Zmęczeni brexitowym maratonem? To niedobrze, bo właśnie wchodzi on w decydującą fazę. Od wyniku zależy to, jak ułożą się stosunki między dwoma brzegami kanału La Manche w kolejnych latach.
Magazyn DGP 31.01.20 / Dziennik Gazeta Prawna
Po 47 latach członkostwa, ponad trzech latach od referendum w 2016 r., zmianie dwóch premierów i dwóch przyspieszonych wyborach Zjednoczone Królestwo z końcem stycznia przestaje być członkiem UE. To znaczy, że w Komisji Europejskiej nie będzie już przedstawiciela brytyjskiej korony, a z parlamentu w Strasburgu zniknie 73 poddanych Jej Królewskiej Mości.
Reklama
Po północy 1 lutego sprzed unijnych gmachów znikną brytyjskie flagi, a ze stron internetowych instytucji UE znikną wszelkie ślady po Londynie. W ten sposób straci nieco na aktualności nowe słowo, które przyjęło się w niektórych językach, czyli „brexitować”, oznaczające zwlekanie z wyjściem pomimo ogłoszenia takiego zamiaru.
Na razie Brytyjczycy opuszczają Unię w iście angielski sposób – po cichutku i bez hałasu; właściwie to mało kto zauważy, że już ich nie ma. Z dniem 1 lutego nic się bowiem nie zmienia: ani w zasadach podróżowania do Wielkiej Brytanii, ani w regułach pobytu obywateli UE na Wyspach, ani w prowadzeniu biznesu z partnerami zza kanału La Manche. Do końca roku w mocy są bowiem przepisy przejściowe, gwarantujące dotychczasowy stan. Gra toczy się teraz o to, co je zastąpi – czyli o to, w jakiej rzeczywistości prawnej obudzimy się 1 stycznia 2021 r.

Reklama
Tak naprawdę brexitowy maraton dopiero teraz wchodzi więc w decydującą fazę: strony przy stole negocjacyjnym ustalą reguły, na mocy których będziemy ze sobą handlować, inwestować i podróżować. I wiele wskazuje na to, że te rozmowy nie będą proste.

Jak zostać poddanym JKM

Polacy, którzy związali się życiowo ze Zjednoczonym Królestwem, mogą być spokojni. Londyn stworzył specjalny mechanizm legalizujący ich pobyt na Wyspach po brexicie. Nazywa się go statusem osoby osiedlonej i od jakiegoś czasu mają prawo ubiegać się o niego obywatele UE oraz Europejskiego Obszaru Gospodarczego, którzy na stałe mieszkają po drugiej stronie kanału La Manche. Dzięki niemu będą mogli legalnie pracować, uczyć się, korzystać z opieki zdrowotnej i systemu zabezpieczenia społecznego.
W połowie stycznia brytyjski rząd podał, że o przyznanie statusu zwróciło się już 0,5 mln naszych rodaków. Pozostałe 400 tys. musi to zrobić do końca tego roku; później zostaną objęci ogólnym prawem migracyjnym, które nie będzie już tak łaskawe. Warunkiem otrzymania statusu jest ciągły pobyt w Wielkiej Brytanii przez ostatnie pół dekady, co oznacza, że dana osoba każdego roku z owych pięciu lat non stop przebywała nad Tamizą przynajmniej przez sześć miesięcy. Home Office, czyli brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych, w miarę możliwości automatycznie sprawdza, czy ubiegający się o status osoby osiedlonej spełnia te warunki (w systemie podatkowym i ubezpieczenia społecznego). Jeśli nie, konieczne może być przedstawienie dodatkowych dokumentów, np. paska z wypłatą.
Ktoś, kto nie spełnia jeszcze kryterium czasowego, może ubiegać się o tzw. tymczasowy status osoby osiedlonej. Wtedy po upływie pełnych pięciu lat na wyżej określonych zasadach może stać się „pełnym” osiedlonym, co z kolei otwiera drogę do brytyjskiego obywatelstwa.

