- Tak gwałtowny wybuch jest oznaką coraz słabszej zdolności rządów na Zachodzie do reagowania na problemy społeczeństw - mówi Sheri Berman w rozmowie z DGP.
Reklama
Sheri Berman profesor nauk politycznych w Barnard College na Uniwersytecie Columbii. Autorka książek „The Primacy of Politics: Social Democracy and the Making of Europe’s Twentieth Century” i „The Social Democratic Moment: Ideas and Politics in the Making of Interwar Europe”. W tym roku ukaże się jej nowa praca „Democracy and Dictatorship: From the Ancien Regime to the Present Day” fot. Martin Bentsen/Materiały prasowe / DGP
Od dwóch miesięcy ruch „żółtych kamizelek” trzęsie Francją i niewiele wskazuje, aby protetesty miały wygasnąć. Na Węgrzech z kolei trwają demonstracje przeciwko tzw. ustawie niewolniczej (górną granicę godzin nadliczbowych zwiększono z 250 do 400 w ciągu roku; czas wypłacenia pieniędzy za nie wydłużono z roku do trzech lat). Co bardziej brawurowi komentatorzy dopatrują się w tych wydarzeniach oznak przesilenia na większą skalę.
Na najbardziej ogólnym poziomie te protesty są oczywiście oznaką zbiorowego rozczarowania rządami oraz frustracji wobec prowadzonej przez nie polityki. W państwach demokratycznych, a nawet tych już nie do końca demokratycznych, jak Węgry czy Polska, manifestacje na ogół stanowią zwyczajową formę wyrażania przez obywateli żądań i obaw pomiędzy wyborami oraz poza innymi tradycyjnymi kanałami politycznymi.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Ale…
Jednak są głębokie różnice między tym, co się dzieje we Francji, a wydarzeniami na Węgrzech. Bo o ile protestujący Francuzi czy Belgowie mają duże możliwości wyrażania niezadowolenia za pośrednictwem innych zinstytucjonalizowanych mechanizmów, o tyle Węgrzy są teraz pozbawieni takich możliwości. Oni nie mają już praktycznie innych opcji oprócz wyjścia na ulice. Większość tamtejszych mediów została podporządkowana rządowi. Premier Viktor Orbán skutecznie poddał ściślejszej kontroli sądy oraz znaczną część sektora pozarządowego. Z kolei sporą częścią prywatnego biznesu nadzoruje za pośrednictwem swoich kolesi. Węgierskiemu społeczeństwu obywatelskiemu założono kaganiec. W normalnej, dojrzałej demokracji nawet gwałtowne protesty uliczne mogą dać zdrowe ujście społecznym frustracjom. W szczególności nieposłuszeństwo obywatelskie ma swoją długą i bogatą tradycję w europejskiej historii.
Nasze najbliższe skojarzenie to jednak nie wzlędnie pokojowy ruch praw obywatelskich w USA, ale raczej zamieszki na Zachodzie w 1968 r.
Jasne, tamta rewolta była znacznie bardziej burzliwa i brutalna niż bunt, który obserwujemy. Z dzisiejszej persektywy trzeba przyznać, że zamieszki z końca lat 60. przyspieszyły procesy równouprawnienia kobiet czy innych mniejszości oraz społeczną akceptację dla tych nowych porządków. Demokracje powinny umieć absorbować społeczne niezadowolenie i wyciągać z niego wnioski. Pytanie, czy dziś nadal potrafią to robić. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy poza fasadowymi wyborami wyjście na ulice staje się jedyną dostępną opcją wyrażenia gniewu i niezadowolenia, tak jak na Węgrzech. W takiej sytuacji zwiększa się prawodopodobieństwo, że tam manifestacje łatwiej mogłyby wymknąć się spod kontroli.
I dopiero taki scenariusz sprawiłby, że Orbán poszedłby na ustępstwa?
