Bernie Sanders ogłosił, że jako prezydent zalegalizuje dostęp do konopi.
Reklama
Znany z lewicowych poglądów Bernie Sanders zapowiedział, że legalizacja nastąpi w ciągu stu dni po zaprzysiężeniu w drodze tzw. executive order, czyli nakazu wykonawczego. Żeby przepis stał się permanentny, Sanders musiałby przeforsować specjalną ustawę przez obie izby Kongresu. Ale demokratyczny kandydat chce też konkretnych regulacji rynku marihuany i proponuje, żeby zyski szły na pomoc osobom uzależnionym oraz inne cele społeczne wśród mniejszości etnicznych, których poziom życia jest poniżej amerykańskiej średniej.
Ameryka krok po kroku i tak legalizuje marihuanę. Rok temu Missouri i Utah przegłosowały jej legalizację na potrzeby medyczne (jako 31. i 32. stan), a Michigan odtąd będzie zezwalać na używanie przetworów z konopi w celach rekreacyjnych (jako 10. stan w Unii). Utah jest w większości zamieszkane przez członków Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, czyli mormonów. Ta wspólnota religijna surowo zakazuje spożywania jakichkolwiek używek, dlatego dalej zakazane będzie domowe uprawianie marihuany i obrót nasionami. W Missouri przed wpisaniem pytania o legalizację na kartę do głosowania osiągnięto w negocjacjach wartościowy kompromis. Wszystkie podatki pochodzące ze sprzedaży produktów pochodzących z konopi pójdą na opiekę zdrowotną amerykańskich weteranów.
– Liberalne stany Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża już jakiś czas temu skończyły z prohibicją. Decyzja Michigan oznacza, że duch zmiany jest w całej Ameryce. Skoro starsi, konserwatywni wyborcy są za, to znaczy, że władze federalne będą musiały zareagować i zmienić przepisy na poziomie całego kraju – dowodziła Maria McFarland Sánchez-Moreno, szefowa organizacji Drug Policy Alliance.
Amerykański problem z narkotykami sprowadza się głównie do kwestii penalizacji i podwójnych standardów. Ludzie odsiadujący wyroki za posiadanie substancji psychoaktywnych na własny użytek stanowią przeważającą większość osadzonych w zakładach karnych. Jednocześnie USA grzęzną w epidemii uzależnienia od opioidów. Zwolennicy legalizacji marihuany są zdania, że po dopuszczeniu substancji do obrotu system penitencjarny zostanie odciążony. Przeciwnicy są zdania, że rozrośnie się tylko rynek produkcji i handlu konopiami, a państwo wkrótce straci nad nim kontrolę.
Donald Trump od dnia zaprzysiężenia prowadzi otwartą wojnę z ewentualną legalizacją marihuany na poziomie federalnym. Niektóre amerykańskie media wyrażały jeszcze niedawno zdanie – nawet przy okazji ostatnich wyborów do Kongresu, którym towarzyszyły wspomniane referenda – że może on zatrzymać falę legalizacji albo nawet odwrócić trend. Prezydent zmienił swoje stanowisko z okresu kampanii, kiedy unikał jednoznacznego potępienia tej substancji i oddawał głos w tej sprawie władzom stanowym. Do zaostrzenia poglądów mógł nakłonić Trumpa ultrakonserwatywny wiceprezydent Mike Pence, który jako gubernator Indiany walczył z marihuaną, powołując się na zasady moralne.
Według Instytutu Gallupa w 2018 r. aż 66 proc. Amerykanów popierało propozycję legalizacji marihuany, podczas gdy w 2000 r. było to 31 proc. W 2015 r., gdy Sąd Najwyższy legalizował małżeństwa osób tej samej płci, opowiadało się za tym 56 proc. obywateli.
Najczęstszym wskazaniem do medycznego zastosowania marihuany jest przewlekły ból. O wynikach testów napisał w lutym magazyn „Health Affairs”. Badania przeprowadzone przez wydział medyczny University of Michigan skupiały się na przyczynach, z powodu których ludzie sięgają po wyciąg z konopi. Naukowcy brali pod uwagę dane tylko z tych stanów, gdzie stosowanie marihuany było dotąd legalne.