Jeden pacjent powiedział mi wprost: „Przychodzę tu, bo wy mnie traktujecie jak człowieka”. To mnie umacnia. Daje siłę, żeby pracować. I to nie jest żadne moje dobre serce, żadna misja – mówi Maria Sielicka-Gracka
Reklama
Magazyn DGP z 7 czerwca 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
W czasach PRL-u byli bezdomni?
Byli. Oczywiście, że byli. Tylko się o tym nie mówiło. Zakazany temat. Widziało się jakichś pijaczków...
Ilu ich było?

Reklama
Nie wiadomo.
Po 1989 roku...
Była wolność, więc i bezdomni ją poczuli. Wyszli na ulice. Ale ilu? Do tej pory nie wiadomo, ilu ich jest. Wtedy na pewno bezdomni byli inni niż teraz.
Jacy?
Tacy całkowicie bezdomni. Zostawieni całkowicie bez pomocy. Sięgali dna. Wszyscy. Nie mieli się gdzie umyć, gdzie wyspać. Teraz mają. W Warszawie jest ich najwięcej, tu ściągają z całej Polski. Nie chcą wracać do swoich miejsc zamieszkania. Dla bliskich przepadli w świecie. Tacy całkowicie schorowani, maksymalnie śmierdzący, zdegenerowani trafiają się raz na jakiś czas. A wtedy wszyscy tacy byli.
Pani w tamtym czasie została posłanką.
Nie wiem, jakim cudem to się stało, ale tak, zostałam. Proszę zobaczyć, jakie mi zdjęcie przynieśli z okazji rocznicy wygranych wyborów w 1989 r. Ja z Wałęsą. „Koszmarek”, kolega Kaśki, mojej bratanicy i mojego syna, zobaczył to zdjęcie w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Poprosił o kopię, przysłali. To jest moje jedyne piękne zdjęcie, bo ustawiał mnie do niego Andrzej Wajda. Kazał patrzyć tu, tam. Głowa wyżej, niżej.
W Solidarności była pani od początku.
Od 1980 r. Tam spotkałam dr Marię Zoll-Czarnecką, teraz już niestety świętej pamięci. Niepowtarzalny egzemplarz ludzki. Poznałam ją jeszcze w latach 60. Odrabiałam u niej pierwszy podyplomowy staż z pediatrii. Działała na Saskiej Kępie, w szpitalu na Niekłańskiej, organizowała ten szpital od początku. Od 1986 r. działałyśmy we francuskiej organizacji Médecins du monde, z której w 1991 r. wyodrębniło się Stowarzyszenie Lekarze Nadziei.
Dziś jest 4 czerwca.
Ludzie dzwonią, piszą, dziękują. Ten czas, ten 1989 r. to było coś fantastycznego. Przecież nikt z nas do końca nie wierzył, że to się wszystko uda. Euforia jednak szybko minęła. I zaraz było widać, kto i czego od polityki chce. Mnie się najbardziej nie podobała zajadłość. Takie bij, zabij. Do dr Elżbiety Seferowicz, która siedziała obok mnie w Sejmie i która później została w polityce, mówiłam: Elka, po co się z nimi kłócić?
Z kim? Z komunistami?
No tak. Lepiej z nimi uprzejmie rozmawiać i żeby to oni się obudzili z ręką w nocniku, że pracują dla nas, a nie chodzili dumni, że ja całe życie zasuwałam dla nich. W tamtym Sejmie padały wielkie słowa, za którymi niewiele stało. A ja nie lubię wielkich słów. Co mi z tego, że ktoś mi mówi, że mnie kocha. Niech zachowuje się tak, bym wiedziała, że mnie kocha. Gęby sobie nie musi wietrzyć. Wolę konkretne działania. Pani tak patrzy na mnie... Całe życie byłam człowiekiem nie z tej bajki. Teraz też jestem nie z tej bajki. W polskiej polityce brzmią przecież te same nuty, które słyszałam w PRL, a których nienawidziłam. Zestarzałam się i nie jestem w stanie się do tego przystosować.
Przez te ostatnie 30 lat politycy interesowali się bezdomnymi?
To jest taka dziedzina, w której różni politycy i działacze społeczni mogą zabłysnąć. Wiedzą, że wykazywanie się działalnością charytatywną dobrze wygląda. A prowadzenie takiej działalności wymaga zdobywania środków finansowych. Śmiałam się, że to mój wdzięk pozwalał mi załatwić różne rzeczy dla naszej poradni.
Bezdomni głosują w wyborach?
Nie pytałam. Ale skoro większość nie ma żadnych dokumentów, to trudno, żeby głosowali. Jadę w przyszłym tygodniu do poradni, to zapytam.
Raz w tygodniu pani jeździ leczyć?
