PiS z jednej strony chciałby mieć lokalne stowarzyszenia prawicowe w swojej orbicie, a z drugiej zostawić im sporą niezależność. Mam wrażenie, że panuje w nim przekonanie, że nie jest tylko partią, lecz ruchem społecznym – mówi Marcin Ślarzyński
Marcin Ślarzyński doktor nauk społecznych, Instytut Filozofii i Socjologii PAN fot. Materiały prasowe / DGP
Czy prawica w Polsce ma swoje społeczeństwo obywatelskie?
Sama definicja społeczeństwa obywatelskiego jest problematyczna i dyskusja na ten temat zapewne nigdy się nie skończy. Na potrzeby swoich badań określam je jako niezależną działalność, która nie koncentruje się na celach zarobkowych ani czysto politycznych zyskach. Polega na chęci zrobienia czegoś wspólnie, kosztem własnego czasu i pieniędzy. Chodzi przy tym o aktywność oddolną, odrębną od mobilizacji partyjnej. Używam terminu „prawicowe społeczeństwo obywatelskie”, bo chcę pokazać, że istnieje pewna sfera lokalnej działalności publicznej, związana z tematami innymi niż te, na których zazwyczaj skupiają się NGO-sy.
Reklama
Które interesują się takimi sprawami jak równe traktowanie, prawa człowieka czy ochrona mniejszości.
Magazyn DGP 13 grudnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Zgadza się. W Polsce istnieją liczne stowarzyszenia integrujące na szczeblu lokalnym środowiska konserwatywne. Zajmują się m.in. pielęgnowaniem polskiej pamięci i dziedzictwa oraz ochroną wartości chrześcijańskich. Biorą udział w dekomunizacji ulic w swoim mieście, organizują protesty przeciwko obecności pomników poradzieckich czy uroczystości upamiętniające żołnierza wyklętego, który zginął w okolicy. Organizacje te budują lokalną tożsamość i dają swoim członkom poczucie wzięcia odpowiedzialności za miasto, wspólne sprawy mieszkańców. Współpraca Prawa i Sprawiedliwości z prawicowymi stowarzyszeniami na poziomie lokalnym – choć do tej pory w badaniach poświęcono jej niewiele uwagi – z pewnością przyczyniła się w znacznej mierze do zwycięstwa tej partii w 2015 r. oraz w ostatnich wyborach.
Które organizacje odegrały na tym polu największą rolę?
Moje badania koncentrują się na klubach „Gazety Polskiej”, których dziś w całej Polsce działa ok. 400. W zasadzie są one obecne w każdym mieście powiatowym i skupiają wokół siebie nawet 400 tys. osób, licząc zarówno stałych działaczy, jak i sympatyków pojawiających się na spotkaniach nieregularnie. Do tego dochodzą np. rodziny Radia Maryja, które w przeciwieństwie do klubów „GP” mają głównie wiejski charakter. Wśród organizacji społeczeństwa obywatelskiego są również miasteczkowe kluby sportowe, przede wszystkim piłkarskie, które oprócz organizowania meczów często urządzają w niedziele rodzinne pikniki i festyny. Można do nich zaliczyć także ochotnicze straże pożarne, wciąż kojarzone głównie z PSL. OSP obok działalności ratowniczej prowadzą też działalność kulturalną. Mają np. swoje izby pamięci, współorganizują obchody ważnych świąt lokalnych i narodowych. W Polsce funkcjonuje obecnie ponad 16 tys. jednostek OSP, a zrzeszonych jest w nie ok. 700 tys. osób. PiS, dostrzegając, jak bardzo ważne na poziomie lokalnym są takie organizacje, od kilku lat stara się o nie dbać, dowartościować je.
Na przykład przekazując miliony z Funduszu Sprawiedliwości, którego głównym zdaniem jest finansowanie pomocy ofiarom przestępstw, na zakup sprzętu dla ochotniczych straży pożarnych.
