O tym, że William J. Perry, sekretarz obrony USA w administracji prezydenta Billa Clintona, będzie reprezentował Stany Zjednoczone podczas gdańskich uroczystości 1 września poinformował w czwartek szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak.
"Z lekkim ubolewaniem przyjmujemy to, że w składzie delegacji nie znalazł się przedstawiciel obecnej administracji USA, co byłoby wyrazem solidarności Stanów Zjednoczonych z Polską i krajami regionu" - powiedział PAP rzecznik MSZ Piotr Paszkowski. Poinformował, że w skład delegacji wejdą również przedstawiciele amerykańskiego Kongresu i Senatu oraz ambasador USA w Polsce Victor Ashe.
Zdaniem szefa SLD Grzegorza Napieralskiego skład amerykańskiej delegacji dowodzi, że "zawiodła polska dyplomacja, zawiódł minister spraw zagranicznych". "Starania polskiej dyplomacji zawiodły. Widocznie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski i otoczenia premiera Donalda Tuska zbyt słabo zabiegało o delegację na bardzo wysokim poziomie - po prostu robiło to nieudolnie" - ocenił w rozmowie z PAP szef Sojuszu.
Jego zdaniem "ewidentnie jest to problem naszej dyplomacji i fiasko naszych starań o gości z państwa, będącego naszym sojusznikiem wojskowym i politycznym".
"Szkoda, że w tak ważnym dla Polski dniu jak 1 września, w rocznicę wybuchu II wojny światowej, jednak nie będzie w Polsce ani prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy ani sekretarz stanu Hillary Clinton. Nasza duma narodowa - kraju, który jest dużym krajem europejskim - mobilizuje nas do tego, żeby zapraszać jak najważniejszych polityków: obecnych, a nie byłych" - mówił.
Według wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Karola Karskiego (PiS) fakt, że 1 września w Gdańsku nie będzie nikogo wyższego rangą niż były sekretarz obrony świadczy o tym, że Stany Zjednoczone przestają dostrzegać w Polsce ważnego partnera. Dzieje się tak - ocenił w rozmowie z PAP - z powodu polityki zagranicznej jaką prowadzi rząd Donalda Tuska.
"To przykre. Szczególnie dlatego, że Stany Zjednoczone są jedynym realnym gwarantem bezpieczeństwa i suwerenności Polski. Obecnie mamy do czynienia z osłabieniem polskiej polityki zagranicznej przez działania Donalda Tuska i szefa MSZ Radosława Sikorskiego" - mówił Karski.
"Donald Tusk już w czasie expose wskazał, że kontakty z państwami europejskimi będą dla niego znacznie ważniejsze od kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi. Gdyby premier miał odpowiedni wizerunek w oczach amerykańskiego rządu, to przyjechałby ktoś bardziej istotny" - dodał poseł PiS.
Wiceszef PO Waldy Dzikowski mówił z kolei w rozmowie z dziennikarzami, że amerykańska dyplomacja wysłała takiego przedstawiciela, jakiego uznała za stosowne. "Nic się nie zmieniło w naszych stosunkach. Obecność Stanów Zjednoczonych na uroczystościach będzie zaakcentowana" - podkreślił.
"Można się oczywiście krzywić, ale taka jest decyzja prezydenta Obamy. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi trwa, blisko współpracujemy" - zapewnił.
Szef klubu PSL Stanisław Żelichowski przyznał, że wolałby, aby ranga przedstawiciela Stanów Zjednoczonych podczas rocznicowych uroczystości była większa, ale - jak mówił - "nie należy z tym przesadzać".
Jak zaznaczył, William Perry jest oficjalnym przedstawicielem USA i "jeżeli prezydent Barack Obama go wytypował, to powinniśmy go traktować jako przedstawiciela prezydenta USA".
"Nie robiłbym z tego problemu. Każdy z nas wolałby, żeby to było na wyższym szczeblu, ale Perry jest przedstawicielem oficjalnym - osobą znaną i cenioną w Polsce" - dodał Żelichowski.