Ostatnio raz na dwa tygodnie, bo jestem przecież po udarze. 27 lat już jeżdżę do swoich bezdomnych. Marysia Czarnecka zaraz na początku wolnej Polski oszalała na ich punkcie i mnie przekonywała, że trzeba dla nich pracować, że to ludzie bez opieki. Wiedziała, że musi tym ludziom pomagać. Odkąd wpadłyśmy na siebie, już mi nie popuściła. Była wyczulona na krzywdę ludzką. Chodziła i powtarzała, że musimy otworzyć poradnię dla bezdomnych. I w 1992 r., tu, na warszawskiej Sadybie, powstała pierwsza poradnia.
Dlaczego tu?
Bo tu Marysia znalazła miejsce, a ja miałam tu chody. Otworzyć poradnię dla bezdomnych to nie było takie hop-siup. Ludzie protestowali, coś okropnego.
I jak pani ich przekonywała? Powoływała się pani na to, że jest posłanką?
Nie. Kiedy poradnia zaczęła działać, już nie byłam w Sejmie.
Startowała pani w kolejnych wyborach.
Ale nie chciałam. Namówił mnie Jacek Kuroń. Wręcz opieprzył mnie, że nie chcę. Grzecznie, kulturalnie, ale jednak opieprzył. Zostałam wpisana na ostatnie miejsce na liście. Nie weszłam do Sejmu. Głośno mówiłam, że polityka mi nie leży. Ja jednak muszę być blisko człowieka, a nie za murami Sejmu. Wygłaszanie mów to nie dla mnie. Wolę rozmawiać. Śmieję się, że zyskuję przy bliższym poznaniu. W Sejmie przysłużyłam się farmaceutom, bo jedyną ustawą, nad którą pracowałam, była ta dotycząca aptek i ich funkcjonowania na wolnym rynku. Stanęłam murem za tym, że kierownikiem apteki musi być farmaceuta, a nie na przykład rzeźnik, który kieruje się tylko interesem finansowym. Potem politykę zupełnie odpuściłam. Wróciłam do pacjentów. Proszę pamiętać, że ja jestem pediatrą endokrynologiem.
Wyspecjalizowanym w dorosłych bezdomnych.
Ale dzieci nigdy nie zostawiłam. Kiedyś byłam rejonowym pediatrą na Sadybie. Wciąż spotykam pacjentów z tamtego czasu. Wchodzę któregoś dnia do domu. Patrzę, leci za mną łysy taki, stary, z brzuszkiem i krzyczy: „Pani doktor, pani doktor, to ja, Andrzejek!”. Można paść, nie? Pięćdziesiąt lat temu leczyłam Andrzejka... Trochę się zmienił. Zresztą poradnię dla bezdomnych otworzyliśmy na Sadybie też dzięki życzliwości rodziców moich pacjentów.
Prosiła pani rodziców swoich pacjentów o pomoc?
Nie. Poszłam do proboszcza. A że proboszcz miał dzieci, nie, nie swoje, siostry, to zostałam lekarką tych dzieci. Ksiądz jest moim rówieśnikiem. Wspaniały człowiek. Przyszedł na spotkanie z protestującymi.
Mówił o Bożym miłosierdziu, chrześcijańskich wartościach?
Nic się nie odzywał, ale wystarczyło, że był.
A pani co mówiła?
Że dobrze jest mieć swoich bezdomnych, bo jak oni się tu zadomowią, to będziemy najbezpieczniejszą dzielnicą w Warszawie. Sadyba stanie się ich terenem, ich miejscem. Będą bronić, pilnować porządku, nie będą kraść.
O alkoholu też pani mówiła?
Nie, bo tego nie mogłam zagwarantować. Nie mogłam powiedzieć, że pić nie będą, bo tego nigdy nie wiadomo. Był jeszcze z nami taki Andrzej z Monaru. Nie chciałyśmy, żeby przychodził sam Marek Kotański, bo on nie najlepiej działał na zwykłych ludzi. Zdarzało się, że mówił im, że są nieludzcy, że tacy, owacy. Andrzeja błagałam, żeby się ludzi nie czepiał, nie mówił nic o tym, że nie mają serca, że nie potrafią pomagać. I wszystko było grzecznie. I się udało. Doktor Czarnecka też miała swoje znajomości. Uderzała do różnych ludzi. Poradnia powstała w miejscu, gdzie jest teraz jakieś muzeum wojskowe. Na początku lat 90., zaraz po tym, jak otworzyłyśmy poradnię, dowiedziałyśmy się, że w tym budynku ma powstać Muzeum Katyńskie. Ówczesny minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz powiedział nam, że nie mamy co się kłócić, tylko trzeba przenieść się w inne miejsce. I tak poradnia dla bezdomnych znalazła się na Woli.
