Porażka premier May we wczorajszym głosowaniu przestawia brexitowy zegarek z powrotem na pozycję zero. Czasu na konkrety jest coraz mniej.
Powiedzenia o zbliżającej się zimie – nawiązania do popularnego serialu „Gra o tron” – użył wczoraj minister środowiska Michael Gove, aby przestrzec brytyjskich posłów przed niepewnością, jaką sprowadzą na Londyn, głosując przeciw umowie rozwodowej z Unią Europejską. Kilka godzin później jednak zima nadeszła i Izba Gmin odrzuciła porozumienie wyjściowe – jak oficjalnie nazywa się dokument – stosunkiem głosów 432 do 202.
Stan prawny jest taki, że 29 marca o godz. 23.00 czasu lokalnego Wielka Brytania przestaje być członkiem Unii Europejskiej. A to oznacza brexit w wariancie najtwardszym z możliwych, bez żadnych dodatkowych przepisów, które zezwalałyby na przykład na wjazd europejskim ciężarówkom na brytyjskie drogi. Oczywiście pod warunkiem, że Westminster nie uchwali w awaryjnym trybie jakichś rozwiązań, które złagodzą upadek z brexitowego klifu.
Przegrana takim stosunkiem głosów to historyczna wręcz porażka. Pytanie brzmi: co dalej? Parlament zobligował niedawno premier Theresę May do przedstawienia posłom wizji tego, co dalej zamierza robić rząd w ciągu trzech dni od przegranego głosowania. Szefowa rządu może więc spróbować po raz kolejny wymusić na pozostałych członkach UE ustępstwa w deklaracji politycznej – dokumencie towarzyszącym umowie rozwodowej, w której strony zapisały, jak chciałyby, żeby wyglądały ich stosunki w przyszłości. Nadzieja jest taka, że widząc gigantyczny opór w Westminsterze przed niektórymi jej zapisami, partnerzy z Unii jednak się ugną. Wtedy May mogłaby wrócić do Izby Gmin jeszcze raz z tekstem, który byłby do przełknięcia dla posłów.
Reklama
Ten manewr raczej jednak się nie uda, i to z kilku względów. Po pierwsze, May już przełożyła głosowanie nad umową jeden raz. Za drugim będzie to już wyglądało na celową taktykę odkładania na później, aby w ten sposób wytworzyć presję czasową na posłów – przeciw czemu wielu z nich buntuje się już teraz. Dodatkowo ukryte założenie jest takie, że wczorajsze głosowanie skruszy serca polityków po drugiej stronie kanału La Manche. Nie udało się to przez święta, mało prawdopodobne, żeby udało się i teraz.
Premier stwierdziła wczoraj, że porażka takim stosunkiem głosów zmusza ją do odpowiedzi na pytanie, czy jej rząd wciąż cieszy się poparciem własnej partii. Z tego względu dzisiaj w Izbie Gmin odbędzie się głosowanie nad wotum nieufności. Pozwoli to May na policzenie wszystkich szabel, na które jeszcze może liczyć w Westminsterze.

Reklama
Złożenie takiego wniosku od dawna zapowiadał Jeremy Corbyn. Dla lidera laburzystów stanowi to bowiem pierwszy krok na drodze do przejęcia władzy dzięki przyspieszonym wyborom (będą musiały się odbyć, jeśli po upadku rządu May nie uformuje się nowy gabinet). Mało prawdopodobne jest jednak, żeby Corbyn zebrał wystarczająco dużo głosów, by obalić panią premier. Nawet posłowie, którzy w grudniu opowiedzieli się za jej odejściem (grupa posłów podjęła wówczas próbę zmiany przewodniczącego Partii Konserwatywnej, co wymusiłoby zmianę na stanowisku premiera, ponieważ May pełni obie te funkcje), raczej jednak nie będą chcieli wymienić konserwatywnej szefowej rządu na premiera z Partii Pracy.
