W rządzie panuje przekonanie, że administracja państwowa mogła się lepiej przygotować na nadejście powodzi. O wielkiej wodzie synoptycy informowali już w piątek. Już wtedy rząd powinien uruchomić kryzysowe procedury.

– Zbyt szybko, aby ferować wyroki, ale naturalnym kandydatem do dymisji jest minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller – mówi nam wysoki rangą polityk Platformy. Taki wniosek nasuwa się również po analizie archiwalnych depesz Polskiej Agencji Prasowej.

Mówili, że będzie powódź

Pierwsze poważne ostrzeżenie o zbliżających się kłopotach z wielką wodą przyszło jeszcze w piątek z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Synoptycy alarmowali w południe, że od soboty do poniedziałku w województwach małopolskim i śląskim prognozowane są ulewy, liczne podtopienia, zniszczenia zabudowań, dróg, mostów, duże trudności komunikacyjne oraz stwarzające zagrożenie dla życia. Przed godziną 17 byli już pewni – istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo powodzi.

W tym momencie administracja centralna powinna uruchomić wszystkie kryzysowe procedury. Jednak ani w MSWiA, ani w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa nic się nie działo przez całe dwa dni. – Bo minister miał wolne – zżyma się polityk Platformy.

Tymczasem w sobotę i niedzielę cały czas padało. Południe kraju zaczynała zalewać pierwsza fala powodziowa. Resort spraw wewnętrznych i administracji obudził się dopiero w poniedziałek. Z oficjalnego komunikatu wynika, że tuż przed godziną 10 skończyła się teleodprawa ministra z wojewodami. Rozmawiano o zagrożeniu powodziowym. Dopiero późnym wieczorem Miller zdecydował się osobiście pojechać na południe kraju. Potem pojechał tam również premier.

Ale Jerzy Miller nie jest wyjątkiem. Od powodzi stulecia w 1997 roku żaden z ministrów spraw wewnętrznych nie stworzył systemu ostrzegania o powodzi. Racibórz, który znalazł się pod wodą trzynaście lat temu, dziś był w stanie obronić się przed powodzią tylko dzięki szybkim informacjom z Czech. Tamtejsze służby przeciwpowodziowe na bieżąco podają wielkość opadów, stan rzek i zapełnienia zbiorników retencyjnych oraz ilość wody, jaka będzie z nich spuszczana. – Dzięki temu byliśmy w stanie przygotować się do nadchodzącej fali kulminacyjnej – mówi Mirosław Lenk, prezydent Raciborza. Natychmiast padły dyspozycje, gdzie wzmocnić wały, w które miejsce wysłać służby. Polskie samorządy uruchomienia takiej strony internetowej domagają się od lat. – Ale bez skutku, każda gmina musi o takie informacje starać się na własną rękę – mówi Lenk.

Nie ma ziemi, nie ma zbiornika

Bezpieczeństwo miastom leżącym nad Odrą zapewniłby zbiornik retencyjny w Raciborzu. W 2005 roku rząd Marka Belki wpisał go do dokumentu o nazwie „Strategia gospodarki wodnej do 2020 roku”. Jednak ani ekipie PiS, ani rządowi Tuska nie udało się nawet wykupić terenów pod budowę tego zbiornika. Tym samym wojewodzie śląskiemu nie udało się nawet wydać zezwolenia na jego budowę. A czasu na realizację inwestycji jest coraz mniej, bo ma być sfinansowana ze środków Banku Światowego. Jeśli nie zostanie rozliczona do 2017 r., pieniądze przepadną.

Już dawno mogłaby ruszyć budowa zbiornika retencyjnego w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku. Zabezpieczałby on gminy i miasta leżące nad Nysą Kłodzką. Od powodzi z 1997 roku rzeka występowała już z brzegów kilka razy. – Dokumentacja jest gotowa i uregulowane są prawa własności ziemi – zapewnia Mirosława Słowiak, kierownik wydziału rolnictwa i ochrony środowiska Starostwa Powiatowego w Kamieńcu Ząbkowickim.