Zaraz przy cmentarzu.
I tam jest do dzisiaj.
W kontenerze.
W kontenerze, który dr Czarnecka dostała od budowniczych metra. Przystosowaliśmy go dzięki finansowej pomocy Médecins du monde. Trochę ciasno. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Tam obok była noclegownia prowadzona przez księdza, zresztą kolegę mojego proboszcza z Sadyby.
Pani miała misję, żeby ratować bezdomnych?
Raczej leczyć. No, ale generalnie przecież chodzi o to, żeby ci ludzie wyszli z bezdomności. Przecież oni wszyscy są jakoś zwichnięci, zbłądzili, nie mają dokąd wrócić.
Słyszę w pani głosie żal.
Bo to jest żal. Kiedyś byłam bardziej kategoryczna, wymagająca, wiedziałam, co jest dobre, a co złe. W miarę upływu lat nieprawdopodobnie zmiękłam wewnętrznie. Stałam się bardziej wyrozumiała. I wyczulona na ludzi, którzy mówią, że na pewno wiedzą, co jest dobre, a co złe, i mówią takiemu bezdomnemu, co ma robić. Kiedy pracowałam z młodzieżą, to zdarzało się, że wypraszałam rodzica z gabinetu, bo był zbyt zasadniczy. Pamiętam, jak kiedyś jedna koleżanka, w sytuacji kiedy matka nie chciała podpisać zgody na operację dziecka, powiedziała: „Cóż winna jest biedna dziecina, gdy ma matkę idiotkę?”. Całe życie mi to w głowie kołacze, nie tylko wtedy, kiedy myślę o rodzicach. Ostatnio przyszedł chłopak. Rocznik 1995. Ćpa, pije, rodzina nie chce go znać. Matka się go wyrzekła. A ja bym chciała, żeby on spróbował normalnie żyć. Rozmawiam z nim, zobaczymy, czy coś się uda.
Stara się pani to wszystko opowiadać z dystansem, bez emocji.
W dokumentach poradni dla bezdomnych jest wiele tysięcy nazwisk. Jak już bezdomny tu do nas przychodzi, to i tak robi pierwszy krok do normalności, bo do poradni nie wpuszczamy pijanych, naćpanych, choć oczywiście zdarzają się różne przypadki. Zresztą, z naszej lekarskiej perspektywy wygląda to tak, że my człowieka, który ma jakąś ostrą chorobę, musimy przyjąć, zdiagnozować, zacząć leczyć, może wysłać do szpitala, a nie odsyłać do swojego miejsca zameldowania, żeby dopełnił formalności. To przecież absurd. Na szczęście jest nas w poradni teraz więcej. Kiedy zaczynałyśmy, było nas dwie, trzy, więc zajmowałyśmy się wszystkimi chorobami. A ja mam ten problem, że wyczulona jestem na intensywne zapachy. Dławię się, dostaję napadów kaszlu. Koleżanki w poradni wiedzą, żeby tych najbardziej pachnących do mnie nie posyłać.
Gnijące nogi pani wytrzymuje?
Wytrzymuję. Nawet z robakami.
Białymi?
Białymi i różowymi. Niech mnie pani może nie pyta o robaki, bo na robakach się nie znam. Teraz mam komfort, luksus, bo takimi przypadkami zajmuje się chirurg albo dermatolog. Kiedyś nasze pielęgniarki zawsze były nieocenioną pomocą. Myślę, w tych czasach najtrudniej jest nie z fizycznymi ranami, tylko psychicznymi, z ludźmi bezdomnymi chorymi psychicznie. Ostatnio przychodzi pan, który głosi słowo Boże. Zrozumiał, że skoro Jezus powiedział, żeby zostawić wszystko i pójść za nim, to on zostawił… Jest grupa, która sobie umiłowała naszą poradnię, są tacy, którzy umiłowali sobie mnie. Kiedyś przychodzi pani, taka dość zmęczona życiem i mówi, że jej partner, który był moim pacjentem, zmarł. A że tyle o mnie opowiadał, to ona czuje się w obowiązku mnie o śmierci zawiadomić. Zrozumiałam, że byłam dla niego bliską osobą. Jeden pacjent powiedział mi wprost: ja tu przychodzę, bo wy mnie tu traktujecie jak człowieka. To mnie umacnia. Daje siłę, żeby dalej pracować. I wcale to nie jest żadne moje dobre serce, żadna misja.
A co to jest?
Bezdomni są na całym świecie. Ktoś ich musi leczyć, ktoś im musi pomagać. Tak się złożyło wiele lat temu, że na ich drodze stanęłam m.in. ja. Już pani mówiłam o przyzwyczajeniu. Człowiek się po prostu przyzwyczaja do tego, co robi, i po prostu to lubi. I dzięki takim słowom nie stęka, nie narzeka, że musi, że trzeba. A potem się starzeje...
