- Można się zastanawiać nad różnymi modelami podwyżki płacy minimalnej, ale zawiłych wzorów nikt by nie zrozumiał. Rozwój gospodarki musi służyć ludziom i chcemy to zrozumiale komunikować - mówi Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.
Reklama
Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju fot. Wojtek Górski / DGP
Czy tak duża podwyżka płacy minimalnej, jaką planuje PiS, nie zaszkodzi inwestycjom i rozwojowi?
Po pierwsze, w Polsce udział płac w PKB jest niski i wynosi ok. 48 proc. Jest zatem mniej więcej o 8 pkt proc. niższy niż w krajach zachodnich. I ten dystans w ostatnich kilkunastu latach nie malał, a wprost przeciwnie. Można więc powiedzieć, że nasi obywatele ciągle w zbyt małym stopniu korzystają z tego, co dobrego dzieje się w gospodarce. Po drugie, to rozwiązanie nie jest takie nowe. Dyskutowało się o nim od lat, choć budziło gorące spory wśród ekonomistów. W latach 1996 i 1997 płaca minimalna rosła o ponad 25 proc., a w 1999 r. nawet o 35 proc. Także w latach 2008 i 2009 rosła w wyższym tempie niż obecna propozycja, a w 2008 r. nawet o ponad 20 proc. Po trzecie, wzrost wynagrodzeń będzie dodatkowym bodźcem do inwestycji, szczególnie w obszarze automatyzacji i robotyzacji, a to z kolei będzie prowadziło do wzrostu produktywności w gospodarce.
W rozwiniętych gospodarkach, np. niemieckiej, wyższa płaca minimalna pozytywnie działała na gospodarkę. Poza tym, jeśli zakładamy płacę minimalną 2600 zł, to na rękę wynosi ona ponad 1800 zł. Czy to dużo? Czy państwo tyle zarabiacie? A dominujące w polskiej gospodarce wynagrodzenie jest na zbliżonym poziomie do tej proponowanej na przyszły rok wysokości płacy minimalnej.
Ale cały cykl podwyżek jest stromy. Do 2024 r. płaca wzrośnie o blisko 80 proc. Relacja płacy minimalnej do przeciętnej będzie rosła bardzo szybko.
Z makroekonomiczne go punktu widzenia czas do wprowadzenia takiego rozwią zania jest najlepszy. Popyt na pracę silnie rośnie, podobnie wynagrodzenia, przeciętnie o 7–8 proc. rocznie, ale to średnia w całej gospodarce. W sferze publicznej wzrosty były niskie, ale w przedsiębiorstwach w niektórych branżach były dwucyfrowe. Więc ten wzrost płacy minimalnej będzie faktycznie znaczący w przyszłym roku, ale w kolejnych latach niewiele będzie się różnił od reszty płac. Proszę pamiętać, że nie dotyczy on wszystkich pracowników. Na 16 mln zatrudnionych jest adresowany do nieco ponad 10 proc. pracujących, tych najsłabiej zarabiających, czyli ok. 1,5 mln osób, dlatego efekt dla gospodarki nie będzie taki silny.
Celem rządu jest właśnie to, by przez wzrost minimalnego wynagrodzenia uruchomić mechanizm wzrostu wszystkich płac, by wspomniany przez pana udział płac w PKB się zwiększył?
Mamy przykłady wysokich wzrostów płac w regionie np. na Węgrzech czy w Rumunii, gdzie silnie podniesiono wynagrodzenia w sferze publicznej, również płacę minimalną, i gospodarka tamtych krajów wcale z tego powodu nie ucierpiała. Zwracam także uwagę, że w tym samym czasie wprowadzone zostaną zmiany korzystne dla najmniejszych firm, np. ZUS liczony w ich przypadku od dochodu, a nie jak jest obecnie od przychodu. W mediach pojawiły się obawy, że nie będą w stanie sfinansować podwyżki płacy minimalnej. Takie rozwiązania mają im pomóc.
Taka podwyżka nie uderzy w firmy?
Dla średnich i dużych firm ta podwyżka nie będzie miała znaczącego wpływu. Takie firmy płacą lepiej. A dla tych najmniejszych będzie obniżony ZUS. Jeśli chcemy, by każdego w Polsce było stać na przyzwoite życie, to te osoby mniej zarabiające muszą mieć godne wynagrodzenia. Dotychczasowe ruchy związane z podwyżką minimalnego wynagrodzenia czy wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej przyniosły pozytywne skutki i dla gospodarki, i dla pracowników.