Na pewno w PiS znacznie szybciej niż w innym partiach zrozumiano, że wspieranie pewnych inicjatyw lokalnych i wyciąganie ich na poziom ogólnopolski może być pomocne polityczne. Szczególnie w wyborach samorządowych znaczenie oddolnie działających stowarzyszeń jest ogromne. Polskie partie polityczne liczą bardzo mało członków. PiS ma ich zaledwie ok. 35 tys., co jest niczym w porównaniu np. z ugrupowaniami politycznymi w Turcji. Rządząca AKP prezydenta Erdoğana liczy prawie 10 mln członków. W Polsce lokalne organizacje prawicowe są o tyle ważne politycznie, że pomagają zapewnić odpowiednich kandydatów na przyszłych radnych, burmistrzów itd.
Czyli chodzi głównie o stały dopływ kadr?
Nie tylko. Wyjaśnię to na przykładzie klubów „Gazety Polskiej”. Osoby, które w nich działają, często są od dłuższego czasu bardzo aktywne w swojej społeczności i mają najlepszą wiedzę o tym, co się w niej dzieje ważnego – lepszą niż poseł z danego okręgu, który nie zawsze jest na miejscu, w swoim biurze. Regularnie biorą udział w posiedzeniach rady miasta, mogą wywierać wpływ na decyzje organów samorządowych, np. gdy zależy im na budowie nowego pomnika czy zmianie nazwy ulicy. Choć lokalne postacie żołnierzy wyklętych w wielu miejscowościach uroczyście upamiętniano już w latach 90., niezależnie od tego, kto akurat rządził, niewątpliwie to dzięki pracy klubów „GP” temat ten został nagłośniony i wniesiony na poziom ogólnopolski. PiS dostrzegł, jaki potencjał mają podobne inicjatywy, jeśli chodzi o mobilizowanie lokalnego środowiska konserwatywnego, dlatego umiejętnie je wchłonął i włączył postulaty tych organizacji do swojego programu.
Czy prawicowe stowarzyszenia, takie jak kluby „GP”, zawsze były wierne PiS?
Nie. W latach 2005-2007 niektórzy przewodniczący klubów byli związani np. z Ligą Polskich Rodzin. W latach 90., kiedy powstawały pierwsze takie stowarzyszenia, spora część sympatyków popierała np. Unię Polityki Realnej. Zwycięstwo SLD w wyborach w 1993 r. było dla wypchniętego z parlamentu środowiska prawicowego szokiem. Ale jednocześnie to moment, który ożywił działalność klubów. „Gazeta Polska” organizowała wtedy m.in. spotkania z politykami prawicy, co było formą przetrwania tego obozu w okresie rozsypki. Aktywność klubów zamarła po wygranej AWS: jedne zaczęły popierać rząd, inne np. ugrupowanie Jana Olszewskiego. Od 2005 r., kiedy redaktorem naczelnym „GP” został Tomasz Sakiewicz, starano się zmobilizować czytelników do zakładania organizacji, które integrowałyby środowiska prawicowo-patriotyczne na poziomie lokalnym. Jednocześnie nastąpiło wyraźne zbliżenie z PiS, choć jeszcze wtedy zdarzało się, że kluby zapraszały na organizowane przez siebie dyskusje polityków PO, którą postrzegano jako partię konserwatywną i antykomunistyczną.
Ale wkrótce się to zmieniło.
Tak. Kiedy w 2007 r. Platforma doszła do władzy, dominował już obraz tej partii jako skorumpowanej elity, która ma kosmopolityczne wyobrażenie o tym, czym powinna być Polska. Która uważa, że rozwój kraju musi być osiągany kosztem tradycji, tożsamości narodowej, czyli tego, co z punktu widzenia prawicowych środowisk jest najważniejsze. Od 2011 r. kluby „GP” w całej Polsce organizowały protesty i marsze przeciwko rządowi Platformy. Nierzadko gromadziły one wiele tysięcy ludzi.
Wcześniej była katastrofa smoleńska.