Wewnątrz Partii Pracy od jakiegoś czasu coraz większą popularnością cieszy się idea drugiego referendum, czyli zwrócenia się ponownie do Brytyjczyków z pytaniem, jakiego brexitu by chcieli (a przy okazji, czy aby na pewno wciąż chcą wychodzić z Unii Europejskiej). Ten wariant ma jednak tę słabość, że nie widać w Izbie Gmin jasnej większości, która opowiadałby się za konkretnym wariantem referendum.
Jedno jest pewne: w nadchodzących dniach Izba Gmin dalej będzie znajdować się w centrum brexitowych wydarzeń. Przede wszystkim dlatego, że prasa brytyjska sporo ostatnio pisała o pomysłach na to, aby posłowie przejęli inicjatywę w wyborze wariantu, zgodnie z którym Królestwo opuści Unię. Odbyłoby się to tak, że parlament sam by stworzył prawo, które zmusiłoby rząd do przyjęcia konkretnego rozwiązania. Byłaby to jednak sprawa bez precedensu, bowiem Izba Gmin historycznie nie tworzyła prawa, ale jedynie przyjmowała i uzupełniała prawo tworzone przez rząd.
Jak wynika z doniesień brytyjskich mediów, twardy brexit mógł nigdy nie być poważnie brany pod uwagę przez rząd. Wczoraj dziennik „The Telegraph” opublikował bowiem list od anonimowego przedstawiciela służby cywilnej, który twierdzi, że przygotowania do twardego brexitu trwają w administracji od dawna i że na ten odcinek rzucono „tysiące urzędników”. To mogłoby oznaczać, że postawiony pod ścianą rząd będzie w stanie przedłożyć posłom kilka albo kilkanaście ustaw, które zmniejszą ryzyko paraliżu kraju po 29 marca.
Jeśli takie mniejsze ustawy miałyby zostać skonsultowane ze stroną unijną, oznaczałoby to wariant „managed no deal”, czyli taki, w którym zamiast jednego, 600-stronicowego, porozumienia Londyn i Bruksela przyjęłyby kilka pomniejszych, np. dotyczących cywilnego lotnictwa czy wspomnianych już przewozów ciężarowych.
Bez względu na to, który wariant zostanie ostatecznie przyjęty, zwiększa się prawdopodobieństwo, że Londyn zwróci się do swoich partnerów z Unii o przedłużenie członkostwa. Pozwala na to art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej, który jednocześnie stanowi o możliwości opuszczenia UE. Chociaż sprawa jest skomplikowana pod względem logistycznym, to dzięki temu strony kupiłyby sobie trochę czasu. Dotychczas przeciw tej opcji stanowczo opowiadała się premier May, która uważa, że Wielka Brytania powinna opuścić Wspólnotę 29 marca. Nigdy jednak nie wykluczyła takiego rozwiązania.
Warto przy tym pamiętać, że zawirowania polityczne nad Tamizą nie oznaczają, że Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej. Co prawda możliwość kompletnego odwrócenia art. 50 przedstawił ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE, ale w Londynie nie ma wielkiego apetytu na dalsze członkostwo, nawet jeśli sporo jest polityków, którym nie przeszkadzałyby silne więzy z Brukselą (np. w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, czyli na podobnych zasadach jak Norwegia).
Wczorajsze głosowanie w Londynie z pewnością było pilnie śledzone we wszystkich europejskich stolicach, gdzie trwają już przygotowania do wariantu „no deal”. Do mediów wyciekła np. lista ustaw, które awaryjnie zamierzają nowelizować Irlandczycy. Przyspieszenie prac zapowiedział również na Twitterze Charles Michel, premier Belgii. Jean-Claude Juncker odbędzie jutro w Brukseli serię awaryjnych spotkań skoncentrowanych na dalszych krokach, jakie powinna w obecnej sytuacji podjąć Komisja Europejska. W komunikacie prasowym wydanym wczoraj późnym wieczorem szef KE przypomniał, że „czasu jest coraz mniej”.
Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk chwilę po głosowaniu napisał na Twitterze: „Jeśli nie możemy dojść do porozumienia i nikt nie chce porozumienia, to kto będzie miał odwagę wreszcie powiedzieć, jakie jest jedyne pozytywne rozwiązanie?”.
Być może twardy brexit nigdy nie był poważnie brany pod uwagę przez rząd