W Pentagonie i kierownictwie armii narasta chaos. W weekend wyciekł do mediów list gen. Williama Seely’ego z piechoty morskiej zaadresowany do ministra obrony Iraku, że Amerykanie się z tego kraju wycofają. Kilka chwil później szef amerykańskiego resortu obrony Mark Esper zdementował tę informację.
Reklama
Tymczasem wobec tego fermentu dowództwo nad kryzysem irańskim przejął, trochę samozwańczo, a trochę z niewypowiedzianej wprost woli prezydenta, szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo. Donald Trump zdaje się go uwielbiać i ufa mu, chociaż jest z gruntu osobą bardzo podejrzliwą. Pozycję Pompeo wzmacnia to, że przetrwał on wszystkie ostatnie zmiany kadrowe, m.in. w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, skąd odszedł główny irański jastrząb John Bolton, oraz permanentny kryzys przywództwa w Pentagonie.
Przypomnijmy: zanim Esper objął tekę konstytucyjnego ministra, przez prawie pół roku na tym stanowisku był wakat, co też mocno utrudniało polsko-amerykańskie negocjacje w sprawie zwiększenia kontyngentu nad Wisłą. Co więcej, Pompeo przetrwał skandal z Ukrainą. O jego roli w próbach szantażowania prezydenta Wołodymyra Zełenskiego DGP pisał od września, a sama afera doprowadziła do wszczęcia procedury impeachmentu przeciwko Trumpowi. Na zdrowy rozsądek głowie państwa mogłoby zależeć na utrąceniu sekretarza stanu, by odwrócić uwagę od siebie.
Teraz, gdy eskaluje napięcie na linii Waszyngton – Teheran, Pompeo nie tylko wszedł w rolę menedżera kryzysu, ale i głównodowodzącego w sprawach militarnych, bo jak na szefa dyplomacji posługuje się on wyjątkowo niedyplomatycznym i konfrontacyjnym językiem. W ostatnich dniach przypuścił blitzkrieg informacyjny na antenach telewizji. – Zdjęliśmy zbira z pola bitwy. Zniknęło ryzyko, że coś się stanie naszym siłom w regionie – perorował w programie „State of the Union” w CNN. – Poprzednie rządy pozwalały szyickim milicjom, by do nas strzelały, a sami nieudolnie ganialiśmy za facetami z kałasznikowami. Nadszedł czas na całkowicie inne podejście – dodał w wywiadzie dla ABC.
Ekipa Białego Domu robi pokerową minę. Kancelaria Prezydenta wydała oświadczenie, że Esper w sprawie irańskiej postępuje bezbłędnie, a chowa się w cieniu świadomie, poświęcając czas na strategiczne dyskusje. Nie jest to jednak tak, że Pompeo dopiero teraz skorzystał z szansy, jaką mu dał los, i po raz pierwszy wyszedł przed szereg. 18 czerwca zeszłego roku szef dyplomacji wybrał się na Florydę, żeby spotkać się z dowództwem Centcom, sztabu odpowiedzialnego za operacje na Bliskim Wschodzie, i podjąć z nimi temat Iranu i jego programu nuklearnego. Stało się to zupełnie poza protokołem i łańcuchem zarządzania w amerykańskim rządzie. Przepisy przewidują, że jeżeli sekretarz stanu chce się czegoś od wojska dowiedzieć, to zwraca się z prośbą o briefing do sekretarza obrony. Konstytucja stoi bowiem na straży cywilnej kontroli nad armią.
Sytuację z silną, chwilami pozakonstytucyjną pozycją Pompeo można wytłumaczyć osobowością Trumpa. W związku z tym, że prezydent ufa mu niemal bez granic, a z drugiej strony obawia się, że w Departamencie Stanu i Pentagonie czają się ludzie związani z ekipą Baracka Obamy, powierza mu ręczne sterowanie całą tą machiną. Nie jest to sytuacja wyjątkowa we współczesnej Ameryce. Nieznający dobrze Waszyngtonu George W. Bush też pozwolił swojemu zastępcy Dickowi Cheney’owi na nadzór nad kolejnymi obszarami polityki i kumulację władzy.