Narodowa dyskusja o tożsamości religijnej Amerykanów rozpala się przy okazji każdych wyborów prezydenckich. Nie inaczej jest i tym razem. Instytut Gallupa opublikował ostatnio badania, z których wynika, że obywatele Stanów Zjednoczonych są w stanie zaakceptować w Białym Domu przedstawiciela każdej grupy etnicznej, kobietę czy osobę LGBT, ale jednego sobie nie wyobrażają: ateisty. 54 proc. Amerykanów nie chce prezydenta, który nie wierzy.
„Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię albo zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych” – oto fragment pierwszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, regulujący obecność religii w sferze publicznej. Ojcowie założyciele USA nie narzucili żadnego z góry ustalonego kanonu wartości. Zapewnili pełną wolność sumienia i wiary, ale zabronili też kreowania któregokolwiek z wyznań na religię dominującą czy urzędową.
Obie idee, czyli całkowity rozdział związków wyznaniowych od państwa oraz swobodę konfesyjną, potwierdzało przez ponad 200 lat orzecznictwo Sądu Najwyższego. Wyrokiem w sprawie Everson v. Board of Education z 1947 r. (chodziło o pozornie błahy problem dofinansowania przez władze stanowe biletów autobusowych dla dzieci dojeżdżających do szkół parafialnych) sędziowie wznieśli mur separacji. Każdy współczesny spór o obecność religii w sferze publicznej kończy się na odesłaniu do tegoż werdyktu. Sędziowie orzekli wtedy, że nie można dofinansowywać biletów, jeśli priorytetowym celem szkoły jest katecheza, a można, jeśli taka szkoła parafialna prowadzi normalny program nauczania.
Tymczasem gdyby przyjrzeć się zwyczajom Amerykanów, nietrudno dostrzec, że w murze separacji są dziury. Prezydent składa przysięgę na Biblię, świadek w sądzie robi to samo, a każdy banknot zdobi dewiza „In God we trust” („Bogu ufamy”). Sprawy wyznania ujawniają się zawsze w kampanii wyborczej – także tej obecnej. Joe Biden jest katolikiem, któremu archidiecezja, ze względu na jego proaborcyjne poglądy, odmawia przystępowania do komunii oraz odwiedzania szkół katolickich.
Skąd ta niekonsekwencja? Z samej natury obu zasad konstytucyjnych: wspomnianej separacji i wolności. Pierwsza wzmocniła wiarę wśród obywateli. Skoro – inaczej niż w tradycji europejskiej – w USA państwo odmówiło wsparcia wspólnotom religijnym, te musiały radzić sobie same. A wierni, pozbawieni instytucjonalnej opieki, z nieporównywalnie większym wysiłkiem zaangażowali się w sprawy swego kultu. Do dziś uznawany za największy autorytet w sprawach Ameryki XIX-wieczny filozof Alexis de Tocqueville uważał, że u podstaw religijności jej mieszkańców leży wolna wola. „Nie ma drugiego takiego kraju, w którym chrześcijaństwo miałoby większy wpływ na ludzkie dusze niż Stany Zjednoczone” – pisał 150 lat temu.
Dziś prawie cztery piąte Amerykanów deklaruje się jako aktywni wierni któregoś z Kościołów, niezależnie od sympatii politycznych. Dane te z roku na rok potwierdzają badania Instytutu Gallupa. To o wiele więcej niż w którymkolwiek z krajów Europy, nawet tych najmniej zsekularyzowanych. Amerykańskie przywiązanie do religii wynika też z egalitaryzmu tego kraju. Wspólnoty wyznaniowe na Starym Kontynencie – katolickie, a później też protestanckie – przez stulecia utrwalały strukturę hierarchiczną. W Ameryce zbudowano je w opozycji do tego mechanizmu, co angielski filozof Edmund Burke nazwał „protestem wobec protestantyzmu”.
Wolna wola, wspierana przez państwo w myśl drugiej ze wspomnianych zasad konstytucyjnych, czyli pielęgnowania swobody wyznania, wychowała obywateli Stanów w przeświadczeniu o ich moralnej przewadze. Ponad połowa pytanych przez Gallupa uważa, że siła amerykańskiej demokracji pochodzi od Boga. Podszyty wiarą etyczny absolutyzm tłumaczy zatem, czemu uchowały się takie symbole, jak invocatio Dei na banknotach i przysięga na Biblię. Wyjaśnia też, dlaczego mimo muru separacji religia odgrywa tak ważną rolę we współczesnej polityce.