Rozpoczął się exodus ministrów. Niewykluczone, że rząd częściowo zrekonstruuje się sam, zanim zabierze się za to Nowogrodzka
To miał być polityczny plan doskonały. PiS dogadał się z opozycją w sprawie ustawy o podwyżkach dla najważniejszych osób w państwie, a legislacyjny blitzkrieg był w szczegółach dopracowany. Ustawa, zgłoszona jako projekt komisyjny, pojawiła się w czwartek wieczorem. Założenie było takie, że w piątek błyskawicznie wyjdzie z Sejmu, a Senat zatwierdzi wszystko po weekendzie. Suweren, rozjechany na wakacje, nawet nie zauważy. A jeśli już, to oburzenie będzie krótkotrwałe – w końcu zaraz zaczniemy żyć rekonstrukcją rządu i drugą falą pandemii. Konsekwencje? Właściwie żadne, bo wybory dopiero za trzy lata. Elektorat nie ma aż tak długiej pamięci.
Sprawa stała się jednak medialna – i to nie tylko ze względu na wysokość planowanych podwyżek uposażeń polityków w czasie kryzysu gospodarczego. Również dlatego, że opozycja zagłosowała za ustawą przeprowadzoną w trybie, za który do tej pory PiS słusznie krytykowała: na szybko, bez dyskusji i z zaskoczenia. Plan legł więc w gruzach, a zamiast podwyżek zaczęło się szukanie winnych.
Reklama

Reklama
Najsilniejsze emocje są po stronie Koalicji Obywatelskiej (KO). – Pozycja Borysa Budki jako przewodniczącego partii i szefa klubu jest zagrożona. To była duża wpadka z poważnymi konsekwencjami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Z takim przywództwem niczego sensownego nie da się uzyskać – przekonuje nas jeden z posłów ugrupowania. Tomasz Zimoch, w ostatnich wyborach startujący jako „jedynka” KO w Łodzi, otwarcie nawołuje Budkę do dymisji z funkcji przewodniczącego klubu. Wściekli są także senatorowie opozycji, którzy byli zmuszeni sprawę odkręcać podczas poniedziałkowego głosowania. Marcin Bosacki, przyłapany na korytarzach sejmowych przez reporterów, mówił o konieczności „głębokiego przemyślenia” procesu konsultacji politycznych wewnątrz KO. – O projekcie dowiedzieliśmy się w czwartek wieczorem. Budka zobowiązał ludzi do głosowania „za” w ciemno, a potem przez weekend się schował. Nie można o tak złożonych sprawach informować własnych posłów suchymi komunikatami z kolegium klubu – twierdzi inny polityk Koalicji.
Czym konkretnie może się to skończyć? Najczęściej słychać opinie, że Borys Budka powinien podzielić się władzą – pozostać szefem partii, ale oddać komuś innemu sprawy klubowe. Zdaniem niektórych obecna sytuacja to doskonały moment na wejście do gry frakcji schetynowców. – Zapewne Grzegorz będzie forsował na szefa klubu Tomasza Siemoniaka. Jeszcze zanim przewodniczący PO zaczął się oficjalnie tłumaczyć w mediach, Schetyna już zdążył udzielić wywiadu w TVN24, w którym ostro się po Budce przejechał – mówi nam osoba z KO.
Siemoniak na razie oficjalnie nie zgłasza swoich aspiracji na nowego szefa klubu. – Poczekajmy, aż opadną emocje. Spodziewam się, że wszelkie zmiany w klubie będą efektem konsensusu, wspólnych wniosków, a nie rywalizacji personalnej. Trzeba przyjrzeć się sposobowi organizacji i strukturze klubu, która jest bardziej skrojona pod minione czasy, a nie pod obecną formułę KO – uważa Tomasz Siemoniak.
