W skład komisji obwodowych wchodzą przedstawiciele wszystkich partii biorących udział w wyborach. Po co? By patrzeć sobie nawzajem na ręce. Trudno przecież założyć, że ci, którzy na co dzień zwalczają się na śmierć i życie, nagle się skrzykną, by sfałszować wybory.
Reklama
Magazyn DGP 25.10.19. / Dziennik Gazeta Prawna
Protesty wyborcze PiS i KO w sprawie wyborów do Senatu powinny nas niepokoić?
Instytucja protestów wyborczych jest znana w polskim prawie od stu lat. Pojawiła się w dekrecie z dnia 28 listopada 1918 r. Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego, według której odbyły się wybory 26 styczna 1919 r. Wyniki głosowania kwestionowano nawet w Polsce szlacheckiej. Posłowie wybrani na sejmikach ziemskich zjeżdżali się na posiedzenie izby poselskiej do Warszawy i niektórzy mogli tam spotkać się z zarzutem, że wybrano ich nieprawidłowo. Odbywało się to niejednokrotnie w atmosferze pomówień i wrzasków, a czasem kończyło rugowaniem, czyli usunięciem z izby poselskiej. Bywało nawet tak, że z tego samego sejmiku wyłaniano dwa komplety posłów! Bo część szlachty wybrała np. trzech, inna część ich nie akceptowała, zbierała się i wskazywała swoją trójkę. Wówczas do Warszawy zjeżdżały dwa komplety posłów i Sejm musiał rozstrzygnąć, kto został wybrany prawidłowo. Mamy więc długie tradycje protestów wyborczych. Trochę inaczej było w czasach PRL, gdy sam Sejm stwierdzał ważność wyborów. Podobnie było w przypadku wyborów do Sejmu kontraktowego w 1989 r. Do udziału sądów w zakresie stwierdzania ważności wyborów do Sejmu i Senatu powrócono na początku lat 90. ubiegłego wieku. Zgodnie z konstytucją o ważności tych wyborów rozstrzyga Sąd Najwyższy.
Także w sytuacji, gdy nie ma żadnego protestu wyborczego?
Dokładnie! Protesty nie są tu do niczego potrzebne. SN podejmuje decyzję na podstawie dwóch dokumentów. Pierwszy to sprawozdanie PKW z przebiegu wyborów. Dokument ten planujemy przyjąć w najbliższy poniedziałek. Drugi to stanowisko prokuratora generalnego, który przedstawia SN relację na temat przestępstw przeciwko wyborom czy o charakterze kryminalnym w związku z wyborami.
Jak dotąd wpłynęło kilkadziesiąt protestów wyborczych.
Najwięcej było w 1995 r., bo ponad pół miliona. Chodziło o wybory prezydenckie, w których Lech Wałęsa konkurował w drugiej turze z Aleksandrem Kwaśniewskim. Na obwieszczeniu wyborczym podano, że pan Wałęsa ma wykształcenie „zasadnicze”, a pan Kwaśniewski „wyższe”. Okazało się jednak, że ten drugi ma wykształcenie średnie. I tego dotyczyły protesty wyborcze, z którymi musiał się zmierzyć SN. Niewielką większością głosów, przy kilku zdaniach odrębnych, sąd uznał ważność tych wyborów. Z perspektywy lat uważam, że była to błędna decyzja, a drugą turę należało unieważnić. I przeprowadzić ją ponownie, wcześniej publikując obwieszczenie o kandydatach z prawdziwymi danymi o ich wykształceniu. Niech suweren rozstrzygnie, czy nieprawdziwa informacja zdecydowała o wyborze, a w konsekwencji czy kłamstwo popłaca.
Może sędziom zabrakło wówczas odwagi, by unieważnić wybory prezydenckie?