Na Boga, pani doktor, pani jest po osiemdziesiątce.
Jestem. I co z tego? Przyzwyczaiłam się.
Od dawna jest pani na emeryturze.
U bezdomnych sobie nie dorabiam. Tu się pracuje bez pieniędzy, to wolontariat.
Oni o tym wiedzą?
Bezdomni?
Tak.
Nie pytałam. Otrzymujemy od miasta dotacje na utrzymanie. Ostatnio nam się nie powiodło. Od wojewody nie dostaliśmy pieniędzy na leki, bo okazało się, że nie spełniliśmy wymagań formalnych. Coś źle wypełniliśmy w dokumentach. W poradni dla bezdomnych pracuje teraz ponad 20 lekarzy – wolontariuszy. Ja wolę leczyć niż myśleć, że mnie coś boli, łupie, strzyka w kręgosłupie. Niedawno przyszedł bardzo ciężko chory pacjent. Z tak wielkim wodobrzuszem, o jakie trudno u ludzi, którzy mają dom, rodzinę. Wyniszczony, zaniedbany. Już jest w szpitalu. Jak wyjdzie, to może się do nas zgłosi. Teraz jest RODO, więc nie mogę zatelefonować do szpitala, do lekarza i zapytać o pacjenta, bo mi nie powiedzą. Wszystkie te formalne, biurokratyczne rzeczy dla takiej działalności, jaką my prowadzimy, nie są ułatwieniem. Kiedyś pojechałabym do szpitala, odwiedziła człowieka, ale że jestem już „niepełnosprytna”, to wszystko, co wymaga przebierania nogami, sprawia mi kłopoty. Kiedyś było łatwiej. Raz, że byłam młodsza, miałam znajomości w różnych poradniach i szpitalach, dwa, że nie było takiej biurokracji. Po znajomości można było wszystko. Dzwoniłam do kolegi neurologa i mówiłam, że mam tu takiego delikwenta, któremu trzeba pomóc. I ten kolega go przyjmował. Pamiętam takiego bezdomnego, który miał straszne kłopoty z nogami. Wymagał rehabilitacji. Po znajomości mu tę rehabilitację załatwiłam. Któregoś dnia dostaję kartkę pocztową z takim oto zdjęciem: dwie splecione obrączki na welonie. A z tyłu pięknym charakterem pisma: „Życzę pani, żeby wszelka pomyślność tak się z panią sprzęgła, jak te dwie obrączki”. Mam nadzieję, że się uratował, że gdzieś sobie dobrze żyje, że jemu też się sprzęgła wszelka pomyślność. Na szczęście teraz najwięcej pacjentów przychodzi z mniejszymi chorobami.
Z katarem?
Też. Wiedzą, że mogą. Teraz jest lato, więc jest mniej zapaleń płuc, odmrożeń. Zimą przychodzą do poradni choćby po to, żeby posiedzieć, ogrzać się, pogadać. Przychodzą też pożarci przez insekty różnego rodzaju. Dobrze, że niedowidzę, bo czasami to wszy się po prostu sypią. Na szczęście sama mam trzy włosy w pięciu rzędach, więc nigdy na mnie nie przelazły. Jak przychodzi taki brudny, zawszony, to proszę, żeby poszedł się umyć. Są punkty w miastach, które tym się zajmują.
I co, wraca?
Niektórzy są tak zajęci, tyle mają na głowie, że nie wracają.
Większość to mężczyźni.
Ponad 90 proc. to mężczyźni. Bezdomność wciąga.
Jak to wciąga?
Wielu nie chce z niej wychodzić. Albo wychodzi na chwilę i znowu wybiera wolność. Miałam pod opieką chłopca, którego wychowywała babcia. Jego ojciec, bezdomny alkoholik, przepadł bez wieści. Babcia stale pytała, czy do naszej poradni nie zgłosił się jej syn, Przemuś. W końcu znalazł się w Caritasie, kilka miesięcy pobył i znowu ruszył w tango. Może pojechał do Niemiec, tak jak wielu polskich bezdomnych. Mówią, że tam lepiej. Lepsze noclegownie, lepsze żarcie. Podróżują. Teraz w zasadzie nie spotyka się bezdomnego, który by nie miał telefonu komórkowego. A to też znaczy, że to nie jest takie dno wklęsłe, jak kiedyś. Jednak bezdomni to w większości ludzie, którzy nie są w stanie poddać się jakimkolwiek wymaganiom z zewnątrz. Nie można ich wepchnąć w ramki funkcjonowania systemu. Wiemy przecież, że trzeba się czemuś podporządkować, jeśli chce się żyć w stadzie. Można też wybrać wolność. I wielu wybiera.