Pressing, panowie, pressing

Perspektywy obywateli UE w Wielkiej Brytanii (których łącznie jest ponad 3 mln) to jedna z niewielu rzeczy, która na dziś jest mniej więcej pewna w horyzoncie czasowym wykraczającym poza 31 grudnia 2020 r. Cała reszta jest do przegadania, przy czym rozmowy jeszcze się nie zaczęły. Na razie Komisja Europejska pracuje nad tzw. mandatem negocjacyjnym – dokumentem wyliczającym priorytety Unii w nadchodzących rokowaniach. Ten ma być gotowy do 3 lutego. Następnie pochylą się nad nim państwa członkowskie i zaproponują ewentualne zmiany, by był gotowy do 25 lutego. Wtedy rozmowy będą mogły zacząć się na początku marca.
Negocjatorzy napotkają pierwszy problem: czas. Premier Boris Johnson twardo bowiem stoi na stanowisku, że nie życzy sobie obowiązywania przepisów przejściowych dłużej niż do końca grudnia tego roku. To oznacza, że umowa regulująca stosunki między stronami – w tym zasady wymiany handlowej – musi nie tylko być gotowa 1 stycznia 2021 r., lecz także ratyfikowana przez każdą ze stron.
Taki proces jednak trwa. Ile – zależy od tego, czy dokument wymaga zatwierdzenia wyłącznie przez europosłów (tak jak w przypadku porozumienia wyjściowego, które przyklepał w naszym imieniu parlament w Strasburgu), czy też w proces będą zaangażowane parlamenty narodowe. To bowiem niesie ze sobą ryzyko komplikacji, co pokazali np. Walonowie, którzy w 2016 r. prawie zablokowali ratyfikację umowy o wolnym handlu z Kanadą.
W związku z presją czasową główny negocjator unijny Michel Barnier stawia sprawę jasno: nie ma takiej możliwości, aby w wyznaczonym przez Johnsona terminie dogadać się we wszystkich obszarach. Francuz od kilku tygodni mówi więc, że strony będą musiały skupić się na priorytetach, odkładając resztę problemów na później. Jedna z opcji, którą ekipa negocjacyjna podzieliła się z dyplomatami z państw unijnych, zakłada, że umowa między Londynem a Brukselą dzieliłaby się na trzy części: ogólną, gospodarczą i dotyczącą współpracy w zakresie bezpieczeństwa, z możliwością dodania później rozdziałów uzupełniających. Europejscy dyplomaci nie wykluczają też taktycznych ustępstw w jednej części po to, aby uzyskać lepsze warunki w innej.

Trzecia strona, ale czy zaufana?

Z polskiego punktu widzenia w mandacie negocjacyjnym najważniejsze jest zabezpieczenie interesów tych sektorów gospodarki, które są silnie związane z Wielką Brytanią, a więc branży rolno-spożywczej, meblarskiej, motoryzacyjnej oraz szeroko rozumianych usług biznesowych – w szczególności IT. Jak podkreślił Konrad Szymański, wiceszef resortu dyplomacji odpowiedzialny za sprawy europejskie, nasz eksport na Wyspy nie jest „kontrowersyjny” – tzn. nie dotyczy branż, które mogą stanowić punkty zapalne w negocjacjach, jak choćby rybołówstwo czy usługi finansowe. – Brak porozumienia handlowego jest mało prawdopodobny – mówił na czwartkowym spotkaniu z dziennikarzami minister. – Prawdopodobnie nie czeka nas jednak umowa, którą można byłoby nazwać „bezprecedensową” – dodał polityk.
Szymański nie powiedział jednak biznesowi jednoznacznie: „możesz spać spokojnie”. – Raczej trzymałbym się tego, co powtarzamy od paru lat: polskie firmy muszą przyjrzeć się swojemu modelowi biznesowemu, bo Wielka Brytania będzie państwem trzecim. Pojawią się deklaracje celne, co już dla części przedsiębiorstw będzie dużą zmianą – mówił wiceszef resortu dyplomacji. Dodał jednak, że rozmowy o handlu z Brytyjczykami zaczynają się w wyjątkowym punkcie – przy pełnej zgodności regulacyjnej między oboma brzegami kanału La Manche, co dotychczas nie miało miejsca w żadnych rokowaniach handlowych.
Odrębną kwestią jest to, czy ta zgodność regulacyjna – czyli zasada, że produkt jest dopuszczany do obrotu rynkowego na takich samych warunkach w Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej – będzie trwała długo. Jeśli chodzi o motoryzację, to Volvo zapowiedziało już, że koszty osobnych procedur certyfikacyjnych mogą nie uzasadniać obecności pełnej gamy modelowej na rynku brytyjskim (co jest wymowne ze strony firmy, której samochody – zwłaszcza w wersji nadwozia kombi – cieszyły się historyczną popularnością na Wyspach).