Dotykamy tu trudnego problemu, jak daleko może ingerować władza sądownicza w wolę narodu wyrażoną w wyborach. Proszę spojrzeć na wybory prezydenckie w USA Bush kontra Gore w 2000 r. i to, co się działo podczas przeliczania głosów w stanie Floryda. Głosy oddane w poszczególnych hrabstwach tego stanu ponownie przeliczano na wniosek sztabów kandydatów. W końcu przerwano to decyzją Sądu Najwyższego USA. Decyzja ta do dziś jest najbardziej krytykowanym rozstrzygnięciem amerykańskiego SN w historii. Zapadła ona większością pięć do czterech. Pięciu sędziów głosujących za przerwaniem liczenia pochodziło z nominacji republikańskich prezydentów USA, a czterech sędziów, którzy byli odmiennego zdania, pochodziło z nominacji prezydentów wywodzących się z partii demokratycznej. Decyzja SN ostatecznie dała prezydenturę republikaninowi Bushowi.
Wracając na nasze podwórko – w proteście wyborczym dotyczącym okręgu nr 2 podniesiono kwestię znaku graficznego komitetu SLD, który w nieuprawniony sposób znalazł się przy kandydacie innego komitetu o nazwie „Polska Lewica”. To mogło zaważyć na wyniku?
W wyborach do Senatu głosuje się na nazwisko. Nazwisko jest opatrzone informacją, jaki komitet popiera tę kandydaturę. Logo jest dodatkiem, wprowadza się je wyłącznie na żądanie komitetu wyborczego. PKW i żaden organ wyborczy nie ingerują w wygląd tego znaku. My tylko badamy, czy nie przekracza on dopuszczalnej powierzchni. Przy nazwisku z lewej strony jest kratka, w której należy postawić znak „x”. Wyborca jest inteligentny i nie będzie zakreślał np. loga komitetu, które znajduje się z prawej strony karty. Wiem, że pojawiły się wątpliwości, czy nasze karty do głosowania i instrukcje na nich zamieszczone nie są zbyt skomplikowane. Robiliśmy szerokie konsultacje, rozmawialiśmy z językoznawcami, chyba nie da się zrobić tego prościej. Jak mówiłem na jednej z konferencji, nawet przedszkolaki to rozumieją! Kiedyś zorganizowałem swoisty eksperyment dla dwu grup przedszkolaków umiejących czytać, kiedy akurat przechadzały się po Ogrodzie Saskim z wychowawczynią. Rozdałem im kartki, na których były napisy: lis, wilk, jeleń i dzik. Z lewej strony przy każdym z tych napisów narysowałem kratki. Dzieci miały za zadanie wybrać zwierzę, które ma być królem lasu. Wyjaśniłem, jak głosować i rozdałem ołówki. Praktycznie 100 proc. głosów było ważnych. Tylko jedno dziecko oddało głos nieważny, bo postawiło dwa „iksy”, nie umiejąc się zdecydować, czy ma rządzić lis czy wilk. Nie przyjmuję więc argumentacji, że dorośli wyborcy głosują na logo.
Nawiązuje pan do problemu z logo Koalicji Obywatelskiej, które miało formę kwadratu i mogło zmylić niektórych wyborców. A nam chodzi o sprawę przypisania znaku graficznego komitetowi, który nawet żadnego logo do PKW nie zgłaszał.
Tu doszło do błędu drukarni i właściwej okręgowej komisji wyborczej. To ewidentne naruszenie przepisu prawa wyborczego. Trzeba zatem w proteście wykazać, że uchybienie okręgowej komisji wyborczej dotyczące druku karty do głosowania mogło w stopniu istotnym wypaczyć wyniki głosowania w tym okręgu.
A pana zdaniem mogło wypaczyć?
Teraz się nie wypowiem, zrobi to PKW w swoim stanowisku, gdy otrzyma z SN protest. Najbliższe posiedzenia PKW, na których będziemy się odnosić do zarzutów z nadsyłanych przez SN protestów, wyznaczyłem na 24 i 28 października.
Jakie wnioski z całej sytuacji powinna wyciągnąć PKW?
Sęk w tym, że kwestia decyzji co do druku kart wyborczych nie należy do PKW. My nie mamy nad tym kontroli. PKW uchwaliła bardzo precyzyjne zasady dla okręgowych komisji wyborczych w sprawie druku kart wyborczych i kontroli tego procesu. W omawianym wypadku okręgowa komisja nie zastosowała się do naszych wytycznych. Powtórzę: sytuacja w okręgu nr 2 to efekt nieprzestrzegania jasnych procedur.