Między 2010 a 2012 r. powstała ponad połowa wszystkich obecnie działających klubów „GP”. Z rozmów z członkami tych organizacji wynika, że Smoleńsk był w ich życiu bardzo ważnym wydarzeniem. Postrzegali tę tragedię jako dowód, że w kraju dzieje się coś złego. Nie wszyscy przesądzali, czy doszło do zamachu czy nie, ale czuli, że to moment, kiedy muszą się zaangażować. U wielu takie myślenie szło w parze ze szczególną interpretacją polskiej historii, zgodnie z którą katastrofa smoleńska była kontynuacją zbrodni w Katyniu. Już przed wyborami prezydenckimi w 2011 r. konserwatywne organizacje zaczęły zakładać i wspierać lokalne komitety poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, wraz z miejscowymi strukturami PiS zbierały też podpisy pod jego kandydaturą czy pieniądze na tablice upamiętniające ofiary katastrofy. W dowodzie wdzięczności za mocne poparcie, jakiego udzieliły partii kluby „GP”, na zjazdach „Gazety Polskiej” co roku pojawiają się czołowi politycy Zjednoczonej Prawicy. Ostatnio był na nim m.in. premier Mateusz Morawiecki. Po zmianie władzy partnerami biznesowymi tych zjazdów zostały zresztą m.in. Azoty i inne spółki Skarbu Państwa. Niektórzy liderzy klubów zostali też wybrani w wyborach samorządowych i parlamentarnych z list PiS.
Dlaczego dziś kluby „GP” i im podobne organizacje są postrzegane jako przedłużenie PiS w terenie, a nie część społeczeństwa obywatelskiego.
Prawicowe stowarzyszenia i struktury partii Jarosława Kaczyńskiego od początku się przenikały. Zdarzały się sytuacje, gdy lokalny polityk PiS zakładał klub „Gazety Polskiej”, ale nie było ich wiele. To nie jest przypadek podobny do amerykańskiej Partii Herbacianej, której dzięki silnemu sprzężeniu z Partią Republikańską i finansowemu wsparciu braci Kochów udało się wprowadzić do Izby Reprezentantów całkiem sporą grupę kongresmenów. PiS z jednej strony chciałby mieć lokalne stowarzyszenia prawicowe w swojej orbicie, a z drugiej zostawić im jednak sporą niezależność działania. Mam wrażenie, że w Zjednoczonej Prawicy panuje przekonanie, że nie jest tylko partią, lecz ruchem społecznym, zaangażowanym w zmianę Polski, obejmującym różne organizacje i środowiska.
Próbuje się więc kopiować model, który na Węgrzech od prawie dekady zapewnia niekwestionowaną władzę Viktorowi Orbánowi? Po porażce w 2002 r. Orbán skoncentrował się na budowie tzw. kół obywatelskich, które mobilizowały lokalne elity prawicowe przeciwko ówczesnym rządzącym, co po kilku latach przełożyło się na kolejne zwycięstwa Fideszu w wyborach na wszystkich szczeblach.
Na pewno Węgry są postrzegane przez kluby „Gazety Polskiej”, a do pewnego stopnia także sam PiS, jako wzór do naśladowania. Członkowie klubów jeżdżą tam zresztą, aby wspólnie z kołami obywatelskimi świętować rocznicę wydarzeń z 1848 r. Polskie i węgierskie środowiska konserwatywne łączy poczucie podobnego losu, przekonanie, że wspólnie muszą walczyć o Europę narodów. Koła obywatelskie były jednak budowane przez Orbána znacznie bardziej świadomie i konsekwentnie.
Ruch popierający Fidesz bazuje głównie na klasie średniej – nauczycielach, prawnikach, lekarzach, przedsiębiorcach, duchownych. U nas istnieje stereotyp, że ludzie, którzy chodzą na miesięcznice smoleńskie czy walczą z pomnikami poradzieckimi, to przegrani transformacji. Ci, którym nie udało się załapać na owoce modernizacji i europeizacji Polski.