Singapur nad Tamizą

Wiele bowiem wskazuje, że Brytyjczycy w kwestii przepisów chcą jednak jak najprędzej pójść własną drogą i że priorytetem jest dla nich odzyskanie swobody regulacyjnej. To oczywiście ustawia ich na kursie kolizyjnym, jeśli chodzi o dostęp do jednolitego rynku, który właśnie dlatego nazywa się jednolitym, że w każdym kraju obowiązują takie same zasady dopuszczania produktów do sprzedaży. I chociaż wiele brytyjskich stowarzyszeń biznesowych (w tym motoryzacyjne) apeluje do rządu, aby pozostawił przepisy w kształcie możliwie zbliżonym do unijnego, to kanclerz skarbu Sajid Javid w niedawnym wywiadzie dla „Financial Times” nie pozostawił złudzeń: Wielka Brytania wychodzi z UE i nawet jeśli przy okazji oberwą jakieś firmy, to trudno. Niech się dostosują.
Komentarz nie wywołał entuzjazmu wśród przedstawicieli środowiska biznesowego – zwłaszcza mających partnerów po drugiej stronie kanału. Jak mówi Przemysław Ruchlicki z Krajowej Izby Gospodarczej, rozmowy między Wielką Brytanią a Unią Europejską oznaczają także nerwówkę dla małych firm nad Wisłą. – Muszą bowiem śledzić, jak będą wyglądały warunki handlu dla branży, w której działają. Kto szybko się odnajdzie w nowej rzeczywistości gospodarczej, może zyskać dużą przewagę konkurencyjną. Kto zostanie z tyłu, może stracić dotychczasowy rynek zbytu na rzecz przedsiębiorców z innego kraju – tłumaczy ekspert.
Znacznie więcej obaw w Brukseli budzi to, że obecny rząd brytyjski zdaje się być zwolennikiem liberalizacji przepisów, np. w zakresie prawa pracy czy standardów środowiskowych, jakim musi sprostać biznes. Dlatego Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, co chwila podkreśla, że swobodny dostęp brytyjskich produktów na unijny rynek jest możliwy tylko wówczas, gdy przedsiębiorstwa po obu stronach kanału La Manche będą grały według takich samych zasad. Stąd nacisk, aby w przyszłej umowie handlowej zawrzeć gwarancję, że Londyn nie będzie sięgał po dumping socjalny czy środowiskowy celem budowy nieuczciwej przewagi konkurencyjnej (wariant, który publicystycznie nazwano „Singapurem nad Tamizą”).
Nie było takiej obawy za kadencji premier Theresy May, która swego czasu zapowiedziała, że Zjednoczone Królestwo nie ma zamiaru obniżać poprzeczki, jeśli chodzi o ochronę środowiska czy prawo pracy. Była szefowa rządu w jednym z wystąpień przed Izbą Gmin zapowiedziała nawet, że po brexicie państwo będzie wyznaczać na tych obszarach własne, jeszcze bardziej ambitne standardy.
Z ust przedstawicieli obecnego gabinetu takich zapewnień nie słychać. Ale jak zauważa wiceszef polskiej dyplomacji, to tylko jedna część równania, bo oprócz polityków są jeszcze obywatele. – A nie wygląda na to, żeby społeczeństwo brytyjskie chciało odjeść od wysokich standardów europejskich – mówi Szymański. Dodał też, że nie widzi szans na wspominany czasem na brukselskich korytarzach scenariusz, jakim jest „dynamiczna konwergencja” – czyli podążanie regulacji brytyjskich za unijnymi, tak jak to zrobiły państwa należące do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Karty przetargowe