W 2014 r., gdy wybuchła awantura wokół tego, że PKW długo nie podawała wyników wyborów samorządowych, nikt nie wnikał, na którym szczeblu doszło do zaniechań. W poczuciu odpowiedzialności cały skład komisji podał się do dymisji.
Problem tamtej PKW polegał na tym, że nastąpił kryzys z powodu wielokrotnego przekładania momentu ogłoszenia wyników wyborów do sejmików wojewódzkich. Niestety stało się tak z powodu niesprawności systemu informatycznego przyjętego przez PKW. Dziennikarze czekali w sali konferencyjnej, a wyniki nie spływały. W tym roku wyniki wyborów zostały ogłoszone już o godzinie 20.00 w poniedziałek, czyli niecałą dobę po zamknięciu lokali wyborczych. To najszybciej w ostatnim trzydziestoleciu. Jeśli komisja obwodowa naruszy prawo wyborcze, to za naruszenie to odpowiadają konkretni jej członkowie. Było łącznie 27 415 komisji, w których w dniu wyborów pracowało 234 445 obywateli. Odpowiedzialność zawsze jest związana z konkretnym działaniem lub zaniechaniem. Oczywiście gdybyśmy otrzymali wcześniej jakikolwiek sygnał o błędzie na karcie w okręgu nr 2, to w trybie nadzoru podjęlibyśmy interwencję. A tu żadnego sygnału nie było – było to wyjątkowe gapiostwo okręgowej komisji wyborczej. Organy wyborcze przeprowadzą w tej sprawie stosowne postępowanie wyjaśniające.
Na ile procent ocenia pan szansę na to, że dojdzie do powtórzenia wyborów w okręgu senackim nr 2? 50 proc.? 90 proc.?
Na pół procenta.
Poważnie?
Głosuje się na nazwisko, a poza tym w nazwie komitetu, który tego kandydata popierał, żadnego błędu nie było. Obywatele dokładnie zatem wiedzieli, kogo wybierają. W 2005 r. SN unieważnił wybory do Senatu w okręgu częstochowskim. Na marginesie, jak słyszałem – dyrektor tamtejszej delegatury KBW na wieść o tym dostał zawału serca, a potem zmarł. W tamtej sprawie na karcie do głosowania popełniono inny błąd. Było imię i nazwisko kandydata do Senatu, ale nie wskazano, jaki komitet go popiera. To dopiero było gapiostwo! Można dyskutować, czy miało to wpływ na wynik wyborów, ale SN przyjął, że tak. Wybory powtórzono i wygrało tych samych dwóch kandydatów co wcześniej, bo był to wówczas okręg dwumandatowy. Widać więc, że ludzie głosowali wcześniej zupełnie świadomie.
A co z protestami Prawa i Sprawiedliwości, które chce, aby jeszcze raz przeliczyć głosy tam, gdzie różnica między kandydatami była nieznaczna?
Tu są dwie szkoły. Ta pierwsza jest mi bliższa, bo świadczy o poziomie państwa – to szkoła przedwojenna. W jej duchu wypowiadał się też w niektórych orzeczeniach SN w latach 90. Zgodnie z tą szkołą istotne znaczenie ma fakt, że w skład komisji obwodowych wchodzą przedstawiciele wszystkich partii biorących udział w wyborach. Po co? Aby patrzeć sobie nawzajem na ręce. Trudno przecież założyć, że ci, którzy na co dzień zwalczają się na śmierć i życie, nagle się skrzykną, by sfałszować wybory. Bo na czyją rzecz? Mamy też zasadę, wprowadzoną w 1989 r. przy wyborach kontraktowych, gdy strona solidarnościowa się obawiała, że strona rządowa może sfałszować wybory, że komisja obwodowa niezwłocznie po zakończeniu liczenia upublicznia wyniki, wywiesza protokół. Wszystko po to, by na dalszych etapach nie dochodziło do manipulacji, wszelkie zmiany były od razu widoczne, a ewentualne poprawki wdrażano w pełni transparentnie. Tak więc zgodnie z tą szkołą, jeśli członkowie komisji lub mężowie zaufania nie zgłosili żadnych zastrzeżeń do prac komisji w protokole – a jest tam na to odpowiednie miejsce – nie ma podstawy do podważania wyniku wyborów w danym obwodzie. Krótko, jasno i węzłowato. Tak postąpił świętej pamięci sędzia SN Janusz Łętowski, gdy jedna z partii w obwodzie, w której byłem przewodniczącym okręgowej komisji wyborczej, dostała zero głosów. Wyborca napisał w proteście, że on, jego żona i syn są jej członkami i oddali na nią głosy. Tymczasem w protokole komisji widniało „zero”. Protest został oddalony, a w uzasadnieniu podkreślono, że to ugrupowanie miało w komisji wyborczej swojego reprezentanta i męża zaufania. Skoro oni nie zgłosili nieprawidłowości, to nie ma podstaw do sprawdzania i ponownego przeliczania kart.