A nie byłoby bezpieczniej zamiast podwyżki kwotowej wprowadzić mechanizm powiązania wzrostu płacy minimalnej z przeciętnym wynagrodzeniem, np. na poziomie 50 proc. To odwieczny postulat związków, teraz wpisany do programu PO.
Można się zastanawiać nad różnymi modelami podwyżki, ale społeczeństwo nie bardzo takie skomplikowane wzory rozumie. Rząd pracuje dla ludzi, a rozwój gospodarki też musi im służyć i chcemy to komunikować w sposób zrozumiały dla ludzi. Gdyby zrobić to przez jakieś zawiłe wzory, uzależnić od wzrostu inflacji i może jeszcze powiązać z poziomem PKB w regionie, to nikt by tego nie zrozumiał, każdy by pytał, o co rządowi chodzi.
Warto jest narażać gospodarkę, by ludzie zrozumieli prosty przekaz?
Jesteśmy przyzwyczajeni do twierdzeń, że nie ma pieniędzy i nie było, że nie stać nas na to ani na tamto. Podobnie było, gdy zaczynaliśmy rządy, zwłaszcza wobec programu „Rodzina 500 plus”. I wtedy, i teraz liczyliśmy skutki. Jak pokazuje przykład 500 plus, takie pieniądze napędzają gospodarkę, a w części będą wracać do budżetu przez składki i podatki. W momencie gdy mówimy o możliwym spowolnieniu gospodarczym – a nie jesteśmy odizolowani od świata, widzimy, co dzieje się np. w Niemczech – może to być instrument sprawiający, by skutki spowolnienia były dla nas jak najmniej dotkliwe. Naprawdę, nie ma lepszej sytuacji na wprowadzenie takiego instrumentu jak teraz, kiedy mamy rynek pracownika, wzrost gospodarczy, rosnące inwestycje, które – mamy nadzieję – niosą ze sobą większą innowacyjność i automatyzację.
To oznacza z kolei więcej dobrze płatnych miejsc pracy dla wysoko kwalifikowanych pracowników i pewnie mniej dla tych nisko kwalifikowanych. Co z nimi, jeśli ich praca staje się droższa?
Będą potrzebowały podniesienia kwalifikacji lub nabycia zupełnie nowych. Ten ruch z płacą będzie na to wpływał. Jedną z naszych bolączek jest niższa od unijnej średniej liczba osób biorących udział w kształceniu ustawicznym. W UE to przeciętnie 10 proc., a u nas poniżej 5 proc. To nasza słabość, niedostosowanie sporej części pracowników do potrzeb rynku pracy.
Zostańmy w kręgu obietnic PiS i porozmawiajmy chwilę o pomyśle wydzielenia nowego województwa warszawskiego. Po co to robić, skoro dokonano już podziału statystycznego, który zagwarantował strumieniowanie eurofunduszy?
Celem tego podziału nie jest jedynie otrzymanie większych eurofunduszy. Bardziej nam zależy na prowadzeniu procesów rozwojowych. One są ewidentnie inne w aglomeracji warszawskiej rozumianej jako Warszawa i dziewięć otaczających powiatów, a inaczej w tym „obwarzanku” mazowieckim. Tu występują olbrzymie dysproporcje rozwojowe. PKB na mieszkańca w aglomeracji warszawskiej wynosi około 160 proc. średniej unijnej, a w obwarzanku – 59 proc.
Według urzędu marszałkowskiego podział administracyjny oznacza, że obwarzanek będzie musiał utrzymać 70 proc. dróg wojewódzkich, a zostanie im tylko 13 proc. z CIT. Jaki będzie uzysk z podziału administracyjnego?
Każde z nowych województw miałoby samodzielność w prowadzeniu polityki i dostępie do funduszy. Jeśli nie udałoby się nam dokonać żadnej zmiany na nową perspektywę budżetową, to Mazowsze jako całość miałoby znacznie mniej pieniędzy unijnych.
Negocjacje nowej perspektywy finansowej już trwają. Czy wyznaczacie sobie jakiś termin na dokonanie tej zmiany administracyjnej?
Nie, to nie ma bezpośredniego powiązania. To zależy od nas. Będziemy też musieli zdecydować, jaka będzie struktura programów, czy np. będzie jeden program ponadregionalny dla tych dwóch regionów, czy dwa osobne – jeden dla aglomeracji warszawskiej, drugi dla pozostałej części. Jest też kwestia tego, kto nimi będzie zarządzać. W tym momencie programy ponadregionalne trafiają do rządu. Czy to oznacza, że nasz rząd miałby zarządzać programami dla tych dwóch obszarów jako programu ponadregionalnego?