Na giełdzie nazwisk na nowego szefa klubu wymieniani są też inni politycy: Jan Grabiec, Urszula Augustyn, Joanna Kluzik-Rostkowska czy Rafał Grupiński. Ale Borys Budka nie zamierza ustępować pola zbyt szybko. – Już w kampanii na przewodniczącego partii zapowiadał, że nie będzie łączył funkcji szefa partii i klubu. Ale przyszedł koronawirus i sprawę zawieszono. Nadal chce oddać część władzy, ale nie w obecnych warunkach. Emocje muszą opaść. Musimy zorganizować posiedzenie klubu tak, by 177 parlamentarzystów mogło wziąć w nim udział. Tyle że w warunkach COVID-19 zebranie tylu osób naraz w jednej sali byłoby szaleństwem. Z kolei robienie głosowania przez internet, gdy nie ma nawet kandydatów, byłoby absurdem – wyjaśnia współpracownik Borysa Budki. Na razie przewodniczący PO zapowiada poszerzenie kilkunastoosobowego kolegium klubu o grupę senatorów. Z jednej strony chodzi o uspokojenie nastrojów w izbie wyższej, a z drugiej o usprawnienie komunikacji między posłami a senatorami. – Dziś jest tylko jeden przedstawiciel Senatu w kolegium. To koślawe rozwiązanie, pozostałość z dawnych lat, gdy był on PiS-owski. Dziś to opozycja rozdaje karty w izbie wyższej, potrzebny jest nie tylko łącznik, ale szersza formuła komunikacji – tłumaczy nasz rozmówca z PO.
Niepewne są także losy Roberta Kropiwnickiego, członka zarządu krajowego PO i wiceprzewodniczącego klubu. – To on był naszym emisariuszem w rozmowach między klubami dotyczących podwyżek. Co prawda udało mu się namówić PiS do uwzględnienia naszego postulatu o wzroście wynagrodzeń samorządowców, ale poza tym zawalił na całej linii. Szwankowała komunikacja, ostateczną wersję projektu ustawy poznaliśmy dopiero wtedy, gdy oficjalnie pokazał się na stronach internetowych Sejmu – przyznaje polityk Koalicji Obywatelskiej.
– Żeby było jasne: te dodatkowe pieniądze – cytując klasyka – „po prostu im się należały”. Ale forma i czas są nieakceptowalne. Dodatkowo wypuszczono bubel legislacyjny – uważa dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW. – Cała opozycja jest w tym umoczona, choć największe koszty ponosi PO, a personalnie – Borys Budka, który nie podołał roli szefa klubu. Jako lider jest w ciężkiej sytuacji. Na początku roku wygrał przywództwo w partii, a potem okoliczności nie dały mu szansy dobrze osiąść w nowej roli. Ale co do zasady Budka powinien podzielić się władzą. Jej nadmierna kumulacja będzie wiązała się z niepewnością co do siły jego stanowiska w partii – dodaje dr Materska-Sosnowska.
W tle rozliczeń w Platformie pojawiają się rozważania o roli, jaką może odegrać Rafał Trzaskowski i jego ruch społeczny, którego budowa ma zacząć się z początkiem września. Prezydent stolicy taktycznie milczy w sprawie podwyżek i nie podjął się próby obrony Budki. Jest co prawda na urlopie, ale wystarczyłby jeden wpis w mediach społecznościowych, by zmitygować choćby twitterowe zaczepki Donalda Tuska w stosunku do KO i całej opozycji. – Wielu działaczy zachęca Rafała do ekspansji. Budka jest za słaby, ładnie się podporządkuje Trzaskowskiemu – zapewnia nasz rozmówca z KO. Osoba z otoczenia prezydenta stolicy przekonuje nas jednak, że na razie nie zanosi się na to, by Trzaskowski i Budka mieli zejść na kurs kolizyjny. – Rafał ma poczucie zobowiązania wobec Borysa. Gdyby nie jego upór, nie kandydowałby na prezydenta Polski i nie wzmocniłby się aż tak politycznie – dodaje.
W konflikt między obu panami czy polityczną ekspansję Trzaskowskiego w partii nie wierzy też dr Materska-Sosnowska. – Jeśli tak by było, źle wróżyłoby to losom PO. Trudno być silnym liderem, nie będąc w parlamencie – komentuje ekspertka.