A ta druga szkoła?
Dotyczy rozpatrywania protestów w wyborach do rad gmin. Zdarzało się, że sąd okręgowy, który orzeka w tych sprawach, zwracał się do sądu rejonowego właściwego dla siedziby komisji o ponowne przeliczenie głosów. Na posiedzenie sądu wzywano członków komisji, którzy pobierali zdeponowane w gminie dokumenty z wyborów, łącznie z kartami do głosowania. Na posiedzeniu pod nadzorem sędziego otwierali te pakiety i ponownie liczyli karty i głosy. Wynik był wpisywany do protokołu z posiedzenia i przesyłany do sądu okręgowego. Ten na podstawie protokołu oceniał zasadność protestu. Gdyby pójść tą drogą w obecnej sytuacji, to wszystkie te czynności trzeba by przeprowadzić dla trzystu czy czterystu obwodów, bo tyle ich jest w okręgu senackim. Co będzie rzutowało na bieżącą pracę sądów. To wielka operacja logistyczna, która zapewne zajęłaby wszystkie sądy rejonowe w okręgu wyborczym. Na dodatek będzie musiała być prowadzona szybko, bo SN musi zdecydować o ważności wyborów nie później niż w 90. dniu po głosowaniu. Poza tym warto zwrócić uwagę, że autor protestu pośrednio kwestionuje prawidłowość działania członków komisji, których jego ugrupowanie zgłosiło do tych komisji.
To jakie jest pana zdanie w sprawach protestów, które dotyczą jedynie ponownego przeliczenia głosów?
Jestem za przedwojenną linią orzeczniczą. Skoro nie ma zastrzeżeń w protokołach komisji obwodowych co do przebiegu liczenia, to uważam, że nie ma podstawy ponownie liczyć głosów. Chyba że okazałoby się, iż w protokole były uwagi członków komisji czy zastrzeżenia męża zaufania co do prawidłowości zaliczania głosów jako ważnych. Wtedy ewentualnie można sprawdzać głosy, choć osobno należy również ustalić, jaki wpływ na wynik wyborów miały stwierdzone wady.
Czyli w grę wchodzi ponowne przeliczanie głosów, a niekoniecznie ponowne wybory?
Tak.
Obecnie wszystko jest w rękach Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN. Opozycja podnosi, że nie powinna ona rozpatrywać protestów, kieruje je nawet nie do izby, a do I prezes SN. Czy podziela pan te wątpliwości?
Konstytucja mówi, że o ważności wyborów rozstrzyga Sąd Najwyższy, ale nie precyzuje, która izba ma to robić. To jest kwestia woli ustawodawcy. Przez lata protesty wyborcze rozpatrywała Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych. W 2017 r. ustawodawca miał prawo przenieść tę kategorię spraw do innej. Skoro w ustawie zasadniczej nie wskazano izby, to ustawa o SN jest w tej części zgodna z konstytucją. Składający protest może mieć takie życzenie, żeby rozpatrzyła go inna izba, ale SN działa w granicach ustawy.
W tle tych zastrzeżeń mamy generalny spór o zmiany w SN i KRS.