Niekoniecznie. W państwach, które stały się tak zamknięte i weszły na ścieżkę autorytaryzmu, zachowując jedynie powierzchowne emblematy demokracji, władza tak naprawdę nie ma powodów, aby odpowiadać na żądania obywateli. Orbán, mając pod kontrolą prasę, organizacje pozarządowe oraz dużą część gospodarki, może pozwolić sobie na ignorowanie postulatów protestujących i konsekwentne realizować swoje cele polityczne. Prezydent Francji Emmanuele Macron nie ma takiego komfortu. Dlatego też oba te przypadki są tak różne. Im silniejsze instytucje polityczne i społeczne w demokracji – mam tu na myśli nie tylko partie polityczne, lecz także organizacje pozarządowe, stowarzyszenia branżowe czy związki zawodowe – tym większą wykazuje ona zdolność do absorbowania i reagowania na niezadowolenie obywatelskie. Natomiast im słabsze i młodsze instytucje – a z historycznego punktu widzenia te polskie czy węgierskie wciąż można uznać za mało dojrzałe – tym mniejsze prawdopodobieństwo, że demonstracje skłonią rząd do zmiany kontestowanego kursu.
Zostańmy przy tym, jak politycy rozgrywają protestujących w tych dojrzałych demokracjach. Macron w końcu wycofał się z podwyżki akcyzy na paliwo i obiecał podwyżkę płacy minimalnej. Ale raz, że zrobił to zbyt późno, dwa – zaoferował zbyt mało. Może ta zdolność rozpoznawania i rozwiązywania poważnych kryzysów szwankuje dziś w tych bardziej ugruntowanych demokracjach?
Tego nie kwestionuję. Podwyżka podatku paliwowego we Francji była punktem zapalnym, a demonstracje przeobraziły się w bunt przeciwko establishmentowi oraz politykom społecznym i gospodarczym ostatnich dekad. Tak gwałtowny wybuch niezadowolenia jest oznaką coraz słabszej zdolności rządów na Zachodzie do diagnozowania i reagowania na problemy całych społeczeństw. Gdyby za protestami nie stało głębsze niezadowolenie z funkcjonowania w warunkach współczesnej demokracji, decyzja Macrona o wycofaniu się z podwyżki akcyzy byłaby wystarczająca i nie mówilibyśmy teraz o formowaniu się ruchu – ludzi z niższej klasy średniej, zamieszkujących zapomniane peryferie, którzy od dawna przestali być beneficjentami systemu, mimo że bardziej niż inne grupy bywają narażeni na związane z nim ryzyka ekonomiczne.
Którym to ludziom Macron obiecywał w kampanii demokratyczną rewolucję przeciwko skostniałemu systemowi politycznemu i nierównościom.
Zgadza się. Osobom, które liczyły na to, że Macron pomoże im poprawić standard życia, jego pomysły na rozruszanie gospodarki ostatecznie wydały się rozwiązaniami podchwyconymi z podręczników neoliberałów. A nawet więcej – część reform zaproponowanych przez prezydenta jeszcze bardziej pogorszyłaby ich sytuację. Wybuch niezadowolenia na ulicach był wyrazem rozczarowania, że znowu wszystko zostaje po staremu. Trzeba pamiętać, że francuska gospodarka od lat boryka się z relatywnie niskim wzrostem gospodarczym i względnie wysokim poziomem bezrobocia. Do tego dochodzą narastające nierówności socjoekonomiczne, zwłaszcza między obszarami wiejskimi i miasteczkami a kosmopolitycznymi metropoliami – z Paryżem na czele – w których koncentruje się bogactwo i prestiżowe, najlepiej płatne miejsca pracy. W mniejszym lub większym stopniu podobne zjawiska można zaobserwować zresztą w całej Europie.
Ale przecież nie są one świeżym odkryciem. Na społecznych frustracjach i podziałach kulturowych wyrosła w ostatnich latach siła wyborcza ugrupowań populistycznych.
Tak. I populistyczni liderzy, czy to z prawicy, czy lewicy, bardzo chętnie przejęliby przywództwo nad ruchem „żółtych kamizelek”. A jednak wyrósł on bez żadnego zwierzchnictwa i nie utożsamia się wyraźnie z którąkolwiek ze stron sceny politycznej. I wcale nie jest oczywistością, że zostanie ostatecznie skonsumowany przez ugrupowania populistyczne.
Ludzie po raz pierwszy od dawna masowo wyszli więc na ulice, bez odgórnego impulsu ze strony partii politycznych czy związków zawodowych, które w normalnych warunkach powinny przecież reprezentować ich interesy. Może po prostu one przestały spełniać swoją funkcję?