Z nimi nie da się rozmawiać

W PiS nastroje są również dalekie od optymistycznych. Panuje poczucie, że oto z rąk wymknęła się historyczna szansa na odkręcenie zmian z 2018 r. (obniżono wtedy uposażenia parlamentarzystów o 20 proc., by odbudować notowania rządzących po aferze z nagrodami w gabinecie Beaty Szydło) oraz załatwienie problemu wynagrodzeń polityków na długie lata (bo powiązanie ich z pensjami sędziów Sądu Najwyższego oznaczałoby ich waloryzację). – Opozycja nas oszukała. Z tymi ludźmi nie da się normalnie rozmawiać – wścieka się polityk z kręgów rządowych.
Z jego relacji wynika, że pierwsze nieformalne rozmowy z opozycją o wyższych wynagrodzeniach zaczęły się jeszcze przed wyborami prezydenckimi. W lipcu i sierpniu jedynie się nasiliły. – Z ramienia PSL najbardziej chodził za tym Piotr Zgorzelski, a z KO Robert Kropiwnicki. Były rozmowy o dwóch, trzech średnich krajowych dla posłów, a nawet takie pomysły jak wypłacanie trzynastek czy dodatków stażowych. O te ostatnie zabiegał senator Marek Borowski – opowiada polityk PiS. Borowski w rozmowie z portalem TVP Info potwierdził, że „należałoby wprowadzić dodatek stażowy za każdą kadencję dla posłów i senatorów”. – Politycy opozycji mocno parli też na szybkie załatwienie sprawy. Premier i prezes Kaczyński woleli działać na spokojnie, chcieli tylko zainicjować dyskusję, ale opozycja uparła się przy swoim. No to ruszyliśmy z tematem – dodaje nasz rozmówca z PiS.
Podkreśla też, że zgodnie z pierwotnym planem to Senat miał wyjść z inicjatywą, a sprawę wstępnie zgodził się pilotować senator ludowców Jan Filip Libicki. Ale pod pewnymi warunkami. – Pierwszym krokiem miało być wspólne oświadczenie prezydiów Sejmu i Senatu, że należy w ogólnym porozumieniu uregulować sprawę wysokości wynagrodzeń. Po drugie: podpisać pod projektem mieli się w Senacie przedstawiciele wszystkich klubów. I po trzecie: uzyskam zgodę prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza – mówił Libicki portalowi Gazeta.pl. Sprawa jednak upadła, bo u senatora zdiagnozowano koronawirusa.
Jak słyszymy nieoficjalnie, pomysł, by Senat wyszedł z inicjatywą podwyżek, nie spodobał się marszałkowi Tomaszowi Grodzkiemu (KO). – Daliśmy jasny sygnał, że nie ma na to szans – mówi nam osoba zbliżona do marszałka. To wtedy zdecydowano, że sprawę przejmie Sejm, choć problemem było wypracowanie formuły wyjścia z nowymi regulacjami. PiS bał się, że opozycja wpuści go na minę – najpierw w kuluarowych rozmowach namówi partię rządzącą na złożenie projektu, a potem publicznie zgrilluje ją za nadmierny pociąg do pieniędzy w dobie koronakryzysu. – Dlatego postawiliśmy warunek, że albo pod projektem podpiszą się przedstawiciele wszystkich klubów, albo będzie to projekt komisyjny. Zwyciężył ten drugi wariant – opowiada jeden z działaczy PiS.
Ostateczna wersja projektu – jak mówi nam jeden z polityków KO – odbiegała od tego, na co umówiono się z PiS. – My weszliśmy w temat przede wszystkim dlatego, że była okazja docenić finansowo samorządowców, niesłusznie ukaranych cięciami pensji w 2018 r. Nie było wcześniej mowy np. o zwiększaniu subwencji partyjnych o 50 proc. Z kolei podwyżki miały wejść w życie od kolejnej kadencji lub najwcześniej po wyjściu gospodarki z kryzysu, a nie od razu – przekonuje nasz rozmówca z KO. Kształtem projektu podobno zaskoczone były nawet osoby z obozu rządzącego. – Najwyżsi urzędnicy w kancelarii prezydenta o uposażeniu dla pierwszej damy dowiedzieli się z mediów. Małżonka prezydenta w ogóle nie była włączona w rozmowy i nie zabiegała o takie wynagrodzenie – zapewnia w rozmowie z DGP polityk Zjednoczonej Prawicy.

Nie do ruszenia

Teraz w partii rządzącej panuje przekonanie, że temat podwyżek jest już nie do ruszenia w tej kadencji. Co u polityków wywołuje dużą frustrację. Niektórzy przewidują, że choć do rekonstrukcji rządu dojdzie najwcześniej we wrześniu lub w październiku, to jeszcze przed tym może dojść do kolejnych znaczących rezygnacji – także z powodu braku perspektyw na lepsze zarobki.
W tym tygodniu mieliśmy aż cztery dymisje. W poniedziałek o rezygnacji poinformował wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, następnego dnia to samo zrobił jego zwierzchnik Łukasz Szumowski. Obaj twierdzą, że odejść mieli wcześniej, ale wybuchła pandemia i decyzję o rozstaniu z ministerstwem trzeba było odłożyć. Szumowski jako jeden z kluczowych powodów swojej rezygnacji podał zmęczenie pracą.
Ale nie można też pominąć, że prokuratura prowadzi duże śledztwo w sprawie nieprawidłowości przy zakupie przez resort zdrowia respiratorów i maseczek. Do tego spekuluje się, że rząd obawia się drugiej fali pandemii, wzmocnionej przez sezon grypowy. Pojawia się również wątek motywacji finansowych. – Cieszyński jest świetnym kandydatem na lobbystę farmaceutycznego. Z kolei Szumowski jest doświadczonym lekarzem, pewnie woli dużo więcej zarabiać poza polityką – ocenia nasz rozmówca z rządu.
Ze stanowiskiem wiceministra cyfryzacji w środę pożegnała się Wanda Buk. W resorcie (który zresztą w ramach rekonstrukcji może zostać zlikwidowany) rocznie zarabiała ok. 120 tys. zł brutto. Tymczasem na stanowisku wiceprezesa spółki PGE, gdzie pracę zacznie od września, zarobi niemal dziesięć razy tyle. W czwartek dymisję złożył zaś szef MSZ Jacek Czaputowicz. Pytanie, czy rząd częściowo nie zrekonstruuje się sam, zanim zabierze się za to Nowogrodzka. ©℗