Gdy Marian Banaś zostawał w listopadzie 2015 r. wiceministrem finansów i szefem Służby Celnej, musiał wypełnić ankietę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To warunek konieczny, aby uzyskać dostęp do najważniejszych tajemnic państwowych, co na jego stanowisku jest niezbędne. ABW bada cały majątek, wszystkie umowy zakupu i sprzedaży nieruchomości, pożyczki, kredyty. Pod lupę trafia całe życie przyszłego urzędnika. Dlatego twierdzenie, że służby potraktowały Banasia w sposób ulgowy, to wyraz wyjątkowej naiwności. Tym bardziej że przed objęciem stanowiska wiceministra finansów w 2005 r. musiał też trafić do „wirówki” służb.
Wszyscy moi rozmówcy, zarówno z kręgów politycznych i rządowych, jak i ze świata służb, zwracają uwagę, że w przypadku prezesa NIK w grę wchodzi raczej to, że ankieta ABW została zignorowana. Banaś miał wielkie polityczne zadanie zreformowania fiskusa i zbudowania Krajowej Administracji Skarbowej. Udało się. W listopadzie analizę przedkontrolną rozpoczęło CBA, później przeszła ona w kontrolę, i to przedłużoną o trzy miesiące. Dzisiaj wiemy, że kontrolerzy CBA mają zastrzeżenia. Cała sprawa w przestrzeni publicznej kompromituje służby. Wszyscy sobie zadają pytanie, jak w świetle obecnej wiedzy o krakowskiej kamienicy czy innych składników majątku możliwe było, że Banaś został szefem KAS, ministrem finansów i prezesem NIK.
Służby wydają się być idealnym chłopcem do bicia, ale wielką naiwnością byłoby sądzić, że funkcjonariusze były nieudolni i nie zauważyli pojawiających się w przestrzeni publicznej kontrowersji. Problem jest taki, że ostrzeżenia zostały z jakiegoś powodu zignorowane. Moi informatorzy wskazują, że przy kontroli CBA pojawiły się ostrzeżenia, że może nie jest to najlepsza kandydatura na ministra finansów, a powołanie dostał na początku czerwca. Drugi raz sprawę oświadczeń majątkowych zignorowano przy powoływaniu na prezesa NIK, chociaż w PiS była pełna świadomość, że kontrolę CBA przedłużono. Taki ruch zaś nie jest standardowy, jeśli w papierach wszystko się zgadza. Warto też zwrócić uwagę, że CBA nie dzieli się zbyt chętnie informacjami o tym, kogo kontroluje, a w przypadku Mariana Banasia dziennikarze nie mieli większych kłopotów, żeby się dowiedzieć.