Największych tarć należy się spodziewać w rozmowach o sprawach, na których stronom najbardziej zależy. Dla kilku państw członkowskich taką dziedziną jest rybołówstwo. W ramach wspólnej polityki Brytyjczycy udostępnili swoje obszary połowowe pozostałym krajom UE; w efekcie większość poławianej tam ryby trafia w sieci rybaków niebędących poddanymi królowej. Londyn nie ukrywa, że zamierza zrobić tutaj porządek i z pewnością wykorzysta dostęp do mórz jako kartę przetargową w rozmowach z Unią.
„Nie tak szybko” – zdają się odpowiadać negocjatorzy unijni – „jest przecież jeszcze kwestia dostępu City do unijnego rynku usług finansowych”. Potęga londyńskiego sektora została wszak zbudowana na dostępie do 0,5 mld europejskich konsumentów i biznesów z 28 krajów. Kiedy Wielka Brytania stanie się państwem trzecim, banki, instytucje ubezpieczeniowe obsługujące płatności oraz fintechy znad Tamizy będą potrzebowały zezwoleń na działalność (oczywiście ta zasada działa również w drugą stronę, ale klientów na Wyspach jest mniej niż w Unii, więc między stronami zachodzi fundamentalna dysproporcja).
I chociaż Boris Johnson uparcie nalega, by pozamykać rozmowy handlowe do końca roku, to w porozumieniu wyjściowym jest klauzula pozwalająca stronom na kupienie dodatkowego czasu i to nawet na 12 miesięcy. Problem polega na tym, że strony muszą zadeklarować taką wolę do 1 czerwca tego roku; po tym terminie nie zostanie już nic więcej, jak tylko wyścig z czasem. – Żadna umowa między stronami nie zapewni jednak takich korzyści jak bycie częścią Unii – przestrzegała w środę w Parlamencie Europejskim szefowa Komisji Ursula von der Leyen.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Zjednoczone Królestwo przestanie być członkiem UE – tym razem na serio – wraz z końcem tego roku. Dla uświetnienia tego momentu rząd brytyjski planuje już całoroczne obchody, które mają przekonać mieszkańców, że poza Unią czeka ich świetlana przyszłość. Pierwszy sprawdzian przyjdzie jednak dopiero w 2022 r., kiedy nowe reguły wymiany handlowej pozwolą zweryfikować, czy np. wciąż będzie się opłacało wytwarzać na Wyspach części sprzedawane głównie na rynek europejski. Kolejne lata pokażą również, czy rację mają ci, którzy uważają, że gospodarkę brytyjską można „odczepić” od unijnej i przerzucić ciężar wymiany handlowej na państwa poza Starym Kontynentem (teraz Unia odpowiada za niecałą połowę brytyjskiego eksportu oraz za nieco ponad połowę importu).
Ta nowa, dotychczas całkiem niewyobrażalna, przyszłość przetestuje również siłę przyjaźni łączącej dwa brzegi kanału La Manche. Czy jeśli strony staną się konkurentami na arenie gospodarczej, jak obawiają się wieszczący „Singapur nad Tamizą”, czy nie przełoży się to na współpracę polityczną i w zakresie bezpieczeństwa? Czy zwiększone wydatki inwestycyjne (w tym na nową linię kolejową dużej prędkości łączącą Londyn z północną Anglią), które zapowiada Boris Johnson, zrównoważy ubytki w eksporcie, jakie mogą się powstać na skutek rozwodu? A może Zjednoczone Królestwo wyjdzie z całej awantury osłabione gospodarczo, a wtedy zwróci się ku siłom, które w ostatnich latach chętnie wchodziły tam, skąd wycofywał się Zachód – ku Rosji i Chinom?
Jedno jest pewne – wbrew Donaldowi Tuskowi, który jako przewodniczący Rady Europejskiej cytował słowa piosenki „Imagine” Johna Lennona, nie ma już co marzyć o tym, żeby odwrócić albo powstrzymać brexit. Szanse na to pogrzebały grudniowe wybory parlamentarne, wygrane przez konserwatystów silnym brexitowym przekazem. To poważna zmiana w przypadku partii, która za rządów Margaret Thatcher uważała, że Unia przysłuży się Zjednoczonemu Królestwu, wymusi większą konkurencyjność na rodzimych firmach. Co więcej, jak zauważył pod koniec zeszłego roku nestor torysów Michael Heseltine, kwestia brytyjskiego członkostwa w UE jest prawdopodobnie martwa przynajmniej na jedno pokolenie.
Do zobaczenia za 30 lat?