Na pewno masowe protesty i mniejsza zdolność demokracji do samokorekty są symptomami tego, że partie polityczne głównego nurtu, wpisujące się w stary podział na lewicę i prawicę, odgrywają coraz mniejszą rolę niemal we wszystkich zachodnich społeczeństwach. Mocno doświadczają tego europejskie partie socjaldemokratyczne, które historycznie dawały głos ludziom marginalizowanym i gorzej sytuowanym. Ich obecny kryzys jest w znacznej mierze pokłosiem przejęcia przez nie niektórych neoliberalnych rozwiązań.
Na czym skorzystali populiści.
To prawda. Macron zdobył władzę dzięki temu, że w czasie wyborów główne partie – tak socjalistów, jak i republikanów – były praktycznie w zapaści. Jego elektorat pozytywny był nie większy niż ten negatywny. I w gruncie rzeczy jedynymi silnymi ugrupowaniami, które wywierają dziś presję na odważne reformy – zwłaszcza we Francji, choć nie tylko – są populiści. To zaś rodzi ryzyko, że wchłoną oni ruch protestu. Gdyby doszło do takiego sojuszu – a zaznaczam, że wcale nie musi się tak zdarzyć – wówczas destabilizacja systemu prawdopodobnie jeszcze by się zwiększyła. W zdrowej demokracji obywatele powinni mieć możliwość skanalizowania niezadowolenia poprzez udział w kampaniach, rozmawianie z parlamentarzystami i lokalnymi urzędnikami czy zaangażowanie się w politykę. A problem polega na tym, że w krajach takich jak Francja tradycyjne partie, które integrowały wyborców i pośredniczyły w relacji z rządzącymi, prawie już nie istnieją. Ugrupowanie Macrona jest bardzo młode, brakuje mu silnie zakorzenionej bazy i terenowych struktur, a zatem nie ma też wielu burmistrzów i rozpoznawalnych działaczy, z którymi można podzielić się swoim wkurzeniem. Kiedy nie istnieją już te stare, sprawdzone mechanizmy artykułowania przez obywateli frustracji i potrzeb, prawdopodobieństwo, że w końcu wyjdą na ulice, rośnie, bo tak można najprościej wyrazić swoje niezadowolenie.
A może francuskie protesty świadczą nie tyle o potrzebie nowej jakości instytucji pośredniczących, takich jak partie czy związki zawodowe, ile w ogóle o odrzuceniu zastanej koncepcji reprezentacji jako formy artykulacji i organizacji interesów czy nastrojów zbiorowych?
Na pewno niektóre ugruntowane mechanizmy i procedury demokratyczne wymagają odświeżenia. Ale czy demokracja może dobrze funkcjonować bez instytucji pośredniczących? Nie sądzę. Przy wszystkich ich słabościach i wadach trudno mi sobie wyobrazić dobrze funkcjonujące państwo bez ugrupowań politycznych, które tradycyjnie mediowały między obywatelami a rządem. Ludzie potrzebują zinstytucjonalizowanych form wyrażania własnych emocji i przekonań oraz partycypowania w procesie politycznym poza wyborami. W przeciwnym razie demokracje pogrążyłyby się w chaosie. A jednocześnie jestem doskonale świadoma tego, że system ten, tak jak jest zaprojektowany współcześnie, nie działa efektywnie.
Zatwardziali neoliberałowie powiedzieliby, że całemu temu niezadowoleniu winne są rozrośnięte do granic państwo i jego przywódcy, którzy składając puste obietnice lepszego, bezpieczniejszego życia, doprowadzili do trwałej stagnacji i marazmu.
