Ustępujący prezydent wciąż ma wielkie ambicje polityczne, ale najpierw musi zadbać, by nie rozpadła mu się własna partia.
W poniedziałkowy wieczór przed siedzibę Administracji Prezydenta Ukrainy przy ulicy Bankowej przyszło kilkuset kijowian. Zwolennicy Petra Poroszenki postanowili w ten sposób wyrazić wdzięczność za pięcioletnią prezydenturę. Dziękowali w mieście, które w 60 proc. głosowało na jego rywala Wołodymyra Zełenskiego.
Poroszenko i jego żona Maryna wyszli na balkon na pierwszym piętrze i przemówili do zebranych. – Drodzy Ukraińcy, i ja wam dziękuję. Razem pójdziemy zwyciężać w wyborach parlamentarnych. Razem wrócimy na Bankową po następnych wyborach prezydenckich – mówił ustępujący szef państwa. Politycy z jego otoczenia nie ukrywają, że Poroszenko chce zostać liderem opozycji i wygrać jesienny bój o parlament.
Reklama
Sondaże sprzed drugiej tury wskazywały, że liderem wyścigu jest na razie partia Sługa Narodu, nazwana tak od serialu, który był początkiem drogi Zełenskiego po 73 proc. głosów w niedzielnym finale wyborów prezydenckich. Ale Jewhen Mahda, politolog popierający Poroszenkę, wskazuje, że to na razie byt wirtualny, istniejący tylko na papierze. – Ze względu na to, jak nieskutecznie pracował sztab Poroszenki, jego 24 proc. to i tak sukces. I na tym można budować – przekonywał w rozmowie z DGP.
O tym, że prezydent stracił przez nieudolny sztab, niereagujący na wzrost notowań Zełenskiego, mówili w niedzielny wieczór nawet niektórzy doradcy ekipy Poroszenki. – Po pierwszej turze proponowałam, by zastanowić się nad strategią walki o wyborców kandydatów, którzy odpadli w pierwszej turze. Bezskutecznie. Sztab działał tak, jakby wierzył, że ci ludzie sami z siebie powinni oddać głos na urzędującego prezydenta – mówi nam jeden z nich.

Reklama
Na wczorajszy wieczór zapowiadano spotkanie głowy państwa z deputowanymi Bloku Petra Poroszenki (BPP), największego klubu w obecnej kadencji Rady Najwyższej. Jak pisała „Ukrajinśka prawda”, prezydent chce poznać ich wnioski z przegranej kampanii i – jak czytamy – „rozmawiać, jak dalej żyć”. Zwłaszcza że zanim płynnie przejdzie do kampanii przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, musi zadbać o bezpieczeństwo na tyłach. A to nie będzie proste.
Wielu posłów BPP to kandydaci wybrani w okręgach jednomandatowych (połowa mandatów jest obsadzana w ten sposób). Nazywani pogardliwie „błotem” „mażorytarnyki”, w znacznej części lokalni książęta biznesu, trafiają w dużej mierze do klubu aktualnego prezydenta. Pytanie, czy skoro zmienia się głowa państwa, także oni nie zmienią teraz frontu. Jewhen Mahda nie boi się takiej opcji. – Zełenski ich nie potrzebuje. On chce wciąż móc zwalać winę za wszystko, co złe, na parlament – uważa.
Ale wydarzenia zdają się świadczyć o początku dekompozycji BPP. Premier Wołodymyr Hrojsman, kiedyś jeden z najbliższych współpracowników Poroszenki, już podczas kampanii, w obliczu złych sondaży, zaczął się od niego dystansować. Po wyborach ogłosił, że do kolejnych pójdzie z własną partią. – To będzie siła, która jednoczy ludzi z dobrą reputacją. W kolejnym sezonie nie chcę być statystą – tłumaczył na antenie kanału ICTV.
Obecny premier już podczas wyborów lokalnych w 2015 r. testował swoją popularność w rodzinnej Winnicy. Winnicka Strategia Europejska – partia Hrojsmana – wygrała wybory mera i do rady tego miasta, pokonując m.in. BPP. Według naszych źródeł urzędujący premier zaczął się przygotowywać do uniezależnienia jesienią 2018 r. Gdy Poroszenko zorientował się, co jest grane, przejął od Hrojsmana dobrze wyglądające w mediach obowiązki w rodzaju otwierania nowych inwestycji drogowych.
– Do Hrojsmana może się przyłączyć część Frontu Ludowego (NF) – mówi Mahda. To druga co do wielkości partia w Radzie, kierowana przez ekspremiera Arsenija Jaceniuka. Jej popularność jest bliska zeru, więc już podczas wyborów lokalnych w 2015 r., by uniknąć kompromitacji, nie wystawiła własnych list, zadowalając się startem części działaczy z list BPP. Teraz NF grozi rozpad. Część polityków może pozostać w sojuszu z BPP, część pójść do Hrojsmana. Niektórzy zaczną grać na Zełenskiego. Choćby szef MSW Arsen Awakow, który może liczyć na wsparcie ok. 20 posłów NF. Minister to człowiek o wielkich ambicjach i umiejętnościach budowania sojuszy. Jako szef MSW ma wpływ na policję, nieformalnie trzyma też parasol ochronny nad częścią nacjonalistycznych bojówek. Chodzi o Korpus Narodowy, który podczas kampanii rozbijał wiece Poroszenki, gdy sam minister nie wykluczał, że prezydent może być po upływie kadencji przesłuchiwany w sprawie afer korupcyjnych.
O tym, że część otoczenia Zełenskiego planuje po zapowiedzianym przez prezydenta elekta przejęciu prokuratury generalnej pokazowe zatrzymania wysokich urzędników, pisaliśmy we wczorajszym DGP. Jak się wydaje, prokuratorzy wyczuli wiatr zmian. Dzień po wyborach prokuratura wezwała na przesłuchania byłego szefa administracji Poroszenki Borysa Łożkina, aktualnego wicekierownika administracji Ołeksija Fiłatowa i eksdyrektor banku centralnego Wałeriję Hontarewę. Chodzi o ich związki z Serhijem Kurczenką.
To oligarcha, kiedyś współpracownik obalonego eksprezydenta Wiktora Janukowycza, obecnie monopolista w dziedzinie wywozu węgla z okupowanej części Zagłębia Donieckiego. O procederze, w który są zaangażowane także polskie firmy, piszemy w DGP od 2017 r. Wczoraj cała trójka ogłosiła, że nie zamierza się stawić na wezwanie. Jewhen Mahda uważa, że samemu Poroszence nic grozi. – W razie czego w jego obronę zaangażują się Amerykanie – przekonuje.