W Moskwie, po tygodniach protestów przeciw niedopuszczeniu niezależnych kandydatów do udziału we wczorajszych wyborach do lokalnej Dumy, w rosyjskiej opozycji trwa dyskusja na temat najlepszej formuły walki z władzą. Jej lider Aleksiej Nawalny wzywał do „rozumnego głosowania”, które polegać miało na oddawaniu przez Rosjan głosów na każdego, „byle nie na kandydata Jednej Rosji”. Dyskutował jednak również szeroko rozumiany obóz władzy. Różnica zdań, która się w nim pojawiła, świadczy o tym, iż przynajmniej część rosyjskiego establishmentu zaczyna myśleć o zmianach.
Najszybciej zabrała głos ta część obozu władzy, która była i jest przekonana, że protesty w Moskwie należy zdusić siłą. Ich zdaniem Gwardia Narodowa działała nie tylko zgodnie z prawem, ale również w interesie Rosji. Bo protestujący „realizują scenariusz napisany poza granicami”. Zwracano uwagę na równoczesny wybuch protestów w Moskwie i Hongkongu. Pojawiły się głosy o inspiracji ze strony ambasad i mediów państw Zachodu. W Estonii „odkryto” obozy szkoleniowe rosyjskiej opozycji. U Nawalnego „znaleziono” lewe pieniądze, a spore grono złapanych w trakcie demonstracji objęto dochodzeniami, które mogą się skończyć wieloletnimi wyrokami więzienia.
Reklama
W trakcie niedawnej wizyty we Francji Władimir Putin po raz pierwszy skomentował to, co działo się w Moskwie. Powiedział, że „obywatele mają prawo demonstrować”, ale nie mogą przy tym łamać prawa. Prezydent powiedział też, że w Moskwie odbyły się dwie legalne demonstracje na Prospekcie Sacharowa, które zgromadziły dziesiątki tysięcy ludzi i władze nie interweniowały. Musiały to zrobić, gdy doszło do złamania prawa.
Co ciekawe, z bezpośrednią polemiką wystąpiła „Niezawisimaja Gazieta” (NG), której właściciel i redaktor naczelny Konstantin Remczukow stał na czele komitetu społecznego popierającego w ubiegłorocznych wyborach moskiewskiego mera, wieloletniego współpracownika Putina – Siergieja Sobianina. W artykule redakcyjnym znalazł się pogląd, iż jedynym prawem w Rosji regulującym kwestię wolności zgromadzeń powinna być konstytucja i jej zapis mówiący o tym, że „obywatele Federacji Rosyjskiej mają prawo do pokojowych demonstracji, marszów i protestów”. Zdaniem redakcji wszelkie inne akty, które w praktyce ograniczają to prawo – stanowią uzurpację władzy i nie powinny obowiązywać. W tekście czytamy, że problemem Rosji jest nie tylko nadużywanie legislacji po to, aby ograniczać prawa i wolności obywatelskie, ale również, a może przede wszystkim, brak niezależnych sądów.
To już drugie wystąpienie NG z krytycznym komentarzem pod adresem władz po protestach w Moskwie. Wcześniej jej naczelny w przedrukowanym w gazecie wywiadzie, jakiego udzielił radiostacji Echo Moskwy, powiedział, że obóz władzy stoi przed kluczowym dla jego przyszłości wyzwaniem. A sprowadza się ono do zaakceptowania w najbliższej przyszłości, tzn. przed najbliższymi wyborami do Dumy Państwowej, sytuacji, w której Jedna Rosja czy inna formacja obozu władzy będzie miała nadal większość w parlamencie, ale już nie konstytucyjną. Innymi słowy diagnoza Remczukowa oznacza nie tylko ograniczenie monopolu Jednej Rosji i wzmocnienie koncesjonowanej opozycji, ale być może należy odbierać ją w kategoriach wezwania kierowanego pod adresem władzy, by dopuścić realną opozycję do głosu.
Niemal w tym samym czasie w ekonomicznym dzienniku RBK (jednym z tych, które opublikowały kilka tygodni temu na pierwszej stronie apel o uwolnienie dziennikarza Iwana Gołunowa, przeciw któremu Komitet Śledczy sfabrykował oskarżenie o posiadanie narkotyków) ukazał się wywiad z Siergiejem Czemiezowem – byłym KGB-istą i kolegą Putina z Drezna, a obecnie menedżerem kierującym Rostechem, gigantyczną korporacją zbrojeniową. Czemiezow, który od lat wymieniany jest również w gronie kilku ewentualnych następców Putina – komentując sytuację w Moskwie, oświadczył, że „ludzie są bardzo zirytowani” i taka sytuacja nie jest „w niczyim interesie”. Zaraz potem dodał: „Mój pogląd jako obywatela jest następujący: istnienie zdrowej opozycji wychodzi na korzyść każdej władzy, każdemu ciału przedstawicielskiemu i w końcowym rachunku państwu”. Te słowa cytowały niemal wszystkie rosyjskie media. Padła jeszcze deklaracja o konieczności istnienia „alternatywnej siły”, która podpowiada władzy i wysyła sygnały, aby zmierzać w tę lub w inną stronę, a jej brak pcha cały kraj w „epokę zastoju”.
Kilka dni później w dzienniku „Rossijskaja Gazieta” ukazał się artykuł wpływowego analityka Siergieja Karaganowa. Jego wystąpienie zaczyna się od wyrazów współczucia dla aresztowanych i jest ostrzeżeniem skierowanym wprost pod adresem władzy. Jak pisze, samozadowolenie jej części z tego, że udało się stłumić protesty, jest poważnym błędem, który może doprowadzić do politycznego tsunami. Trzeba, argumentuje, rozwiązywać realne problemy kraju, a nie cieszyć się z tego, że zatrzymano kilka tysięcy osób. Jego zdaniem przyczyną niezadowolenia jest stagnacja gospodarcza kraju, zablokowanie kanałów awansu społecznego i całkowita bezradność obozu władzy, który nie ma żadnych pomysłów, jak wyjść z matni, w której znalazła się Rosja.
Karaganow jest też zdania, że międzynarodowa koniunktura dla Rosji już minęła. Być może „sztuka dyplomacji”, jak pisze, pozwoli jej jeszcze kilka lat utrzymać obecne pozycje, ale nie dłużej. Potrzebne są istotne zmiany. Przy czym, powołując się na doświadczenia rosyjskiej rewolucji lutowej 1917 r. – argumentuje, że najgorszym błędem byłoby ustąpić dziś żądaniom ulicy. Nie oznacza to jednak bezczynności władzy. To ona powinna inicjować zmiany i reformy. Swoje wystąpienie zakończył odwołaniem do Piotra Stołypina, który powiedział, że aby oddalić zagrożenie wybuchem rewolucji, Rosja potrzebuje dwóch dekad pokoju. Jak konkluduje Karaganow, ten urodzony w Dreźnie wybitny premier Rosji, który na początku XX w. łączył terror wobec rewolucjonistów i modernizację państwa – miał na myśli pokój, „a nie stagnację”.
Takie opinie, do których można dopisać wystąpienia publiczne szefa rosyjskiego odpowiednika polskiej Najwyższej Izby Kontroli Aleksieja Kudrina czy kierującej izbą wyższą rosyjskiego parlamentu Walentiny Matwijenko świadczą o narastającej frustracji części rosyjskiego obozu władzy. Takie wezwania będą częstsze. A o tym, czy przekształcą się w coś więcej, zadecydują wybory do moskiewskiej Dumy i rozwój wydarzeń na ulicy tuż po nich.