Prezydent Jemenu Ali Abd Allah Salah, mimo rosnącej w siłę opozycji, która żąda jego odejścia ogłosił w środę, że nie odda władzy. Zarówno on, jak i opozycja ostrzegają przed wybuchem wojny domowej w tym ubogim kraju.

Salah powiedział, że nie odejdzie i nie pozwoli, aby Jemen stał się jednym z "upadłych państw".

"Nie przyjmuję rozkazów z zewnątrz" - prezydent podkreślił w oficjalnym komunikacie i dodał, że nie opuści kraju.

Zagroził też, że odsunięcie go od władzy zamieni Jemen w bastion Al Kaidy.

Od trzech dni w Sanie trwają walki między siłami rządowymi a zwolennikami szejka Sadeka al-Ahmara, będącego przywódcą najpotężniejszego jemeńskiego plemienia Haszid. W ich wyniku zginęło co najmniej 53 osób.

Starcia, które nasiliły się w ostatnich dniach, rozgorzały po załamaniu się negocjacji, które miały położyć kres trzymiesięcznemu powstaniu przeciw Salahowi i ułatwić przekazanie władzy opozycji.

Według świadków, ludzie szejka Ahmara, który ogłosił przyłączenie się do opozycji usiłującej doprowadzić do odejścia Salaha, przejęli kontrolę nad oficjalną agencją prasową SABA i siedzibą jemeńskich linii lotniczych. Próbowali również okupować siedzibę ministerstwa spraw wewnętrznych.

Mimo poczynionych w sobotę ustaleń prezydent Salah odmówił w niedzielę podpisania porozumienia z opozycją i przekazania władzy. Liderzy partii rządzącej podpisali dokument gwarantujący odejście prezydenta, ale on sam odmówił.