Rafał Trzaskowski i Adam Struzik chyba nie będą kibicować temu rozwiązaniu.
Ale tak jest u nas i w innych krajach – programy ponadregionalne są zarządzane z poziomu krajowego. W ogóle niedługo w Europie Środkowej Polska będzie najprawdopodobniej jedynym krajem, który będzie miał programy regionalne, a reszta skłania się ku programom zintegrowanym, zarządzanym z poziomu krajowego.
A nie jest tak, że Polska ma tak dobre rezultaty w wydatkowaniu pieniędzy unijnych, bo są one zarządzane przez regiony?
Tak państwo myślicie? Inne kraje twierdzą dokładnie odwrotnie. U nas istnieje zdecentralizowany model prowadzenia polityki rozwojowej i zdecentralizowany system inwestowania funduszy unijnych. Regiony mają swoje programy, zarządzają dużą częścią całej puli, a rolą ministra do spraw rozwoju jest koordynacja ich wdrażania. Efekty tego modelu są dobre, dotąd nie straciliśmy ani euro, choć czasem, jak pod koniec zeszłego roku, potrzebne są działania dopingujące regiony.
Zmieni się za moment Komisja Europejska. Czy nie okaże się, że negocjacje budżetowe zaczynamy de facto od nowa?
Zwykle zmiana Komisji nie wiązała się z rewolucyjnymi zmianami w propozycjach wspólnotowych regulacji. Liczymy, że nowa KE zintensyfikuje prace nad przyjęciem nowego budżetu i negocjacjami podziału funduszy. W ich przypadku mówimy jednak głównie o inwestycjach publicznych. My w tej kwestii nie jesteśmy aż tak zależni od funduszy europejskich. A na pewno nie tak jak Grecy, którzy w okresie największego kryzysu korzystali ze 100 proc. dofinansowania unijnego przy inwestycjach publicznych. My w pierwszych latach bycia w UE byliśmy na dorobku, a środki UE stanowiły 70–80 proc. wszystkich inwestycji publicznych. W tej chwili to mniej więcej jedna trzecia. Teraz mobilizujemy nowe środki na rozwój, a to dlatego, że lepiej zarządzamy państwem i skuteczniej ściągamy podatki, ale też bez kompleksów sięgamy po pieniądze z takich źródeł jak np. plan Junckera. Wielu ekspertów wieszczyło, że działania rządu spowodują załamanie inwestycyjne, a te inwestycje zaczęły wyraźnie rosnąć. W I kwartale w firmach zatrudniających powyżej 50 osób wzrost wyniósł prawie 22 proc. W II kwartale 17 proc. To dobry prognostyk, bo jak inwestycje wchodzą z takim impetem, to będą stymulować wzrost gospodarczy. Dlatego jestem optymistyczny co do tempa tego wzrostu w tym roku.
To jakiego wzrostu się pan spodziewa?
Myślę, że w tym roku jesteśmy w stanie utrzymać wzrost odnotowany w I półroczu, czyli ok. 4,5 proc. Przypomnę tylko, że zakładane było 3,8 proc.
A w przyszłym roku nie odczujemy spowolnienia?
Proces hamowania jest widoczny, ale na razie nie widać tego tak silnie w naszym regionie. Może z wyjątkiem Słowacji, gdzie tąpnęło we wzroście gospodarczym, choć jest to efekt wysokiego udziału sektora motoryzacyjnego w eksporcie w relacji do PKB. W Polsce ten udział jest pięciokrotnie niższy niż na Słowacji. Nasza gospodarka jest bardziej zróżnicowana.
Jak pan ocenia potencjalny skład nowej KE?
