W środę rzeczniczka PiS Beata Mazurek poinformowała, że PiS przedstawi projekt ustawy, która wprowadzi jawność wysokości wynagrodzeń w Narodowym Banku Polskim zarówno obecnego zarządu, jak i poprzednich; ustali ona również górną granicę zarobków osób zajmujących funkcję kierownicze w NBP. Wcześniej swój projekt w sprawie jawności zarobków m.in. w NBP zaprezentowała PO.

Neumann ocenił w czwartek w Wp.tv, że PiS wokół sprawy "robi zamieszanie", bo - jak przypomniał - najpierw rzeczniczka tej partii powiedziała dziennikarzom, że jej klub poprze projekt PO. Zaznaczył, że jego klub chciał, aby projektem Sejm zajął się na najbliższym posiedzeniu, czyli w przyszłym tygodniu.

"Teraz zaś słyszymy, że będzie ustawa PiS. Ja nie wiem, kiedy ona będzie, z prostej przyczyny: ta sytuacja z NBP jest odbiciem tego, co było rok temu przy nagrodach, kiedy rok temu ówczesna premier Szydło wręczała nagrody ministrom, a oni je przyjmowali. Do dziś te nagrody nie zostały rozliczone, mimo tej całej akcji prezesa PiS z obniżeniem pensji wszystkim, ci ludzie nagród w pełni nie zwrócili" - powiedział Neumann.

Reklama

"Ja się zatem obawiam, że to jest kolejna próba obejścia tematu bokiem. Ustawę pewnie jakąś zrobią, ale nie zdążą na przyszły tydzień, kolejne posiedzenie Sejmu jest na koniec lutego, uchwalą ją pewnie przed wakacjami, by cały czas można było łupić NBP, brać tam horrendalne pensje nie wiadomo za co. To pokazuje dla mnie złe intencje PiS w tej sprawie" - dodał szef klubu PO-KO.

Na uwagę, że Beatę Szydło można było odwołać ze stanowiska premiera podczas gdy prezes NBP jest praktycznie nieusuwalny, Neumann zauważył, że szef KNF to także "nieusuwalne stanowisko", a mimo to "dzięki rozmowom" Marek Chrzanowski z niego zrezygnował.

Reklama

Polityk PO dodał, że na miejscu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego przeprowadziłby podobną rozmowę z Glapińskim; jak ocenił Neumann, prezes NBP "rujnuje nie tylko wizerunek PiS, ale i banku".

Według Neumanna, w czasie środowej konferencji prasowej, "Glapiński zaprezentował arogancję i kompletne odcięcie się od rzeczywistości". Dodał, że taka postawa wynika być może z tego, że jest to ostatnia funkcja publiczna Glapińskiego i dlatego poczuł on, że "może robić wszystko".

Pod koniec grudnia ub.r. "Gazeta Wyborcza" donosiła o dwóch współpracownicach prezesa NBP Adama Glapińskiego - szefowej departamentu komunikacji i promocji Martynie Wojciechowskiej oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamili Sukiennik. Gazeta napisała wówczas, że zarobki Martyny Wojciechowskiej wynoszą ok. 65 tys. zł, "wraz z premiami, dodatkowymi dochodami i bonusami", czemu bank zaprzeczył. Według najnowszych doniesień medialnych pensja Wojciechowskiej wynosić może nawet ok. 80 tys. zł miesięcznie.

Na środowej porannej konferencji prasowej, zastępca dyrektora departamentu kadr w NBP Ewa Raczko mówiła, że "żaden z dyrektorów w NBP nie otrzymuje powszechnie i nieprawdziwie podawanego w mediach miesięcznego wynagrodzenia w wysokości ok. 65 tys. zł bądź wyższej". Dodała, że środki na wynagrodzenia w NBP stanowią część ogółu środków NBP i nie pochodzą z budżetu państwa.

Oświadczyła, że nie poda miesięcznego wynagrodzenia z PIT-u dyrektor Wojciechowskiej, "bo nie przygotowane jest w oświadczeniu". "Pewne granice prezentowania informacji są" - powiedziała Raczko. "Na pewno nie zarabia - powtórzyć mogę - rewelacyjnych 65 tys. zł miesięcznie" - dodała.

Także w środę prezes NBP Adam Glapiński mówił na konferencji prasowej, że "ustawę o jawności wynagrodzeń w Narodowym Banku Polskim podpisze obydwoma rękoma". Jak dodał, aby mógł to zrobić, trzeba ją najpierw uchwalić. Ocenił, że ustawa ta będzie fatalna dla funkcjonowania NBP. Mówił też, że w mediach "szczególnie się uczepiono dwóch pań dyrektor" i że było to "haniebne, brutalne, prymitywne, seksistowskie pastwienie się nad dwoma matkami".