Jeśli chodzi o kształt SN i KRS, to dyskusja trwa od trzech lat. Zdania są podzielone, są sprawy w TSUE. Nie chciałbym wychodzić przed szereg w tym sporze prawnym. Natomiast kodeks wyborczy rozstrzyga kwestię procedury i tego należy się trzymać.
Jak będzie wyglądała procedura rozpoznawania protestów?
Protesty są opiniowane w składach trzyosobowych Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Po pierwszych opiniach, wydawanych w podobnych sprawach, będzie już pewien materiał do oceny kierunku, w jakim skłania się SN. W oparciu o te opinie, a także sprawozdanie z wyborów przedstawione przez PKW oraz stanowisko prokuratora generalnego izba w pełnym składzie podejmie uchwałę o ważności wyborów.
Niektórzy obawiają się, że przy ponownym przeliczaniu głosów może dojść do dostawiania krzyżyków i unieważniania głosów…
Dlatego, żeby takich obaw nie było, opowiadam się za przedwojenną linią orzeczniczą. Gdyby doszło do ponownego przeliczenia głosów, to przy cechującej nas, Polaków, podejrzliwości i braku zaufania do każdej władzy – także sądowniczej – nieuchronnie pojawią się takie podejrzenia. Nawet jeśli cała procedura będzie prowadzona pod nadzorem sądu i bardzo transparentnie.
A na ile nasz system jest odporny na masowe fałszerstwa wyborcze?
Znam różne systemy i uważam, że spośród nich nasz jest najbardziej odporny. To należy mocno podkreślić. Tylu różnorodnych zabezpieczeń przed działaniami sprzecznymi z prawem wyborczym, jakie mamy my, nie ma w żadnym innym kraju.
Na czym polega ta nasza wyjątkowość?
Wymienię te podstawowe. Mamy kilkukrotną weryfikację tych samych danych wyborczych na różnych poziomach – od obwodowych komisji wyborczych, poprzez okręgowe komisje wyborcze i wreszcie PKW. Ważnym elementem jest ostateczne oparcie wyników na protokołach papierowych, których skany są zamieszczane na stronach internetowych organów wyborczych. Mamy pełną transparentność od rozpoczęcia głosowania aż do zakończenia liczenia głosów, m.in. związaną z udziałem mężów zaufania, obserwatorów międzynarodowych czy organizacji społecznych. W komisjach obwodowych mamy przedstawicieli wszystkich partii, którzy patrzą sobie na ręce, robią zdjęcia, także wtedy, gdy liczą głosy. Mamy wreszcie wprowadzony w 1989 r. obowiązek niezwłocznego wywieszania protokołów głosowania. Staraliśmy się też zabezpieczyć systemy informatyczne, które zawiodły w 2014 r., na różne nieoczekiwane zdarzenia. Dmuchając na zimne, podjęliśmy np. decyzję o wyposażeniu komisji obwodowych w niezależne urządzenia nagrywające. Zakupiono 27 tys. pendrive’ów dla obwodowych komisji, aby wgrać protokoły, gdyby się okazało, że jest problem z internetem. Nie wierzę w możliwość sfałszowania w Polsce wyników wyborów parlamentarnych. Musiałoby w tym uczestniczyć kilkaset tysięcy ludzi. A przeprowadzenie operacji na tak wielką skalę w Polsce w tajemnicy jest niemożliwe. Dlatego uważam, że mamy najbezpieczniejszy system na świecie.
A gdy w 2020 r. zmieni się skład PKW i większość komisji wybiorą politycy, nadal będzie tak pan uważał?
Tak. Bo to system, który opiera się na zaufaniu do konkretnego człowieka i jego obywatelskiej odpowiedzialności. Trzeba by było podważyć zaufanie do kilkuset tysięcy ludzi, którzy pracują przy każdych wyborach w obwodowych komisjach wyborczych – mężów zaufania, obserwatorów itd. Od lipca 1991 r. w skład PKW wchodzi dziewięciu sędziów – po trzech z Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i SN. Powoływani są na dziewięcioletnie kadencje. Ustrój PKW był przez lata wysoko oceniany przez obserwatorów zagranicznych. ©℗