Koncepcja funkcjonowania gabinetu w KE będzie nieco inna niż dotychczas, bo będzie aż ośmiu wiceprzewodniczących, w tym trzech „super” wiceprzewodniczących. Poważną zmianą jest też to, że ci trzej będą mieli nie tylko swoje gabinety, ale również swoje dyrekcje. Tak więc ich realna władza będzie dość spora. Pani Ursula von der Leyen nie ma łatwego zadania. Wśród komisarzy ma być 10 socjaldemokratów, dziewięciu ludowców, sześciu liberałów, jeden zielony i jeden konserwatysta. Ponadto KE musi współpracować z Radą Europejską i europarlamentem. Wcześniej, u początku obecnej perspektywy finansowej, socjaliści dogadali się z Europejską Partią Ludową nie tylko co do kształtu PE, ale i samej Komisji. Większość decyzji, szczególnie legislacyjnych, musi zatwierdzać PE. Stąd tak silna pozycja pana Timmermansa jako wiceprzewodniczącego z frakcji socjaldemokratycznej i pani Vestager z frakcji liberałów. Komisarze powinni być apolityczni, ale w praktyce raczej tak nie jest. Decyzje w KE podejmowane są przez kolegium komisarzy. Myślę, że w nowym składzie Komisji dyskusje będą bardziej realne niż wcześniej.
Bierzecie pod uwagę utrącenie kandydatury Janusza Wojciechowskiego przez PE, choćby w związku z tym, że znalazł się pod lupą OLAF-u?
Mamy bardzo mocnego kandydata na stanowisko komisarza ds. rolnictwa. To osoba doświadczona politycznie, wcześniej piastująca funkcję wiceszefa komisji rolnictwa w PE, teraz pracująca jako audytor w Europejskim Trybunale Obrachunkowym. Jest więc na wskroś przygotowany do pełnienia proponowanej mu funkcji. Oczywiście do czasu zatwierdzenia kandydatury przez PE nikt nie może być pewien, że tę funkcję obejmie.
Nie negując tego, że teka rolnicza jest ważna, czy nie jest tak, że jednak graliśmy o coś innego? Pierwotnie wystawiliśmy kandydaturę Krzysztofa Szczerskiego, który – jak sam przyznał – na rolnictwie się nie zna. To sugerowałoby, że interesowały nas inne teki.
To premier zgłasza kandydaturę. Walczyliśmy o rolnictwo, bo to prawie 40 proc. unijnego budżetu. To ważna dla nas teka, również o charakterze gospodarczym, i to duży sukces negocjacyjny premiera Morawieckiego. Faktem jest, że teka energetyczna jest również ważna, ale w końcu te najważniejsze prawne rozwiązania energetyczne już zostały przygotowane, teraz bardziej będzie chodziło o ich implementację. Energetyka będzie dla nas ważna ze względu na dyskusje o neutralności klimatycznej i odpowiadać za to będzie Frans Timmermans. Generalnie interesowały nas teki gospodarcze. Ale istotna jest też osoba.
A nie walczyliśmy np. o tekę finansową, by mieć wpływ na to, co będzie finansowane w okresie 2021–2027?
Taką tekę już mieliśmy i całkiem nieźle nam szło. Na początku naszego członkostwa była pani Danuta Hübner (była komisarz ds. polityki regionalnej – red.) i świetnie nam się współpracowało, choć wywodziliśmy się z różnych obozów politycznych. Następnie komisarzem ds. budżetu był pan Janusz Lewandowski. Przyszedł moment, gdy zaczęliśmy się rozpychać w gospodarce europejskiej, dlatego ważniejsza stała się sfera polityki przemysłowej i usług. Teoretycznie mieliśmy mocną tekę i co nam z tego przyszło? Teraz dalej są ważne kwestie finansowe. Ale teki budżetowej ponownie nie dostaniemy. Polityka regionalna nie jest nam tak potrzebna, bo i tak to my nadajemy ton tej polityce, gdy większość krajów w naszej części UE najprawdopodobniej prowadzić będzie raczej politykę scentralizowaną. Zapewniam, że to, co uzyskaliśmy w KE, to optymalny wynik. Życzę wszystkim, by udawało się im wynegocjować tyle co premierowi Morawieckiemu.
Co dalej z OFE?
Pod względem merytorycznym jest domknięte, lada tydzień zostanie skierowane na Komitet Stały, a następnie na Radę Ministrów.
Czy jeszcze w tej kadencji ustawa zostanie przyjęta przez rząd?
Ustawa jest przygotowana, kwestią wtórną jest to, czy stanie się to w tej kadencji, czy chwilę później. Oczywiście życzyłbym sobie przyjęcia ustawy jak najwcześniej, ale katalog projektów, które wchodzą na Radę Ministrów, jest tak napełniony, że trudno to wszystko pomieścić w agendzie. A tak ważne rzeczy jak zmiany w OFE nie powinny być przyjmowane w trybie obiegowym. Ponadto wszystko wskazuje na to, że najbliższe posiedzenie Sejmu będzie już po wyborach.