacjonowanych w telewizjach arabskich widać, że jest olbrzymie zróżnicowanie - jedni uważają, że to jest wyrok za łagodny, inni - że wystarczający, jeszcze inni są zdania, że zbyt duża grupa ludzi została zwolniona, zwłaszcza ci, którzy byli oskarżeni za korupcję. Są organizowane uliczne protesty, plac Tahrir znów zapełnia się, zwłaszcza ludźmi z tych ruchów młodzieżowych, które ponad rok temu wywołały rewolucję. Oni protestują przeciwko łagodności tego wyroku.
W moim przekonaniu proces był solidny, choć jego materia dziwna, ponieważ w procesie połączono dwa wątki: Mubaraka i jego synów oraz jednego z biznesmenów, który nie był obecny, bo uciekł za granicę (jest w Hiszpanii, tam rozpoczęto starania o ekstradycję, ale nic z tego nie wyszło do tej pory), którzy byli oskarżeni o wykorzystywanie władzy w celach korupcyjnych. Jednocześnie Mubaraka i jego ministra spraw wewnętrznych, a także pięciu, czy sześciu zastępców tego ministra oskarżono o decyzje, które doprowadziły do śmierci demonstrantów.
Dla mnie te dwa elementy procesu od początku nie były dość spójne, tym niemniej trzeba przyznać, że proces, który toczył się od 3 sierpnia do 22 lutego, odbył się - według wszelkich reguł gry: od wysłuchania prokuratora, przez wysłuchania świadków, po parę sesji poświęconych prokuraturze i obrońcom. Z tego punktu widzenia Egipt dał przykład prawnego rozwiązania rządów autokratycznych, prawnego odniesienia się do dyktatora.
To nie jest zabicie na dziko, na ulicy, Muammara Kadafiego w Libii. Tego nawet nie można porównać z procesem irackiego dyktatora Saddama Husajna sprzed paru lat, który odbył się przed trybunałem wojskowym, a nie przed cywilnym sądem i w warunkach okupacji zewnętrznej to nie jest to samo. Egipcjanie z punktu widzenia prawnego okazali się legalistami.
Oczywiście dyskusje będą, czy na przykład synowie Mubaraka powinni zostać zwolnieni z zarzutów korupcyjnych, czy sam prezydent powinien być zwolniony z zarzutu korupcji. Nie wiemy, jakie przedstawiono w sądzie dowody na te przestępstwa, a tak na dobrą sprawę, gdyby chcieć osądzić za korupcję całą wierchuszkę Egiptu, to trzeba byłoby sądzić kilkaset osób, bo tam, w kierownictwie partii i wśród ministrów, i wśród naczelnych władz państwa, nie było ludzi, którym by nie można było postawić takiego zarzutu.
Jakie ten proces będzie miał znaczenie dla przyszłości Egiptu? Na to pytanie na razie nie ma odpowiedzi. Werdykt sądu zapadł dwa tygodnie przed drugą turą wyborów prezydenckich w tym kraju, które odbędą się w dniach 16-17 czerwca. Druga tura będzie niezwykle istotna, ponieważ Egipcjanie - mówiąc kolokwialnie - strzelili sobie trochę w piętę, wybierając dwóch tak różnych kandydatów. Dziś wielu z nich powiada, że ma wybór "między dżumą a cholerą", bo albo wybiorą przedstawiciela Bractwa Muzułmańskiego Mohameda Mursi'ego i boją się, że grozi im koniec państwa świeckiego i rozpocznie się arabska republika muzułmańska, albo wybiorą na nowego prezydenta ostatniego premiera z czasów Mubaraka, Ahmeda Szafika, który z resztą też jest oskarżony o jakieś korupcyjne przestępstwa.
Cały naród ma już dosyć destabilizacji - chciałby wreszcie kogoś, kto zaprowadzi porządek, bo rzeczy się posypały. Państwo funkcjonuje, ale nie do końca - są tysiące problemów gospodarczych, społecznych, które trzeba rozwiązać i wszyscy oczekują, że nowy prezydent to zrobi, tylko nie wiadomo, kto nim będzie. Egipt jest w tej chwili na rozdrożu - wybór prezydenta będzie miał ogromne znaczenie, czy Egipt pozostanie na dłuższą metę państwem świeckim tak, jak był do tej pory, ale z dominującą rolą islamu, czy też krajem islamskim, z szariatem".