Taki stereotyp zaważył na braku zainteresowania lokalnymi organizacjami przez inne partie. Z punktu widzenia kapitału społecznego, żeby działać przez wiele lat, przetrwać bez stałego dofinansowania z zewnątrz, trzeba mieć dobre kompetencje organizacyjne, umieć poruszać się w miejscowym środowisku, być obrotnym. Działacze konserwatywnych organizacji to część elity lokalnej. Bardzo wielu członków klubów „GP” ma wykształcenie wyższe, wśród nich jest np. sporo nauczycieli. Przewodniczący i wiceprzewodniczący są najczęściej ludźmi po pięćdziesiątce. Dla wielu karnawał Solidarności był doświadczeniem pokoleniowym, formacyjnym. To nie oznacza, że wszyscy uczestniczyli w nim czynnie – choć jest dużo osób z bogatą kartą opozycyjną. Po 1989 r. niektórzy poszli w politykę, inni w ogóle nie angażowali się społecznie, ale znali się i w pewnym momencie uznali, że opłaca się im współpracować. Zwłaszcza że przychodziło im to naturalnie ze względu na wspólnotę ideową. W środowisku tym dominuje wyobrażenie, że PRL był okresem, kiedy Polska nie była niepodległa. Stąd jego bardzo mocno antykomunistyczne nastawienie i przekonanie, że Rosja stanowi dla naszego kraju zagrożenie nie tylko w kategoriach bezpieczeństwa, lecz także tożsamości narodowej.
Dwa lata temu rząd PiS powołał Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, agencję wykonawczą, która decyduje o przyznawaniu funduszy NGO-som. W uzasadnieniu projektu ustawy przekonywano, że dotychczas stowarzyszenia o profilu konserwatywnym, zajmujące się edukacją patriotyczną czy problematyką rodzinną miały ogromne trudności w dostępie finansowania, stąd potrzeba zmiany. Z drugiej strony wiele organizacji pozarządowych alarmowało, że jest to próba objęcia ich nadzorem politycznym.
Czy da się na poziomie centralnym ogarnąć wszystkie oddolne inicjatywy i stworzyć z tego machinę na potrzeby partyjne? W Polsce, inaczej niż na Węgrzech, wydaje mi się to bardzo trudne, choćby ze względu na duże zróżnicowanie prawicy. Jak wynika z badań, w środowiskach konserwatywnych istniało jednak poczucie, że jest im dużo trudniej pozyskiwać fundusze niż organizacjom liberalnym, że działają niezależnie, a tamci mają granty z UE. Ze środowisk pozarządowych dochodzą ostatnio głosy, że rzeczywiście jest teraz większy nacisk na wsparcie organizacji prawicowych. Ale jeszcze za wcześnie, aby to jednoznacznie ocenić. PiS zależało na tym, aby to prawicowe społeczeństwo obywatelskie było bardziej zinstytucjonalizowane, ale równocześnie nie chciałby, aby straciło ono swój oddolny charakter. Nie chodzi o to, aby nagle wszyscy liderzy klubów dostali posady w ministerstwach, bo warto mieć wokół siebie zaangażowane organizacje obywatelskie.
Od początku transformacji popularna była teza o słabości polskiego społeczeństwa obywatelskiego związanej z tym, że za PRL wszelkie niezależne inicjatywy na poziomie lokalnym były dławione przez system. A jak jest dziś?
Teza ta opierała się na porównaniach rejestrów organizacji społecznych i wyników badań ankietowych na temat zaangażowania w wolontariat w Polsce i w krajach Europy Zachodniej. Jeśli chodzi o wolontariat, nie było u nas tak źle. Natomiast jeśli chodzi o organizacje społeczne, problem polegał na tym, że cała masa różnego rodzaju aktywności wymykała się z oficjalnych rejestrów, takich jak KRS. Na przykład fala protestów społecznych, która przetoczyła się przez Polskę na początku lat 90. Moim zdaniem polskie społeczeństwo obywatelskie nie jest słabe. O czym świadczy choćby to, że rządząca partia polityczna zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest ono istotne. Gdyby tak nie było, PiS sam założyłby własne kluby obywatelskie i całkowicie je kontrolował. Wpływ organizacji pozarządowych na wybory polityczne ludzi jest jednym z wyznaczników tego, czy społeczeństwo obywatelskie jest silne czy nie. Nieważne, czy prawicowe, czy liberalne. U nas wciąż się ono kształtuje, szuka swojego miejsca w relacji do państwa.
W PiS szybciej niż w innych partiach zrozumiano, że wspieranie pewnych inicjatyw lokalnych i wyciąganie ich na poziom ogólnopolski może być pomocne politycznie