Przekaz z gatunku „przykro nam, że się wam nie powodzi, ale nic nie możemy zrobić, musicie radzić sobie sami” po prostu nie jest akceptowalną odpowiedzią w demokracji. Takie podjeście to proszenie się o katastrofę. Zobowiązanie, jakie bierze na siebie demokratyczny kapitalizm, sprowadza się do obietnicy, że wszyscy obywatele mogą liczyć na dostęp do zasobów, które umożliwią im poprawę standardu i jakości życia niezależnie od tego, skąd pochodzą czy kim są ich rodzice. Jeśli ludzie przestaną wierzyć, że rząd jest w stanie niwelować związane z podziałem zasobów strukturalne napięcia, to stracą powody, dla których mieliby wspierać ten system. Mówiąc inaczej, państwo demokratyczne utraci swoją legitymizację. Zresztą, jak pokazuje historia, w podobnym stopniu dotyczy to także krajów komunistycznych czy prawicowych dyktatur. Te ostatnie utrzymywały się przy władzy głównie dzięki wydajności i efektom. Nie miały innych źródeł legitymizacji. Demokracje oferują ludziom szerokie spektrum wolności osobistych i prawo wyboru rządzących, które są oczywiście wartościami dobrymi samymi w sobie. Muszą też jednak zadbać o to, aby żadna mniejszość w społeczeństwie nie stała się na zbyt długo zbyt potężna i bardziej wpływowa niż reszta. Trudno sobie wyobrazić, jak rządy i politycy mają rozwiązywać poważne problemy społeczne i gospodarcze, jeśli nie okazują należnego szacunku wszystkim obywatelom, a ich przekaz i kierunek działania jest ukierunkowany na wybrane grupy. Macron znalazł się w kłopotach nie dlatego, że obiecał coś, czego nie jest w stanie osiągnąć. Stało się tak, bo zignorował fakt, że poza kosmopolitycznym Paryżem i jego elitami jest cała masa osób, które od dawna mają poczucie, że nie są słyszane.
Co więc takiego musi się zadziać, aby na co dzień apatyczni, przepracowani i niepowiązani ze sobą na co dzień ludzie wspólnie postanowili wyjść na ulice?
Zbiorowa mobilizacja nie jest szczególnie trudnym przedsięwzięciem. A dzięki mediom społecznościowym łatwiejsza niż kiedykolwiek w historii. Tym, z czym ruchy protestacyjne sobie nie radzą, jest przełożenie haseł na konkretne, pozytywne efekty polityczne. Demonstracje uliczne z definicji są fenomenem silnie nacechowanym negatywnie. Ruchy gniewnych ludzi pozbawione liderów mogą okazać się niezwykle destrukcyjne w praktyce. Niejednokrotnie w historii okazywały się przecież zdolne do obalania liderów politycznych. Nie potrafią jednak przeprowadzić zmiany systemowej, zbudować czegoś nowego. Jeśli chcą to zrobić, muszą z fazy protestów przejść do fazy tworzenia organizacji. A to jest o wiele trudniejsze i nie tak ekscytujące. Dla polityków problem z takimi wybuchami niezadowolenia polega na tym, że zwykle trudno im szybko zdobyć rozeznanie w sytuacji – które grupy społeczne biorą udział w protestach, jakie są ich żądania i priorytety, jakie kwestie dzielą uczestników. W tym wszystkim łatwo jest przegapić moment, w którym sytuacja i żądania manifestantów eskalują na tyle, że coraz trudniej politykom jest właściwie zareagować. Znowu popatrzymy na Francję – demonstracje wzięły się ze sprzeciwu wobec konkretnej decyzji politycznej, ale postulaty protestujących szybko się rozmnożyły, obejmując nie tylko cofnięcie podwyżki podatku, lecz także o wiele głębsze reformy.
Patrząc na efekty działań największych ruchów protestacyjnych ostatnich kilku lat – kobiece manifestacje na fali akcji #metoo czy demonstracje aktywistów kampanii Black Lives Matter przeciwko brutalności policji wobec Afroamerykanów – przynajmniej na pierwszy rzut oka trudno wskazać ich namacalne osiągnięcia. A może masowe protesty jako narzędzie zmiany politycznej już się zużyły i nie sprawdzają się w dzisiejszych uwarunkowaniach?
Nie jestem pewna, czy to trafna diagnoza. Ruchy protestu tak naprawdę przynoszą największe zyski dla swoich uczestników w perspektywie długoterminowej. I to pod warunkiem że sprzymierzą się lub staną się częścią jakiejś sprawnej organizacji, np. partii, na którą w efekcie będą wywierać wpływ, albo same się w taką organizację przekształcą. Popatrzmy na sukcesy Partii Herbacianej (Tea Party), która zaczynała przecież jako ruch protestu przeciwko wysokim podatkom, kontestujący tak demokratów, jak i establishment republikański. Ale dzięki odpowiedniej taktyce aktywistom udało się z czasem pozyskać dla swojego programu znaczną część Partii Republikańskiej, a na koniec praktycznie ją przejąć. Tak to właśnie działa.
Jeśli ludzie przestaną wierzyć, że rząd jest w stanie niwelować związane z podziałem zasobów napięcia, to stracą powody, dla których mieliby wspierać system. Mówiąc inaczej, państwo demokratyczne utraci swoją legitymizację