Trener Tomasz Herkt, który pracował z Małgorzatą Dydek w klubie i reprezentacji koszykarek podkreśla, że była profesjonalistką i równie serio jak mecze traktowała publiczność. "Przychodziła 15 minut po meczu do szatni, tłumacząc, że nie mogła odmówić kibicom".

"Jest do dla mnie cały czas wiadomość szokująca i nie mogę się z tym pogodzić. Będę pamiętał Małgosię uśmiechniętą i w takiej charakterystycznej sytuacji, powtarzającej się za każdym razem. Zawsze przychodziła po zakończeniu meczu ostatnia do szatni, nawet 15 minut po ostatnim gwizdku, bo nie potrafiła odmówić kibicom autografów, możliwości zrobienia zdjęcia. Nie dała sobie wytłumaczyć, że może do kibiców wyjść później, że ważniejsze jest to, by ochłonęła" - powiedział PAP Tomasz Herkt.

"Z natury była flegmatykiem, ale na parkiecie zmieniała się w wojownika. Gosię i jej siostrę Kasię znam od dziecka. To był talent poparty ciężką pracą. Zawsze walczyła na boisku do upadłego, dawała z siebie wszystko, a po meczu się wyciszała. Taki Dr Jekyll i Mr Hyde" - dodał Herkt, pod wodzą którego Polska, przy ogromnym udziale Dydek, zdobyła w 1999 roku mistrzostwo Europy.

Jedna z najlepszych polskich koszykarek w historii zmarła w piątek rano czasu australijskiego w szpitalu w Brisbane. Miała 37 lat. Od tygodnia znana z parkietów europejskich i WNBA Dydek przebywała w stanie śpiączki farmakologicznej po tym, jak straciła w domu przytomność i doszło do zatrzymania pracy serca. Osierociła dwóch synów: Davida i Aleksandra. Była w czwartym miesiącu ciąży.